niedziela, 30 grudnia 2012

Co za dzień!

Rano obudził mnie jak zwykle budzik i jak zwykle nie chciało się wstawać.
Nie chcę,ale muszę się zwlec po 5-niestety,albo stety .Po porannych zajęciach  przy zwierzętach i innych z tym związanych zadumałam sobie,że się pobyczę.Ale chory Młody w czasie mojej nieobecności  zajał moje łóżko i zamierzenia spęzły na tym,że zrobiłam kawę sobie i herbatę Chłopu.Chłop oczywiście podkradał(podpijał ).Załączyłam komputer i poczytaliśmy sobie to i owo.Trochę podrutowałam(szalik na drutach robię jakby co). Z braku etatowego palacza pieca C.O. wypadło akuratnie na mnie.Więc ze spuszczoną głową podążyłam do piwnicy.Piec rozpalony,drzewa poskładane (co je wczoraj z braku rozrywki Chłop taczką nawoził), słoiki do wyniesienia na strych pomyte i ustawione w kartonie,koty wygłaskane i można by było coś w kuchni działać w związku z obiadem.Ale nic z tego,bo trzeba użyć tłuczka do schabowych ,a szanowna młodzież śpi.Zamyśliłam pójcie na spacer do lasu,ale zapchany syfon pod zlewozmywakiem  zabrał mi czas,pomógł rozciąć palucha.Na paluchu drugiej ręki odkryłam wbitą wielką drzazgę."Niedzielę trza święcić"(czy jakuś tak)-pomyślałam sobie.Chłop drzemał na kanapie i nie chciało mi się go budzić ,by dokończył rozróbę w kuchni.Młody miał trudności,by się zmieścić w szafce w celu złożenia syfonu.Z palcem na opatrunku skręciłam sama,a Młoda skwitowała:"Baby to wszystko muszą robić! Co za czasy!".
Obie zaczęłyśmy rządzić w kuchni.Młody został posłany po ziemniaki,marchew i mleko.W planach obiadowych była ryba pod beszamelem,schabowe i kotlety sojowe.Ponadto ziemniaki gotowane w mundurkach i tradycyjnie.Kapusta zasmażana z marchewką i suszonymi pomidorami.
-Mamo! A te ciasto zrobisz?-zapytała Młoda.
-Jak mikser będzie działał to tak.Jak nie będzie działał to ciasta nie będzie wcale albo się wkurzę i jutro nowy zakupię.
-Ojciec! Mikser naprawiać marsz!-stanowczo ale żartobliwie krzyknęła Młoda w kierunku kanapy.
-Czego się drzesz?On już naprawia.Widziałem jak chodziłem po ziemniaki.
Fajnie tak z młodymi pogadać.Jedno mi opowiada jak było na wczorajszym ślubie cywilnym i przyjęciu po nim.Drugie co robili na urodzinach u kolegi.Przy okazji sprzeczka kto obiera obieraczką  i kto  najmniej naobierał.Wyszło,że ja najmniej.
-Będę mniej jeść i już.
-Pewnie-śmieje się Młody-ja najwięcej naobierałem i najwięcej zjem.
-Jedz moją porcję-mówi Młoda.
-A co boisz się,że przytyjesz?
-Taa.Jasne!Od dwóch ziemniaków!
 I zaczęli się sprzeczać na żarty.Bardzo lubię owe ich przekomarzanie i jak to teściowa zwie"szlifowanie języków"
W oczekiwaniu na ziemniaki Młody zaległ na kanapie z laptopem.Młoda nie byłaby sobą gdyby go nie zaczepiała.Normalna ich zabawa polegająca na zaczepianiu się,drażnieniu ściąganym kocem itp.
-Ojej! już go nie zaczepiam,bo babcia siedzi na krześle przy komputerze i pilnuje-szepnęła mi na ucho Młoda.Jakby mało było mi gimnastyki pod zlewem to jeszcze gaz się skończył.
-Cholera!Trzeba butlę zmienić, a Chłopy wyginęli nagle-poskarżyła się Młoda.
-Zaraz wymienię.Spoko!A bo to pierwszy raz.
-Oj mamo,mamo! Ten ojciec za dobrze ma.
-Noo!Mam sprawny mikser!-oznajmił Chłop wkraczając dumnie do kuchni.
-Noo! A my mamy obiad pyszny!-odpowiedziała Młoda.
-Pyszna ryba!Tak pyszna,że gotowam siedzieć przed piekarnikiem z wywieszonym jęzorem
-Zaraz spróbujemy-roześmiał się Chłop.
I co się zdarza raz na 100 lat wszyscy zasiedliśmy do obiadu.
-I powiedz tatusiu,że pyszną rybkę zrobiłam-zatrzepotała rzęsami Młoda.
-Może być-tradycyjnie odrzekł Chłop.
-No wiesz!Może być!!! Też mi coś! Oddawaj jak tak mówisz!-bulwersowała się (oczywiście na żarty Młoda)
-Duraki-kręcił głową Młody.
-Babciu? Dobra ryba.Prawda?
-Bardzo dobra-odpowiada babcia.
-Nie marudzić przy jedzeniu!Zaraz mam dla Was robotę!-wcięłam się w słowo.
-Co wymyśliłaś?-mówiły pytające spojrzenia młodzieży,bo do nich kierowałam te słowa..Wynieść słoiki na strych trzeba,sprawdzić czy okienko w kotłowni otwarte,by koty mogły chodzić,sprawdzić piec,zagnieść ciasto pod sernik.
-Nawet w niedzielę nie da spokoju-marudził Młody.
-A czym ty taki zmęczony biedactwo-zgrywała się Młoda chcą go potarmosić po włosach
-Wyjdź!-bronił się Młody-Nie kudłacz mnie.Wczoraj pomagałem mamie, aTy byłaś na baletach.
-A po Ciebie to gdzie jeździłam?Też byleś na baletach.
-Ojtam! Posiedziałem z kolegą 3 godziny,a że pociągu ani autobusu nie ma to moja kochana mamusia po mnie przyjechała.
-To teraz w ramach kochanej mamusi pomożesz!
-Hahahaha.Ale się wrobiłeś-śmiała się Młoda.
   Wieczór minął niepostrzeżenie .gadałyśmy sobie to z Młodą,to z Młodym.Kruszyliśmy przy tym zioła na przyprawy .
-Tak pachnie ,że szok.
-Toż to z ogródka to pachnie inaczej niż ze sklepu.
-Mamo.Jutro koniecznie do krawcowej pojedziemy.I do koleżanki mnie zawieziesz.
-Mam inne wyjcie?
-Masz! dać mi samochód-i  tu uśmiech z wyszczerzeniem zębów.
-Już pół prawka mam,a drugie pół lada dzień.
-No jak zdasz jazdę za pierwszym razem to szacunek tobie!!!
-Mam taką nadzieję.
-Nadzieja matką głupich ;)
-Głupia jesteś? Nie sądzę
-Tak mi się powiedziało tylko.
   Minął dzień,minął i nastał wieczór.Włączyłam swoje ulubione radio internetowe i słuchając muzyki zawzięcie drutowałam.Potem przeprowadziłam ciekawą konwersację na skype.Potem znów do kuchni.Przygotowując sernik do pieczenia musiałam odpędzać się od intruzów.A to mak mi pojadali,a to ser i uciekali z chichotem po kątach.
Chłop siedział na kanapie i wcinał dynię na słodko ze słoika zaabsorbowany   "Tańczącym z wilkami"
-Jak ten przetwór -zapytałam.Odpowiedzi nie było,a my z Młodym wymieniliśmy się porozumiewawczym mrugnięciem oka.
-Słyszysz????
-Czego się drzesz?
-Pytam czy przetwór dobry.
-Dobry.
-To D. robiła
-Bardzo dobry!
-Hahahaha.Masz mamo patent.Jak coś gotujesz  lub robisz to mów,że ktoś inny robił to będzie Cię chwalił.
  Młody przymierzał szalik.
-No matka! Zaskakujesz mnie.
-Czym???
-Tym,że umiesz na drutach robić,a potem tym,że wyrobisz się w obiecanym terminie z tego co widzę.
-Staram się.
I dostałam buziaka od 182 cm młodzieńca.Młoda zrobiła polewę do sernik(jak aksamitna jej wychodzi!!!!) i zabroniła wraz z  groźbą odebrania życia ruszać blachę z ciastem.
Ja spróbowałam i prze to poparzyłam jęzor.W sumie chyba za to,że o 21 nie powinnam jeść ciasta.Ale ja tylko mały kawałeczek...Sprawdziłam czy dobrze upieczone ;)

Chachali się jeszcze niedawno ,a już cisza.
Cieszę się,że dogadują się ,że mają wspólne plany,wspólne tajemnice.Jak byli mali to tłukli się prawie na zabój.Pewno śpią.Laptopy  jak zwykle pod łóżkami. Wszyscy śpią, a ja siedzę przy "klikadle" i klikam.
To był dzień!

I tak słuchając radia utkwiła mi w głowie ta piosenka.Zresztą chyba mało znana lub zapomniana



sobota, 29 grudnia 2012

Dlaczego mnie to nie bawi?


By się bawić i TU i TERAZ... By czekać **ujwie na co. By napić się wstrętnego szampana.By złożyć sobie życzenia/oczekiwania.
  Mam za sobą już sporo sylwestrów.Zawsze to były domówki od 4 do 10 osób plus dzieci. Były tańce,alkohol i petardy.Nigdy nie zapomnę strachu na twarzy starszej kobiety mieszkającej w sąsiedztwie naszych gospodarzy u których to akuratnie spędzaliśmy noc sylwestrową.Strach był spowodowany hukiem petardy w jej oknie.Sprawca był "na cyku" i zrobił to niechcący,a ja niechcący to pamiętam do dziś...

  Oczekiwanie na godzinę 0 mnie drażni.Codziennie o tej samej porze wskazówki wchodzą na siebie i nikt z tego powodu nie wiwatuje.Toż to tylko ostatni dzień w miesiącu i w roku.To tylko wymiana kalendarza.
Drażnią mnie pytania znajomych -"Czemu nigdzie nie idziecie?"( w sensie na imprezę zbiorową).
A ileż to trzeba/można tłumaczyć się,że  nie chce  się iść na bal z w/w powodów?

  Na bale  nie chodzę,szampana nie lubię(niektórych nie znoszę wprost),petard już lat kilka nie kupuję ,a tym bardziej nie strzelam z nich.
Dla mnie to zwykły dzień.Siądę sobie wieczorem w swoim fotelu na kółkach i będę drutować.Dla wygody nogi oprę na pufie ;).Może wyślę Chłopa do piwnicy po jakaś nalewkę...?
Młodemu obiecałam,że w nowym roku będzie miał swój upragniony szalik.Ponadto Młody stwierdził,że :-Nie dam się namówić kolegom,by wyciągnęli mnie z domu.Będę z tobą mamuchna.Może "Seksmisję " obejrzymy?

Co do tego wieczoru w fotelu to wolałabym fotel bujany  (kiedyś sobie kupię! A co!) i "Mistrza i Małgorzatę" obejrzeć,ale spierać się o to nie będę,bo TV mnie nie ciągnie,a ponadto emitowaną kolejny raz komedię znam chyba na pamięć.

Zwyczaje w sylwestra w naszych okolicznych wsiach to nie tylko strzelanie z petard.To robienie kawałów śpiącym sąsiadom( w sensie,że nie czuwającym w tę noc ) .
A to bramkę wyniosą,a to 3 metrową bramę zdejmą z zawiasów i rzucą w śnieg,a to drogę słomą wyścielą od panny do kawalera. Z opowieści znam taki przypadek,że wóz konny znalazł się w stawie.Właściciel nie dopatrzył się braku sprzętu po nocy sylwestrowej,a gdy się dopatrzył to był 20-stopniowy mróz i furmanką do wiosny jeździły karasie .Gospodarz był wściekły,a wyrostki zadowolone i przeszczęśliwe. Pytam kiedyś jednego z nich(dziś dorosły chłop):
-A jakby tobie ktoś coś takiego zrobił?
-Mnie? Żartujesz chyba?

Tak...To jak tym dowcipie:
Idzie Jasiu na wojnę. W domu płacz i lament. Jasiu próbuje pocieszać:
-Nie płaczcie. Zabije szybko kilku Niemców i wrócę. Obiecuję.
  -A jak cię zabiją?
Jasiu odrzekł ze zdziwieniem:
- Mnie? Ale k****  za co?

 Psy i koty mają "przerąbane". Bo jak tak rąbnie znienacka petarda to zwierzę nie wie co się dzieje!
Nasze podwórkowce  mają przywilej bycia pod ochroną w tym dniu.Koty w kotłowni,psy w piwnicy lub w garażu.A petardy już w pierwszym roboczym dniu po świętach były widoczne wszędzie...


"Jak się szlachta bawi to koszta się nie liczą" i sruuuuu z 500 zł w powietrze ...I ani ekologia ,ani ekonomia nie przemawia nikomu do "dyni"...
...a ja będę zbierać przy swojej posesji pozostałości z petard po hucznie świętujących sąsiadach.Nie zwrócę im uwagi,bo jak zwykle są w rozjazdach,a ich mamusia powie,że  nie wie co młodzi robili. Do mamy przyjechali z dalekiej  Belgii na święta i nowy rok.No cóż... Szlachta się bawi,a plebs sprząta ;)

Ponadto chińskie rakiety,komety,kule,race itd...będą rozświetlać nasze podlaskie niebo ponownie 13 stycznia.I weź tu bądź radosny w sylwestra ... ;>




Dobrego Wam wiele życzę ! 
:*



środa, 26 grudnia 2012

Rejestrator myśli

Przydałoby się takie coś .No nie ...?
Chociaż może i nie,bo dla  złych myśli jest to zbyteczne.
Jednak ja chciałabym coś takiego posiadać.Choćby dlatego by utrwalić myśli o których chciałabym napisać lub komuś powiedzieć co myślę.Tak jest i z moim ostatnim postem.Chciałam napisać,że na wigilię pijemy zawsze czerwone wino.Zawsze to może przesada,ale pijemy.Zapewne od tej pory jak udało mi się zrobić pierwsze dobre i zdatne do wypicia wino w 2002 roku.Mam opatrzone nalepką dlatego pamiętam.Wino pijemy wszyscy.Dorośli i dzieci też.Dzieci jak były mniejsze dostawały po kieliszku od wódki ,a my tradycyjne po lampce albo i dwóch.Zależy to od chęci,od czasu itd...
-"Dzień postny"-kołacze mi gdzieś we łbie stwierdzenie mojej matki...
-Tyle się w swoim młodzieńczym żywocie napościłam,że dość! -rozumują moje szare komórki
Co do mojej matki.Chciałam zrobić "jak ludzie" wielką rodzinną wigilię,gdzie siedzi kilka pokoleń.Okazją była wprowadzka do nowego domu.Mam teraz warunki,co nieco umiem gotować to niech by było rodzinnie.Jakby było nie wiem.
-Babka by tylko Ci morały prawiła.Ja już to wiem.I narzekałaby na chory żołądek ,a żarłaby jak świnia.I gadałaby,że po co wino,że dziadek jak spróbuje to będzie chciał wódki-skomentowała 12-letnia wówczas Młoda.
Dziecko miało rację niestety. I wspominaliśmy ostatnią wigilię w starym domu.Jak po wigilii poszliśmy wszyscy do nowego domu by umyć się pod prysznicem.Potem leżeliśmy na stercie płyty gipsowej i graliśmy w warcaby i szachy. W szachy graliśmy dzieląc się na drużyny 2 na 2.Zawsze drużyna w której był Chłop wygrywała.
-Trzeba myśleć -śmiał się Chłop i opowiadał dzieciom jak to ja ze złości rzuciłam kiedyś szachami,gdy(jak zwykle!) przegrałam.
-Bo ty oszukujesz!!!!-warknęłam-Mówisz,że pójdziesz laufrem,a wyskakujesz konikiem
-Mamo! Mieszkacie tyle czasu razem i nie wiesz,że to zgrywus jest!
I zaczęli wariować,napadać jedno na drugie.
Za jakiś czas stanęła w tym miejscu kanapa i działo się podobnie.Młode kontra Chłop.I walczyli ma żarty ;)
-Weź go za rękę!!!!i trzymaj mocno!
-Nie łaaaaaaaaaskocz mnie!
Może lepiej odzwierciedli zabawę ten tekst(skopiowany z pewnego forum ):

Co do zabawy z dziećmi to jeszcze nic!!!!Moje 14 i 16 letnie i 43 letni(też jak dziecko :lol: ) tak potrafią się wygłupiać,że po 5 latach użytkowania kanapy ekologiczna skóra w niektórych miejscach nadaje się do wymiany,ale...liczy się dobra zabawa!!!
Zazwyczaj Młode napadają na Starego i tylko okrzyki:przyduś go!!!! K. przyduuśśśśśśśśśś!!!! Ratuj mnie,bo trzyma mają nogę!!!!!Łaskocze mneieeeeeeeeeeeee cccccccccccccccchhhhhhhhhhhhhhhhhhaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!
Akcja często przenosi się na dywan,a babcia słysząca tumult w domu przybiega z okrzykiem :"co wy wyrabiacie!Dom aż podskakuje!!!"
Wygłupy trwają aż ktoś opadnie z sił,albo się podda dosiadany np prze dwoje młodych(tzn tatuś powinien się poddać ;D),albo babcia leci z jakimś paskiem(zazwyczaj bez klamerki :lol: )bo :"ja wam dam!!!dom demolujecie!!!bałagan robicie!!!!.....Brygada ucieka wtedy po kątach czyli kuchnia,salon,korytarz i tak wkoło(Uu mnie można się tak "ganiać" ;) a babcia pędzi za nimi :lol: .Potem wskakują na fotel lub kanapę i bo babci:-"my takie grzeczniutkie....".Babcia:-No! Spokój ma być! I jest :D ale tylko chwilę i harce od nowa...wpierw cicho a potem harmider i okrzyki narastają w miarę rozochocenia się w zabawie.Nieraz i napadną na mnie,ale mam problem bo nie wiem w której mam być drużynie :lol: czy z Młodymi czy ze ślubnym :lol: ,bo ani mi na nich napadać,ani na niego :lol: ,a od Teściowej paskiem też mi się nie marzy dostać ;) 



Chyba obecnie nie udałoby mi się tego tak dokładnie opisać ;>

*********************

Wczoraj łopatowałam śnieg sprzed garażu wraz teściową.Potem poszłam na podwórko obrządzać dobytek.Gdy przyszłam pod garaż ujrzałam zwały śniegu.Tym razem łopatowanie i taczkowanie było.Gdy zostało ok 1/4 zaczęłam liczyć taczki.6 naliczyłam.Z pobliskich stawów kaczki krzyczały:kwwwa!kwwwa!kwwwaaaa!...
-Ot chamki jedne !Śmieją się z nas-powiedziałam do teściowej.
-A co im.Siedzą w wodzie i zadowolone i w dupie mają-dopowiedziałam.
A dupy to mi tylko pokazały rano,gdy chciałam im zrobić zdjęcie-to już pomyślałam.



I cholerne zwały śniegu ;/


Chyba przez ten śnieg dziś zaspałam.Wyrwałam z łóżka w tempie expresowym i zdążyłam tylko pomyśleć co mi się śniło(zapewne i jak zwykle coś głupiego-dobrze,że nie wierzę w sny). Ale nie pamiętam.Potem nie wiem skąd przypomniał mi się fakt z sprzed lat.
Rozmawiałam z sąsiadką.Jej córka jadła banana.Mojej też się zachciało banana i to tego samego co jadła jej mała koleżanka.Był płacz i wrzask ,a dziecko jadło i nie zamierzało się podzielić.
-Spokojnie.Pojedziemy do miasta kupię Ci banana.Sama wybierzesz jakiego zechcesz-uspakajałam wówczas jeszcze bardzo młodą Młodą.
-Taaaaaaaak.Znów powiesz ,że nie masz pieniążków-chlipała Młoda.
    Potem we łbie mi kołatały pochwały nauczycielki z klasy zerowej,że "K. jest bardzo koleżeńska.Pomaga cały czas o rok młodszemu chłopakowi.Rodzice go wysłali do zerówki rok wcześniej,ale on nie daje sobie rady.Dobrze,że K. jest taka koleżeńska,bo ja bym miała z nim urwanie głowy"
Wspominam nieraz z młodą ten fakt.
-A taki debil z niego wyrósł,że szok...
-Czemu tak mówisz?
-A! Szkoda gadać...-żachnęła się Młoda.
Nie pytałam więcej.Miałam w oczach matkę dziecka,gdy na wywiadówce szkolnej robiła słodkie minki do wychowawczyni.Jakże ona "słodziła"!!! A jakże ja tego nie cierpię !!!

Młody!
Gadałam z nim wczoraj na GG.Telefony się zbiesiły i ani sieć Play ani Orange nie działa normalnie.Dobrze,że jest GG.
Rozstrzygaliśmy bieżące sprawy czyli kwestię powrotu z "pierwszych" świąt.
-Nie chcą nas puścić do domu-pisał Młody
-Ale K. ma w czwartek jazdę i musi być w B-stoku ,bo lada dzień egzamin ma
-Wujek każe Cię pozdrowić i masz żałować żeś nie przyjechała.
-Taaa... Z krowami ;>  Ciekawe czy krowy pociągiem można przewieźć  na bilecie ulgwym.Nieletnie przecież <rotlf>
-No! Wujek mówi,że lubią wołowinę<hahaha>
-K.mówi,że pojedzie prosto na B-stok.Taniej nawet :D
 -I nie będzie wracać do domu do soboty?
-Mówi,że nie:)
 -A za świadka w dżinsach pójdzie? :D
-Zapomniała,że ma być świadkiem na ślubie cywilnym<hahaha>
-Z wujkiem dyskutuje i nie myśli o co pytam ją ;P
 -Szalik robisz dla mnie? <prosi>
-Przecież święta są <rotfl>
- ;(
-Na nowy rok Ci zrobię.Idę spać,bo wujkowie będą się śmieć,że syn z matką na GG pisze ;
- Koledzy z internatu się nie śmieją,to wujek też nie będzie

I na koniec dyskusji dostałam emotka <buziak>

Swoją drogą to mój Chłop bardzo lubi emotki,choć do komputera na szczęście nie lezie ;P

Myślałam dziś o Młodym jak z żalem oddał nowiutki plastykowy(żeby nie było !) karabin maszynowy dla syna koleżanki.Obaj płakali.Mój Młody:
-Ale już nie ma straganów na Grabarce i nie kupisz mi.Zresztą Ty mi nigdy nie kupisz,bo skodujesz pieniędzy!!To wujek mi kupił,a ty kazes oddać.......-beczał.Nie wspomnę co pomyślałam o wujku ,który chciał się postawić i kupił najdroższą i najgłupszą zabawkę jaka była na straganach.
-Ja chcieeee kalaaaaabinaaaa....!-płakał synek koleżanki.
-Oddaj mu na jakiś czas.Toż jego tato za granicą daleko,a on w szpitalu był,bo chorował.A lekarze nie mogli wybadać co mu jest.
-No dobzeeee....oddaaaam-chlipał młody wówczas Młody.

Niedawno wspominaliśmy ten incydent.Młody doskonale to pamięta.
-Jak lekarze go badali,że nie widzieli,że gdzieś przy płucach kłos siedzi???!!!  A D.pewnie płakał na pogrzebie...?Odwiedzę go wiosną jak będę miał prawko na motor.Pojeździmy razem.On skuterem a ja motorem.
[Wspomnianemu młodzieńcowi niedawno zmarł ojciec ]

Młody miał mi pomóc w robieniu pierogów.Ale zapewne będę musiała sama się wziaść.
"Liczył died na mied a chołodnyj spati poszoł"-jak mawia moja koleżanka z pracy.
Druga odpowiada:
-Mów po polsku.
-A Ty nie mów do mnie okey-wtrąciłam zgryźliwie i pomyślałam,że ludzie "som gupie"(niektóre oczywiście).
Dziwne to dla mnie,bo pracuje przecież razem z Białorusinką,która mieszka nieopodal mnie.Dziś przejeżdżałam przy jej domu.Ciekawe jak jej się układa życie.Wyjechała z Białorusi,;ma dwoje dzieci,pracuje w naszej firmie już jakiś czas;pobudowała mały zgrabny domek wraz mężem.Mąż jej jest Polakiem.Z opowiadań wiem,że wcześniej uwielbiał bardziej niż żonę alkohol.Ciekawe czyz drugą żoną też tak ma.A jest takim sympatycznym facetem.Zresztą ona też.
Jadąc rano samochodem przełączałam z programu na program radio.Wszędzie kolędy.Mimo,że nie szaleję za kolędami to zaczęłam na głos śpiewać wraz artystką "Lulajże Jezuniu".Dobrze,że słuszałam tylko ja,bo talentem muzycznym nie grzeszę .
Moja siostra przyrodnia to dopiero ma talent! Pamiętam jak w podstawówce grała na flecie tę kolędę i nie było jej równych.Talent też ma do innych rzeczy.Do własnej głupoty i lamentowania jaka to ona nieszczęśliwa.
-Mamo! Tej ciotce chyba odbiło.Jest w ciąży i pije wódkę.Urodzi chore dziecko jeszcze i ja jako chrzestna będę musiała patrzeć!!!Powiedz jej coś jako starsza siostra.
-Nic się nie stanie-odpowiedziała mi siostra na moje zarzuty.
Z kobietą w ciąży nie wypada się bić ani jej bić.Szczęściem dziecko jest zdrowe i ma obecnie 4 lata.


Oj! Zarejestrowałam tych myśli FULL!
Chyba tak dużo myślę będąc sama w domu.No nie sama,bo z teściową.
A teściowa fochnęła się na mnie z samego rana ,bo rozrobiłam sok z winogron z niegotowaną wodą.
-Sraczka będzie-rzekła zaczepnie.
-Nic tam nie będzie.Tyle lat pijemy kompoty z dodatkiem niegotowanej wody i nic.Sama pijesz,ale nie wiesz -to już pomyślałam.
Zaraz jej foch minie.Poproszę,by mnie wyręczyła :).
Zapyta napewno:
-Dużo tych kartofli obrać?

 I teraz przypomina się moja sentencja jaka niespodzianie mi się wymyśliła w rozmowie z kumplem "z wojska"

Poznasz smak soli jak jej wór wpierdolisz.







Rozmowa była prze komunikator i uwieczniłam to w opisie,ale dam tu by nie zapomnieć,by zarejestrować póki pamiętam.


I tak chyba myślę,że dobry dzień przede mną czego i życzę czytelnikom bloga w tym świątecznym dniu.Posłucham sobie muzyki i w międzyczasie będę coś robić :)



wtorek, 25 grudnia 2012

Dumka okołoświąteczna

Jakby nie było dzień wigilii zwiastujący Boże Narodzenie minął.Przyszły dwa świąteczne dni Bożego Narodzenia.Świętujemy w swój ulubiony sposób.Z rodziną w domu,na spacerze,z wizytą u znajomych,na pasterce lub mszy w kościele.Ale są tacy jak ja co nakręceni atmosferą świąt dokonują wielu przemyśleń i próbują ułożyć w głowie odpowiedź na pytanie:czy ja lubię święta?
Nie obiecuję,że to co napiszę będzie jakoś uporządkowane...będą wspomnienia i rozmyślania zarówno radosne jak i te  smutne.

            Mieszkam w okolicy gdzie święta BN są obchodzone w dwóch obrządkach:katolickim i prawosławnym.Wyznawców jest mniej więcej pół na pół a ja zaliczam się do tych drugich.Chociaż nie wiem czy można mnie uznać za wyznawcę,bo moje praktyki religijne są mierne.Już jako dziecko zadawałam mnóstwo pytań dla dorosłych związanych z religią i świętami.Jako takiej odpowiedzi nie dostawałam.Zazwyczaj było to zdawkowe:tak ma być,taka jest tradycja itd.Nikt nie siadł i nie porozmawiał ze mną o magicznym czasie świąt.Dlatego święta z domu rodzinnego wspominam jakoś niechętnie-byłam dzieckiem-bo byłam,ale byli ważniejsi ode mnie ,a ja byłam zawsze gdzieś z tyłu i do czarnej roboty.Moja "toksyczna" mamusia nigdy mnie nie pogłaskała po głowie,nigdy nie przytuliła,nie mówiąc już o rozmowie...Po latach zrozumiałam jak mi tego brakowało...
Może dlatego do dziś sentymentem darzę wiersz  Tadeusza Kubiaka "Wieczór wigilijny"

Biały obrus lśni na stole,
pod obrusem siano.
Płoną świeczki na choince,
co tu przyszła rano.

Na talerzu kluski z makiem,
karp jak księżyc srebrny.
Zasiadają wokół stołu
dziadek z babcią, krewni.

Już się z sobą podzielili
opłatkiem rodzice.
Już złożyli wszyscy wszystkim
moc serdecznych życzeń.

Kiedy mama się dzieliła
ze mną tym opłatkiem,
miała w oczach łzy, widziałem,
otarła ukradkiem.

Nie wiem, co też mama chciała
szepnąć mi do ucha:
bym na drzewach nie darł spodni,
pani w szkole słuchał…

Niedojrzałych jabłek nie jadł,
butów też nie brudził…
Nagle słyszę, mama szepce:
- Bądź dobry dla ludzi.

Po latach zrozumiałam jak mi tego brakowało,by ktoś z czułością tak do mnie powiedział...
Po latach wspominam jak nakazywano nam pościć do wigilijnej kolacji.Nie wiem co ten post miał wnieść w życie dziecka.Nie wiem też po co wymyślono zwyczaj próbowania wszystkich wigilijnych potraw.Pamiętam jak babcia powtarzała:-"Musisz wszystkiego spróbować ,bo ile nie spróbujesz tyle przyjemności cię ominie". Na kisiel z owsa i śledzia we wstrętnym oleju nie dawałam się namówić mimo wszystko.Dań zawsze miało być 12.Najbardziej mi przypadała do gustu smażona ryba,kapusta z grzybami,kotlety z suszonych grzybów,pszenne placki drożdżowe,sałatka warzywna zwana śmietnikiem,ryż z makiem(wiem teraz ,że to białoruski zwyczaj),kompot z suszonych gruszek.Najbardziej pamiętam wymienione potrawy,bo je lubiłam lub nie.
Pamiętam też,że prezenty kupowano  tylko dlatego,"by w szkole nie gadali,że nie dostali prezentów"
Na stole był biały obrus,odświętne nakrycia wraz jednym dodatkowym.-Po co?-Bo tak trzeba!Tyle się dowiedziałam... Pod obrusem było siano z którego babcia kazała nam wróżyć wyciągając pojedyńcze źdźbła .Jakie było wyciągnięte źdźbło takie miało być zamążpójście.Np trawa krótka i bez wiechcia oznaczała,że blisko i chłopak miał być biedny.Już wtedy wydawało się mi to głupie i wcale tego nie brałam za zabawę.Od stołu nie powinno było się wstawać ,by kury dobrze jajka niosły.Wigilii zawsze towarzyszyła choinka sztuczna lub żywa.Na choince wisiały cukierki-sople,które wraz rodzeństwem wyjadaliśmy w tajemnicy i na miejsce cukierków wkładaliśmy przedmioty imitujące sople.Nieraz za to dostawaliśmy lanie.Tzn ja dostawałam jako najstarsza.Choinka była ubrana w co się dało.Były baletnice z papieru,których nienawidziłam.Były bombki wszelkiego kalibru i koloru.Był włos anielski i łańcuchy z papieru.Ostatnie lata mego dzieciństwa napawały mnie dumą,że choinkę zdobi łańcuch ze słomy i bibuły oczywiście mego wykonania.Była też obecna kolada czyli cienki snopek z niewymłóconej słomy robiony przez gospodarza.I właśnie ten gospodarz często,gęsto psuł atmosferę wigilii i świąt odurzeniem lub kacem alkoholowym.Dochodziły też częste kłótnie matki i babki.Ciągłe żale,pretensje,oskarżenia.
Mało kto by lubił takie święta...
To co z rzewnością  wspominam to fakt,że po wigilii szłam do obory lub do chlewa,by posłuchać jak zwierzęta przemawiają ludzkim głosem.Zazwyczaj wynosiłam kawałek placka lub chleba.Żadne ze zwierząt nigdy nie przemówiło.Kończyło się na moim monologu skierowanym do zwierzaków. Monolog dotyczył niezbyt dobrego obchodzenia się z nimi przez gospodarza.Zwierzaki zawsze musiałam wygłaskać,by zrekompensować im cierpienie.
Czyli to wspomnienie też nie należy do najmilszych...

Jako 18-letnia mężatka postanowiłam coś zmienić w kwestii wigilii i świąt.Chciałam by było normalnie.Jak "u ludzi"...
 Taką właśnie była wigilia u siostry Chłopa zamieszkałej na Śląsku.
Wrażenia moje były jak najbardziej pozytywne.Atmosfera była bardzo radosna i rodzinna. Szwagrostwo stanęło na wysokości zadania i czułam jakbym tych ludzi znała od bardzo dawna.Sympatycznych chwil nie zepsuły makówki i śledź w śmietanie(które jadłam z grzeczności) oraz moje gapiostwo przez które szwagier  rozbił głowę.
Przy wigilijnym stole nie brakło nam tematów do rozmów.Ponadto dzieci szwagra hasały w papierowych maskach co im podlaski mikołaj przyniósł.
W ogóle to była nasza pierwsza wigilia młodego małżeństwa.Zostały z niej wspomnienia i papierowe zdjęcia,które niedawno oglądaliśmy z Młodą.
-Mamo! Jaka ty uśmiechnięta byłaś!-wykrzyknęła Młoda.
   Kolejne święta bywały różne.Zdarzało się,że na kolację wigilijną mieliśmy konserwę rybną z dokrojoną cebulą,kupną sałatkę warzywną i kawałek śledzika.I było nam dobrze z tym. Ponadto co zrobić można w ciasnym domu,z małą ilością środków finansowych, z nikłą ilością czasu? Niewiele,ale zarazem dużo.Można ustawić choinkę,by dzieci miały z niej radochę,można zaprosić sąsiada,by w przebraniu Mikołaja odwiedził dzieci.Można się cieszyć z tego wszystkiego i cieszyć się,że inni się cieszą(w tym wypadku dzieci).
 Wigilię zazwyczaj spędzaliśmy sami czyli domownicy.Czasami przyjeżdżał szwagier na "drugie święta".Raz zdarzyło się ,że niespodzianie swoją obecnością zaszczyciła nas moja matka.Nie wyjaśniła nawet co się stało,że tak nagle zapragnęła być z nami,a my nie pytaliśmy.Jednakże czuliśmy się nieswojo...Do dziś pamiętam jej zgorszenie na twarzy:-Jak to ?Prosfory nie macie? Nie było komu pójść do cerkwi po prosforę???
  Gdy dzieci były ciut większe  zaczęliśmy wspólnie układać menu wigilijne.Obowiązkowo  kompot z suszu,śledzik tradycyjny,śledzik z grzybami marynowanymi i cebulą,smażona ryba,szuba,pierogi z kapustą i grzybami,barszcz z uszkami,kotlety z suszonych grzybów,kisiel(zamiast owsianego był owocowy specjalnie dla dzieci),sałatka wielowarzywna tzw śmietnik,drożdżowe racuszki z jabłkiem i rodzynkami,kapusta z grzybami.Dzieci chętnie pomagały w świątecznych przygotowaniach.Cieszyły się choinką nawet tę najmniejszą.Żeby zwiększyć im radość z choinki wymyśliliśmy,że uczepimy ją przy suficie tuż nad telewizorem.Niestety pomysł nasz spotkał się z niezbyt przychylną aprobatą,bo "to nie jest po chrześcijańsku wieszać drzewko"...
 Tylko nikt mi nie powiedział  gdzie mam umieścić choinkę w ciasnym domu,by małe dzieci były bezpieczne i zadowolone z obecności drzewka.
Minęło sporo lat,gdy w 2006 roku pierwsze święta spędzaliśmy w nowym domu.Choinka oczywiście była okazała i strojna.Chociaż nie taka jak bym ja chciała.Marzyły mi się dekoracje ze słomy i szyszek jodłowych.Dekoracje zakupiłam w markecie,a po szyszki wybrałam się osobiście.I to nic,że musiałam włazić wysoko na drzewo.Szyszki się prosiły,by być na naszej choince.Zresztą są tam do dziś-sprawdzałam niedawno ;)



Skwapliwie je zerwałam i pomalowałam sprey-em na kolor srebrny.
Problem był gdy choinkę trzeba było stroić.W teściowej też odezwały się jakieś tęsknoty i upierała się na różne,bardzo dziwne ozdoby.Ja ustąpiłam,a dzieci(obecnie młodzież) targuje się do dziś o wygląd choinki.Babcia swoje,a młodzi swoje. Chcą drzewko srebrno-niebieskie albo czerwono-złote.
Od tamtego czasu nie uczestniczę w ubieraniu choinki.Mimo tego będąc w lesie na grzybobraniu targuję się z Chłopem która choinka jest ładniejsza.Gdy przychodzi czas,by pójść i ją wyciąć zapominam ,gdzie rosła.Szczerze mówiąc wolałabym ,by drzewo zostało w lesie.Może jakiś grzyb by pod nim urósł...W ramach rekompensaty za wycinanie drzewek z lasu postanowiliśmy,że co roku będziemy sadzić na naszych działkach leśnych po 100 świerków.Zamiar ten wykonaliśmy na razie tylko raz.Świerki rosną ,a teściowa zamartwia się,że za niedługo będą je kraść i trzeba by było uciąć boczne gałęzie dla zniechęcenia.
-Przecież choinkę też kradniemy-odpowiadam z ironią,żalem i poczuciem winy jednocześnie.
-Jak ktoś nam ukradnie to chyba nie będzie wielkiego problemu.Bynajmniej dla mnie.Zresztą dosadzimy jeszcze,bo jest miejsce.Nic nie poradzę,że w tutejszym zwyczaju jest kradzież drzewek z lasu.
Odnośnie babci/teściowej mamy dosadne przemyślenia.Rok temu Młoda zwierzyła mi się w tajemnicy,że całe kieszonkowe oddała na słodycze dla dzieci z domu dziecka.W tym roku zamiast prezentów mikołajkowych kilka osób z jej klasy chciało zebrać pieniądze przeznaczone na owe upominki i przeznaczyć na podobny cel.Fochów było co niemiara,a Młoda się dziwiła:
-Jak można być tak ciemnym,by twierdzić ,że wolę dostać drobny prezent niż dać jakimś dzieciom...Mamo! Ludzie są po****ni!!!! I tak te bibeloty pójdą za jakiś czas do kosza!!!
-Co zrobisz jak nic nie zrobisz...-odpowiedziałam Młodej.
Młoda się zawzięła i jako wolontariusz spędza czas z dziećmi pomagając im odrabiać lekcje itp.Nie znam szczegółów.Wiem,że w jakiejś świetlicy.I jestem z niej dumna :)
Jeśli chodzi o prezenty to były one dla mnie zawsze koszmarem.Nawet ostatniego roku,gdy finanse pozwoliły na prawdziwe prezenty.Chłop i Młody dostali swetry, z których się bardzo ucieszyli.Teściowa apaszkę na punkcie których ma bzika.Młoda dostała komplet biżuterii,który okazał się nietrafionym prezentem.Ja dostałam w prezencie postanowienie,że nigdy więcej nie będę robić prezentów niespodzianek.

Wczorajszego wigilijnego dnia poszperałam po necie.
Poczytałam o pustym talerzyku i wspomniałam autorkę tego wątku. Trafiłam także na wigilijną opowieść   i doszłam do smutnego wniosku,że nie wszyscy radują się ze świąt. Zamiast kolęd słuchałam Lady Pank





Te piosenki bardziej docierają do człowieka niż kolędy.
 Ponadto przyniosłam ze strychu dekoracje świąteczne.Wszystko trzeba przetrzeć,odkurzyć i ewentualnie naprawić.


 Stroik,który mi przyniósł listonosz stoi i dumnie się świeci.


Dziękuję!


Nie będę więcej ględzić!
 Pomyślę o tym,że na wigilię zrobię zupę z ryby,którą wszyscy lubimy.Zrobię panierowane kapelusze suszonych grzybów,pstrąga z migdałami.Może rybę pod beszamelem? Obowiązkowo śledzik musi być i dużo grzybów marynowanych.I pierogi koniecznie,bo jak mówi Młody wigilia nie może być bez pierogów.Swoją drogą ciekawe czy będzie miał czas mi pomóc robić te pierogi.
Obiecałam sobie,że nie będę szaleć z jedzeniem.
Muszę się zmieścić w limicie finansowym przeciętnego Polaka ;).A prezentów nie będzie.Chyba,że bankomat mi nie pokaże figi i będzie można zrobić Młodym przelew "od Mikołaja".

We wczorajszy wigilijny wieczór wypiłam symboliczną lampkę wina,by być myślami z tymi co mieli o mnie myśleć w trakcie wieczerzy wigilijnej;z tymi co przysłali życzenia świąteczne;z tymi co dzwonili(tzn próbowali,ba ja jak zwykle nie zawsze pod tel jestem).Wspomniało mi się nieobecnych i tych co nie mam z nimi kontaktu.
Myślami byłam też z rodziną szwagra.Mój Chłop i młodzież pojechali w przeddzień wigilii.Dzwonią coraz z obawy czy wyrobię z tym wszystkim co zostało na mojej głowie.A ja wieczorem rozmawiałam jak zwykle z psem Benkiem,Mikim i Morusem.Kotom powiedziałam,że mają otwarte piwniczne okienko i mogą wyjść na podwórko.
Krowy i cielęta też gadały ze mną.Ponaglały,że chcą jeść i pić ;D
Na pobliskim stawie krzyczały kaczki.Krzyk ten przyjęłam za drwinę.
Dziś pójdę je upolować aparatem fotograficznym i to zaraz.
Ale wpierw złożę życzenia wszystkim czytelnikom mego bloga.

                  Życzę Wam dużo zdrowia,szczęścia i wszelkiej pomyślności.Niech się Wam dobrze dzieje!!!!
(a mówiłam,że nie umiem składać życzeń  ;>)





Ponadto w święta lubię Sofię Rotaru.Może posłuchamy razem?







sobota, 15 grudnia 2012

Ku pamięci!


Ostatnie moje wspomnienie o Tobie...
...jak biegasz po swoim podwórku w roboczych spodniach uciętych naprędce tuż za kolanem i  ściśniętych paskiem, w poplamionym podkoszulku i usiłujesz pomóc memu Chłopu przy naprawie kombajnu.Przedłużacz,wiertarkę,przecinarkę i komplet kluczy przynosisz w locie i nadzorujesz prace naprawcze.Któż by lepiej się znał niż Ty! Przecież zęby na tym zjadłeś jak mówiłeś sam o sobie.
-Zaraz naprawimy!Nie panikuj!- i zapaliłeś kolejnego papierosa.Biegając od garażu do kombajnu  flirtowałeś ze mną i pokrzykiwałeś do swojej żony,by nie podsłuchiwała.Swymi beztroskimi żartami rozładowałeś napiętą atmosferę jaka powstała w wyniku awarii maszyny i zbliżającej się burzy.
-Chodź się czegoś napijemy.
- A co masz?-żartowałam
-Zależy co chcesz.
Kochanie!Zaraz jedziemy!-krzyknąłeś w głąb domu

I poszedł do domu.Zanim skończyłyśmy pić kawę wyszedł umyty,ogolony i ubrany "do ludzi".
Spodnie na nim wisiały,bo schudł ok 20 kg...

To jednak nie ostatnie wspomnienie...

Mieliśmy odwieźć Młodą na ognisko,które zorganizowała Twoja Młoda. Mój Chłop postanowił,że się wprosimy i my.Przy okazji Chłop wspomniał rozmowę z Tobą,że z żalem powiedziałeś,że: - "jak zwykle będziecie się wybierać nie wiadomo ile i przyjedziecie na ten ostatni raz..."
Pojechaliśmy.Ognisko się paliło i wszyscy siedzieliśmy pod starą kosztelą.Młodzież żartowała ,a Twój syn szturał kijem w ognisku jakby nieobecny...
Martwili się wszyscy o Twoją Młodą,bo pojechała motorem po znajomych,którzy jadąc z daleka na ognisko zabłądzili i nie wiedzieli gdzie są.
Ty polemizowałeś,"że młodzi,że się znajdą,że mają telefony,że nie ma się czego martwić dopóki nic się nie stało,że młoda sobie poradzi"
I za jakiś czas usłyszeliśmy ryk motorów.
Impreza się zaczęła ,a my jako "starostwo" ewakuowaliśmy się do domu.Tam gadaliśmy i gadaliśmy.Syn siedział wciąż przy Tobie i skrupulatnie wykonywał wszystkie Twoje polecenia.Przynosił nam kiełbaski z ogniska,robił kompot,wprowadzał motory do garażu.Przyniósł też zegarek(oczywiście na Twoją prośbę).Kazałeś ten zegarek założyć memu Chłopu a potem mnie.Zapytałeś czy zdajemy sobie sprawę ile kosztował.
-Gdyby był oryginalny to kosztowałby...(i wymieniłeś niebagatelną sumę).Ale to podróba.Młody będzie miał ,by wyrywać dziewczyny-żartowałeś.
Twoja Młoda wniosła smakowicie pachnącą karkówkę.
Obczęstowała wszystkich nas siedzących i postawiła na stole.
-A chuj tam! i ja zjem kawałek!-i wziąłeś dosłownie jeden kęs na widelec.Dyskutowaliście z żoną o konsekwencjach tego czynu,ale dyskusję zakończyłeś żartując,że nawet jedzenia własna żona żałuje.
Siedzieliśmy do późna w nocy gadając o wszystkim i o niczym.Byłeś  zmęczony, a nam się gadało i gadało.Nie pamiętam nawet o czym.Leżałeś na kanapie i prosiłeś byśmy jeszcze nie jechali.Gdy mieliśmy odjeżdżać to obowiązkowe  gadanie przy samochodzie zaliczyliśmy.Tak już u nas było,że mamy sobie wzajemnie tyle do powiedzenia,że wyobrazić się nie da...
***
Pamiętam dokładnie jeszcze jak 2 lub 3 lata temu leżeliśmy na kocu przed domem.Nas 4 dorosłych i 2 kaski motocyklowe.Kaski służyły nam za poduszki pod głowę i coraz sprzeczaliśmy się czyja teraz kolej "do poduszki".Tuje dawały upragniony cień,a sąsiedzi spacerujący leniwie po wsi zaglądali ciekawie na nasze podwórko.A my jak gówniarze chichotaliśmy i żartowaliśmy.Gdy wsiadaliście na motor mocno użyłeś klaksonu i z piskiem odjechałeś.Żona objęła Cię mocno "przez pół". Cała Wasza rodzina "zakochana" w motorach.Szybko zniknęliście za zakrętem...

Wydawali się tacy szczęśliwi...Mimo wszystkich problemów życiowych jakie pokonali...

***
Pamiętam jak w mieście się spotkaliśmy.Zawołałeś  nas do swego nowego samochodu.Siedzieliśmy i gadaliśmy,aż szyby nam pozamarzały i my zmarzliśmy.Zimą to było...
***
Pamiętam jeszcze jak nasze dziewczyny zwiały nam.My zajęci byliśmy oczywiście gadaniem i młodszymi dziećmi,a te na małych rowerach zajechały do odległej ok 2 km wsi.Sześciolatki rzuciły się w oczy sąsiadowi o czym nas poinformował.Całowałeś je wtedy obie,gdy wystraszone przywiozłeś samochodem do domu...
***
Pamiętam jak na kolanach lub na kucka staliśmy przed łóżkiem na którym leżały obecnie pełnoletnie nasze Młode,a wtedy jako niemowlaki.Ty i mój Chłop byliście na rauszu,ale "gugaliście" do dziewczynek i cieszyliście się,że chcą z wami gaworzyć.
***
Pamiętam jak zapraszałeś nas na swoje wesele:
-A żenię się.Nie ładna,ale nie brzydka,ale żenię się.
Chwaliłeś się pieniędzmi co je dostałeś w ramach prezentu od dziadka.Zgubiłeś je na ulicy przed naszym domem.Szczęściem znalazła je teściowa.
Głupio było nam wszystkim,a najbardziej dla mnie.To ja żartowałam z Tobą,że razem zaszalejemy bo mamy kasę od dziadka.No i Chłopa mego urodziny były akurat...
***

...jeszcze mnie jako 17 latkę podwoziłeś do domu,gdy w wiejskiej świetlicy zasiedziałam się z młodszą siostrą do północy.
-Gdyby nie ta lala co z nią wtedy byłem byś chłopie nie miał żony takiej jaką masz-zgrywałeś się z mego Chłopa

***
..już nie będzie się zgrywał i żartował
nie będzie chętnie służył pomocą innym
miał 43 lata...
***

takie życie...
jedni się rodzą
a drudzy odchodzą...
***





Dopisano...
Mieliśmy wspólnie zjeść swojski  chleb z kiszoną kapustą i z żurawiną z pieca chlebowego...
Byłeś ciekawy jego smaku.
Nie zdążyliśmy...
Obiecałam dziś Twojej żonie,że zjemy wspólnie... z nią i z Twymi dziećmi.



czwartek, 29 listopada 2012

Wariaty!...czy dzieciaki? ;)

Siedzieliśmy wczoraj z Chłopem na naszej ławce pod domem.Głaskaliśmy naszego kociego pupilka Dżona.Kot się prężył do głaskania i mruczał,a my zamienialiśmy się coraz w roli głaskającego.To Chłop głaskał kota, to ja.Jak dobrze było tak posiedzieć...aż się nie chciało wstawać z ławki...
- Weź mnie zanieś,bo mi się nie chce iść-powiedział Chłop
-Pewnie! Jeszcze czego! Zresztą opita jestem i mi samej ciężko jakoś...
Zaczęliśmy wspominać nasze wcześniejsze wygłupy u znajomych ,gdy Chłop nie chciał iść do samochodu,by jechać do domu i zażartował podobnie : "zanieś mnie"
Niewiele wtedy myśląc nastawiłam kark ,by wskoczył na barana co on skwapliwie uczynił.Śmiechu było co niemiara, a ja sama ledwie szłam (ze śmiechu) z Chłopem na plecach.
Śmieliśmy się z tego mego wyczynu,aż Dżon się spłoszył.Oboje zaczęliśmy go nawoływac "kici,kici" ale on dumnie pomaszerował swoimi kocimi ścieżkami.I tyleśmy go widzieli....aż do czasu gdy w piwnicznej kuchni nabieraliśmy ciepłą wodę dla cieląt i usłyszeliśmy skrobanie w blaszany parapet.
-No zobacz jak szybko mu się do nas zanudziło-rzekł  Chłop.
-Wpuszczę go.
-Ale nie przez okno!
-Oj tam!Otworzę okno i wezmę go na ręce.Nic Ci nie powywraca,nie bój się o swoje dynie.Zobacz jak on prosi,by go wpuścić...


Kot został wpuszczony,ale niecierpliwie szukał swego miejsca pod biurkiem (tu foto)
Miejsca nie było,bo biurko emigrowało w cieplejsze miejsce.Jednak piwniczna kuchnia zyskała nowy mebel w postaci obrotowego krzesła do komputera.Krzesło mam wyczyścić i odstawić we właściwe miejsce czyli przed komputer.Tymczasem krzesło cierpliwie czeka na  czyszczenie ,a ja w miedzyczasie gdy Chłop napuszcza ciepłą wodę kręcę się na nim jak na karuzeli.Chłop patrzy i mówi:-oj dzieciaku ,dzieciaku- i oczy mu się śmieją ;)
-Chcesz się pokręcić -pytam
-Nie ma czasu,bo trzeba Dereszka i Łaciatkę  napoić.
-Jeszcze tylko raz -mówię prosząco i zakręcam się na krześle z okrzykiem "juhuuuuuuuu"
Po czym idziemy na podwórko.Tam trzeba wygłaskać cielęta i nowo zakupione krowy.Krowy sami  nazwaliśmy(bo zazwyczaj robiły to dzieci,ale dzieci dorastają a zwierzęta muszą mieć imiona ;) ).Jedna Ciapata bardzo lubi głaskanie,druga Bohunka vel Czorna.Z tą Bohunką to się przekomarzamy,bo Chłop mówi,że to moja kuzynka.Imię jej pochodzi od buńczucznego Bohuna i nawet dziś udowodniłam Chłopu,że mam rację .Przeczytałam mu fragment powieści "Ogniem i Mieczem"

"... ty będziesz jak księżna Wiśniowiecka, zamków ci nazdobywam, pół Ukrainy ci daruję - bo choć ja Kozak, nie szlachcic, ale ataman buńczuczny, pode mną dziesięć tysięcy mołojców chodzi, więcej niż pod kniaziem Jaremą. Proś, czego chcesz, byleś nie chciała uciekać ode mnie - byleś została ze mną, hołubko, a pokochała!..."

-I co Bohun buńczuczny jest!? i pokazałam Chłopu język.
Teściowa określiła nasze przekomarzanie,że my 2 szkodne koty i najlepiej nas do worka wsadzić to się pogodzimy.
-Mamo! Toż my się nie kłócimy!-śmieje się Chłop.
-Wariaty i tyle-powiedziała udobruchana teściowa.
-Sama mówisz,że Ciapata jest jak pies bo normalnie się łasi ,a z nas się śmiejesz,że wariaty-powiedziałam z obrażoną miną do teściowej.

Wariatami byliśmy już sporo czasu temu,gdy kilka lat temu z koleżanką biegałyśmy na czworaka po dywanie ,a na naszych plecach jeździły moje dzieci.Ileż było radości i zabawy i dla nas i dla dzieci.Zepuła wszystko sąsiadka,która niespodzianie weszła i była zgorszona naszymi poczynaniami.
My jednak to systematycznie wspominamy oglądając stare papierowe zdjęcia.Ponadto od kilku lat systematycznie chodzimy jeździć na workach z sianem.Zbiera się wtedy spora grupa ,a Chłop żartuje,że wszystkie siano ze stodoły zniknie,by wszystkim worki ponapychać.Do zabawy dołączają koledzy Młodego i raz była moja kumpela z pracy z dziećmi i z mężem.Okrzyki radości rozlegały się po całej okolicy.Było bardzo wesoło .Wiem,że niejeden dorosły by do nas dołączył,gdyby nie stwierdzenie,że dorosłym nie wypada.
-Wypada,wypada-mówię krótko do tych powąpiewających.
Dziwnym trafem młodzież zjeżająca na workach nie twierdzi,że my dorośli robimy coś złego szalejąc na śniegu.To dorośli tak twierdzą.
-Chyba nie dorośli do tego by się dobrze bawić-mówię sama do siebie(ale to ich problem-myślę sama do siebie)
Bardzo podoba mi się myśl :
"Na to, żeby mieć szczęśliwe dzieciństwo nigdy nie jest za późno." 
Anthony Robbins 



...i to jest wg mnie prawda.Jako dziecko zawsze chciałam bawić się kasztanami,ale nikt nie chciał ze mną iść ich nazbierać.Bo to daleko było i właściciela kasztanowca moja rodzina nie lubiła.Więc obecnie nie odmawiam sobie radości ze zbierania i noszenia kasztanów.mam poduszki z kasztanów,mam kasztany w torebkach i we wszystkich możliwych kieszeniach jesiennych ubrań.
-Oj matka,matka-mówi Młody,gdy kucam by wziąść kilka kasztanów ,które spadły na asfalt jeden z głównych ulic naszego pobliskiego miasteczka-Jak mała dziewczynka się zachowujesz!
-Bachór normalnie-zgrywa się kumpela z pracy,gdy podczas przebierania się do pracy wyskoczy mi z kieszeni kasztan i potoczy się w jej kierunku.
-Oddaj mi mego kasztana i to już-przekomarzamy się
-Po co je nosisz-pyta druga
-By nie mieć reumatyzmu-żartuję ;)
Po prostu lubię kasztany.Tu mam małą galerię  (Moje kasztany)  

W chwili gdy pisałam post Chłop narzekał i pokrzykiwał wysłuchując wiadomości w TV.Mówiono o współtwórcy, kultowych już, polskich bajek "Reksio" i "Bolek i Lolek" i o tym jak 86-letni animator żyje w fatalnych warunkach. Chłop ubolewał nad tym,bo Reksia bardzo lubi i Bolka i Lolka też.Ubolewał nad losem ludzkim jaki to niewdzięczny jest (ten los czy ludzie ...? ).Ubolewał nad chorym dzieckiem.Po obejrzeniu prognozy (śnieg nadają ;> ) zasnął jak dziecko na kanapie.Na kanapach tych jeszcze 3 lata temu(gdy młodzież obojga uczęszczała do gimnazjum) toczyły się zażarte walki ojciec kontra Młode.Młodzież chciała do spółki pokonać ojca.Kończyło sę krzykami teściowej,że durnie,że wariaty,że wszystko pościągane i bałagan robią.Byli straszeni przez babcię pasem i wszyscy ze śmiechem uciekali(Chłop też ;D).
Wracając do nadchodzącej zimy;>
Zostałam obdarowana czapą na zimę,a dokładnie peruwianką.Wystąpiłam w niej w drodze do i z  pracy.Oglądali się za mną i żartowali,a ja miałam ubaw z tego jak mnie ludzie określą w takiej czapce.Zazwyczaj oglądano i żartowano.Jedna starsza koleżanka powiedziała,że "dzieciaki w takich chodzą"
-Toż ja nie stara baba przecież-odpowiedziałam i pobiegłam w kierunku swego auta
W oczekiwaniu na koleżankę co ze mną jeździ włączyłam muzykę.Dość głośno ;D
 

 
 
 
p.s. czcionkę poprawię wkrótce,bo mi się coś namieszało  ;>

środa, 21 listopada 2012

Dlaczego???

Dlaczego ludzie wokół mnie zadają tyle  pytań?
I to (w moim mniemaniu) głupich pytań.Rzekomo nie ma głupich pytań.Rzekomo są tylko głupie odpowiedzi.Staram się nie łamać tej reguły,ale czasami się nie da.

-Dlaczego ubierasz się w bluzę z kapturem?
-Dlaczego jeździsz rowerem skoro masz dwa auta?
-Dlaczego wybudowaliście taki duży dom?
-Dlaczego dzieci wysłałaś do szkoły odległej o 100 km jak podobne szkoły są bliżej?
-Dlaczego wozisz swoim samochodem tą idiotkę co ubiera się w "babcine" ubrania?
-Dlaczego nie jeździsz do  sklepu na promocje?
-Dlaczego wysłuchujesz tego starego idioty z kulami?
-Dlaczego nie chodzisz na niedzielne nabożeństwa?
-Dlaczego zrobiłaś takie małe zakupy w dużym markecie?
-Dlaczego masz dużo kotów?
-Dlaczego nie odbierasz telefonu ?(9 połączeń w ciągu 30 minut ;/ )
-Dlaczego nie chcesz iść na imprezę zapustową za jedyne 130 zł ?


Teraz odpowiem na w/w pytania ...

-Bo lubię!
-Bo lubię!
-Bo lubię dużo przestrzeni życiowej chociaż nie cierpię na klaustrofobię
-Bo tak sobie wymarzyły moje dzieci i dla mnie jest tak wygodniej!
-Nie uważam nikogo za idiotę z błahych powodów i żaden styl ubierania mi nie przeszkadza-nawet "babciny" ;)
-Nie potrzebuję produktów z promocji !
-Staram się każdego wysłuchać !
-Nie widzę potrzeby bym uczęszczała na nabożeństwa.
-Kupuję tylko to co mi jest potrzebne.
-Lubię koty.
-Czasami mam takie zajęcia,że nie mogę odebrać telefonu lub nie zawsze mam go przy sobie .
-Nie bawią mnie imprezy gdzie akurat TU i TERAZ  muszę się dobrze bawić.

Co jest głupie? Ludzkie pytania czy moje odpowiedzi?
Czasami jest źle odpowiedzieć wprost to co się myśli.Czasami trzeba zbyć półżartem półserio.
Mnie dręczy jeden problem...Dlaczego ludzie interesują się tylko tym,by żyć modnie i wygodnie?
Dlaczego ludzie lubią szydzić z siebie nawzajem?
Dlaczego nie szanują "inności " innych?

Zadałam kiedyś pytanie pobożnej koleżance:
-Czy jestem dużo gorszym człowiekiem,że nie uczęszczam na nabożeństwo co niedzielę ?
-Nie.Ty nie-odpowiedziała mi koleżanka
-A inni są gorsi?
-.......
Dlaczego mi nie odpowiedziała???
Nie drążyłam tematu,bo po co...
Dziś ubrałam bluzę z kapturem do pracy i na dzień dobry ta sama koleżanka zapytała mnie czy ja jestem małpa,że małpuję młodych?!
Hmmm...Jak nie ugryzie to uszczypnie;/


Chciałam uszczęśliwić sporą grupę ludzi wsadzając ręce w gówno.Gówno wyrzucone zostało za burtę,a ja myślałam,że będzie lepiej i jeszcze lepiej.I gówno prawda!
No i znowu pytanie "dlaczego" ?
Dlaczego ludzie sami nie wiedzą czego chcą?
Dlaczego jak mają dobrze to chcą jeszcze lepiej?
Dlaczego są wiecznie nieszczęśliwi,niezadowoleni,naburmuszeni?
Dlaczego muszę się stresować przez czyjeś  myślenie tylko o sobie?

Nie ! Nie będę się stresować!Przyjmuję od dziś zasadę,że nie warto uszczęśliwiać tych co nie chcą być szczęśliwi.Chłop mój przecież ciągle powtarza,że nie uszczęśliwię całego świata.Wiem,że zrobiłam dobrze i niech się dzieje co chce mam to w dupie!


Aaaaaa.... I może jeszcze ktoś mi zada pytanie dlaczego akurat takiej muzyki słucham a nie innej?
No nie! To już by była złośliwość z mojej strony ;)
Wpierw słuchałam Ferbenów a na koniec Kawałek Kulki,a że muzyka łagodzi obyczaje i poprawia kondycję mózgu to zapewne tak będzie :)











piątek, 2 listopada 2012

Żeby mi się zawsze tak chciało jak dziś !

...i proszę tu nie szukać żadnych podtekstów<nono>

Cały dzień 1 listopada spędziłam w piwnicznej kuchni.I to nie z okazji w/w dnia i licznych gości,którzy przyjechali na groby bliskich.Tak po prostu wcześniej zaplanowałam sobie robotę.Ranek rozpoczęty kawą i szperaniem w necie i odkryciem nowej piosenki Ferben Lehre,która wpadła mi do ucha i do głowy.


Cały czas szpiegował mnie Chłop co raz zaglądając do piwnicznej kuchni i marudząc:
-a czego to ty słuchasz...
-a co to za dym(a było to kadzidełko!)
-a szkoda tych malin z nalewki(i wyżerał łyżką :D )
-kapusta kiszona będzie za słona...
-znów siedzisz przy komputerze(a co to!zrelaksować się nie można :D )
Końcem końców mnie pochwalił,ale o tym później ;)
Streszczę krótko co poczyniłam:
-zakisiłam  ok 30 kg kapusty,
-zrobiłam surówkę z kapusty,czosnku i marchewki(do obiadu,a nadwyżka do pasteryzacji będzie)
-zrobiłam obiad w postaci duszonego koguta(tj kurczaka) i w międzyczasie ugotowałam ziemniaki obrane przez teściową :)
-wstępnie ugotowałam bigos(bo dobry bigos niby 3 dni się gotuje)
-sałatka z kapusty,papryki,marchwi i cebuli i czosnku też zrobiona i doprawiona(jutro pasteryzacja)
-nalewka z aronii doprawiona sokiem z czarnych porzeczek i liści wiśni(pyszna jest!);rozlana do butelek i czeka na etykiety
-inne nalewki poustawiane na piwnicznych półkach,by na razie cieszyć oko ;)
-pietruszka i pasternak obrane i starte na tartce i się suszą nad kaflowym piecem;natka selera też
-sałatka jarzynowa zrobiona i zdegustowana
W międzyczasie zrobiłam przemeblowanie z gruntownymi porządkami w piwnicznej kuchni i w dwóch zamrażarkach.Uffffff! W międzyczasie też pomogłam Chłopu w pracach gospodarskich.W międzyczasie latałam no necie.Wszędzie prawie o cmentarzach itp.Lubię cmentarze,ale nie lubię Święta Zmarłych.Bardzo ciekawie i prawdziwie opisała to na swoim blogu graszka. Mam niemalże identyczne odczucia co do tego święta.

Ale wracając do tematu ...;)
   Zapewne tak dobrze szły mi prace,bo miałam nadzór.I to nie w oostaci Chłopa ,a Johna ;)
John to mój koci pupil i bardzo lubię jak plącze się mi pod nogami.Albo siedzi i obserwuje moje poczynania.

Kot zadowolony.Chłop też.Jeszcze bardziej się zadowolił kot jak dostał kilka ochłapów mięsa.Chłop też pokraśniał jak go poczęstowałam nalewką z aronii.Nawet mnie pochwalił(mimo,że wyznaje zasadę:-pochwal babę ,a 3 dni głodny będziesz! )
- Wydaje mi się,że jest lepiej jak było.[To uznaję za pochwałę]
A jest tak:




Idealnego porządku nie ma,ale to piwniczna kuchnia ;)
I tak żeby nikt nie marudził poczęstuję nalewką z aronii.


Karafki są wiekowe i ponadto mają pamiętne etykietki(może niezbyt estetyczne ;/ )
Specjalnie ich nie zmyłam,by mieć pamiątkę,że w 2006 roku wprowadziliśmy się do nowego domu.Domu w którym mam piwniczną kuchnię w której mogę spędzić przeszło 12 godzin.W tej piwnicznej kuchni można wiele.Pichcić,słuchać muzyki,czytać książkę na łóżku za piecem,pić wódkę lub inne trunki.Można też wybierając popiół z popielnika pomyśleć o nieobecnym już wirtualnym znajomym.Można pomyśleć o dobrych i sympatycznych ludziach i o tych toksycznych też.
A może lepiej posłuchać muzyki ...?



wtorek, 9 października 2012

Co za dziwny stan...?




Jakby ktoś pytał to bardzo lubię tę kapelę i piosenki w ich wykonaniu :)


A tytuł sobie pożyczyłam i myślę,że mnie o to nie oskarżą ;>
Zwłaszcza jak przeczytają poniższy tekst ;>

     A więc tak!

Obserwuję od jakiegoś czasu swoją dostojną osobę.I co??? I sama siebie nie poznaję!
Nie dostaję szału,gdy widzę okruchy i kleksy na kuchennym stole.Na puste,niemyte słoiki staram się nie patrzeć,gdy otwieram lodówkę.Wiem,że Chłop  je tam wstawia, "by był porządek"( to cytat). Już się z nim nie kłócę,że lodówka ma funkcję chłodzenia a nie zmywania.I słoików jakby mniej...
Ponadto często ktoś mi brudzi zlew w łazience myjąc ręce ze smarów itp...Czasami żartuję z tego,czasami po prostu go umyję,a czasami udaję ,że mnie nie było w łazience.Wcześniej robiłam awantury(wiadomo komu ;> )
Nie przeraża mnie również babie lato(czyt.pajęczyna) na żyrandolu co tłumaczę sobie i innym,że to sztuka mieć babie lato gdy za oknem zima...c'nie!? Dom ma służyć do mieszkania,a jak ktoś ma ochotę i potrzebę to sprząta.Czasami babie lato zbiera Chłop,czasami teściowa ;a czasami niestety ja ;)
Swego czasu do furii doprowadzały mnie pojedyńcze skarpety.Przestały! Skrzętnie pozbierane do reklamówek czekają na swoją drugą połowę.Bo weź i się denerwuj jak właciciel skarpet nic sobie z tego nie robi i przyjeżdża  do domu ze szkoły w dwóch różnych skarpetach! I beztrosko tłumaczy,że: "-Prorok nie jestem...a nie chciało mi się prać,bo wyjeżdżałam na przerwę świąteczną,więc włożyłam jakie mi zostały .Przecież z adidasów i spod spodni nie widać !


Dobrze uprane skarpety ładnie się prezentują na terakocie mego projektu;)


<hahaha>




Ale żarty żartami,a ja ostatnio poszłam do lekarza szukać sobie choroby.Lekarz bardzo się zdziwił,bo tak mu zaanonsowałam na dzień dobry i wymieniłam niepokojące objawy czyli:huśtawka nastojów(smutek i głupawka na przemiennie),zmęczenie,apatia,niechęć do wszystkiego,ciągła senność czasami naprzemiennie z nadpobudliwością,wzrost wagi,skrócony cykl miesiączkowy i uczucie nadmiernego zimna lub gorąca.
Dostałam skierowanie na badanie THS i cukru .Wynik THS 2,4 i cukier 83 czyli w normie.
Lekarz obstawiał problemy z tarczycą.Gdy znałam już wyniki zaczęłam się poważniej nad sobą zastanawiać.Nawet spisałam wszystkie niepokojące mnie objawy(kartkę zachowałam dla siebie ;>)
Po rozmowie-wywiadzie z lekarzem  wspólnie doszliśmy do wniosku,że mój stan to lęki charakteryzujące się nadmiernym i niekontrolowanym martwieniem się o sprawy codzienne.

No tak!
  Mobbing w pracy.Patrzyłam na to latami,aż w końcu postanowiłam położyć temu kres.I to z powodzeniem!Od dwóch tygodni pracuje się  normalnie i bez stresu,że za byle co dostaniesz opierdol.
  Bardzo bliska osoba w rodzinie jest chora na schizofrenię.Czuję stres gdy rozmawiamy,bo nie wiem czy to co powiem nie odwróci się w przyszłości przeciwko chorej.Chora wszystko interpretuje i odbiera inaczej.Po prostu jakby deformuje.Oj!...nie będę tego opisywać ...
   Moja beztroska młodzież też przysparzała mi zmartwień.Ale sama wychowałam  bezstresowo i dlatego chyba mam stresy.Opisywać nie będę,bo mój sposób wychowywania dzieci jest inny niż znacznej większości społeczeństwa i trzeba byłoby dużo i długo pisać(a to nie temat ;> )Na szczęście wakacje się skończyły,a ja odetchnęłam.Dopinguję ich teraz,by nie złamali się ogromem obowiązków szkolnych i uczęszczaniem na kursy na prawo jazdy,kursy przedmiotowe i kursy językowe.
Dużo pewnie tych stresów bym naliczyła,ale zakończę na tych  główniejszych.Koleżanki z pracy mówią,że teraz bezstresowo pracujemy i to bardzo mnie cieszy.Beztroska młodzież na GG coraz coś pisze, a ponadto w sobotę coraz dostaję buziak od  Beztroskiego o wzroście 180 cm.Ponadto z Chłopem ustaliliśmy,że zmniejszamy gliniasty ogródek na konto nowego sadu.Nie ma komu pielić i czasu brak na to.Posadzimy wiśnie,grusze i coś tam jeszcze.Dobrze będzie :))))
A  jeśli się zastosuję do porad kolegi(tego co zawsze mi dobrze radzi <OK>) to będzie całkiem dobrze!!!
Ponoć na "zmęczenie materiału" czyli zapierdol,stres i przemęczenie najlepsza jest gorzka czekolada.Zastosowałam się do wytycznych i zakupiłam :)
Wczoraj zjadłam jedną w całości ,a dziś 2 kostki.Zagryzę pomidorem z cebulą,z czosnkiem,z solą ziołową,z oliwą z oliwek i z octem jabłkowym ( własnej produkcji[tzn produkcji kolegi]).
Umyję zęby i pójdę grzecznie spać.Może Chłop mnie przytuli...?(też zalecane przez kolegę :P )
Może przyśni mi się coś normalnego?
Może wykąpana,lekko wypachniona będę lepiej spać i wstanę z chęcią do pracy?
Inaczej być nie może :)))
Po zastanowieniu się nad sobą doszłam do wniosku ,że trzeba  "wyrzucić na luzik" jak mówi moja Młoda.


Smaczne te pomidory :))
Chłop się chciał załapać,ale już umył zęby:P
Przyszedł mi przypomnieć ,że rano trzeba wstawać :D
Odpowiedziałam wymijająco :
-No dobra...już idę.Tylko pogłaskam koty w kotłowni,posłucham czy wino równo bulgocze i podłożę do pieca kaflowego,by gruszki się dosuszyły i woda była ciepła.A Ty idź grzej łóżko :)

piątek, 21 września 2012

Pomieszanie z poplątaniem...

Zakładając bloga obiecałam sama sobie,że to co będę tu publikować itd...będzie dla świata wirtualnego.
Widzę jednak,że to były czcze obietnice ;). Powód !? Bardzo prosty!O osobach,które znam wirtualnie myślę w realu.Ale jak nie pomyślisz o prowadzącym świetnego bloga fotograficznego,gdy widzisz babę żniwną ;) Na ową babę żniwną trafiłam przypadkowo na forum kulinarnym, by potem obejrzeć ją "u źródła"
 Baba żniwna na WŻ  
Chłop i baba ...u Grzegorza

Ponadto mam swoją babę :D
Moja baba ;)
Babę swoją pozyskałam w bardzo spontaniczny sposób.Z Chłopem robiliśmy foty naszym zwierzakom,gdy grupa rowerzystów zatrzymała się,by zagadnąć o niecodzienny widok jakim są beztrosko brykające cielęta przy swoich matkach.Ponadto rowerzyści mieli w planach obejrzeć bunkry, a nie mieli pojęcia gdzie ich szukać.Chłop zaproponował właściwą osobę czyli mnie.I dzięki temu,że miałam spontaniczną przejażdżkę rowerową mam babę żniwną i nowe kontakty realno-wirtualne ( oczywiście wymieniliśmy się adresami email).
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
   Jednak sednem mego pomieszania z poplątaniem było spotkanie kilku osób,które znają się z pewnego forum( a niektóre z pewnych-chodzi o liczbę mnogą).Czyż real nie pomieszał się z życiem wirtualnym?
Pomieszał się!
      Spotkanie było planowane od dość dawna i miejsca spotkań były planowane różne.Osób miało być ok 15.Bardzo chciałam być na tym spotkaniu, a martwiłam się ,że jak zwykle coś wypadnie i wytężając swoje szare komórki obmyśliłam je na Podlasiu w pobliskiej agroturystyce. Pomysł spontaniczny,ale bardzo korzystny dla mnie.Myślę jednak,że nikt nie posądził mnie o egoistyczne myślenie ;).Z agroturystyki zrezygnowaliśmy na konto pobytu na moim "ranczo"'
    Co mogę napisać o spotkaniu...? A to ,że było nas razem sztuk 8.Była 65-latka i 25-latka i zdecydowana większość w wieku około moim.Przyjechały z różnych stron Polski i nie tylko z Polski! Radość ze spotkania była niesamowita.Była to radość połączona z ciekawością.Można powiedzieć ,że byłyśmy w stanie euforii i ekstazy.Rozmowy były bardzo długie i poważne oraz lapidarne i chaotyczne. O wszystkim i o niczym.Prawdziwe Polek nocne rozmowy ...Śmiech pomieszany ze łzami wzruszenia...Wszystko to uświetniło pieczenie chleba i babki ziemniaczanej w piecu kaflowym;krojenie gruszek do suszenia nad piecem(i ich podjadanie :D);ubijanie masła z wiejskiej śmietany;gotowanie bogracza;spacer do lasu i gotowanie i suszenie plonów z lasu i kilka innych typowo babskich spraw.Koty i psy zostały wygłaskane na zapas :)

   Dla mnie to spotkanie dało wiele! Utwierdziłam się w przekonaniu,że są ludzie tak samo zwariowani jak ja,podobnie rezolutni i całkowicie obiektywni.Ludzie,którzy potrafią uszanować inność.Nie będę się tu rozpisywać szczegółowo ,bo nie o to chodzi.
Po prostu dziękuję dziewczyny!!!

    Ponadto  hymnem tego spotkania jest  dla mnie Fiolka



Śpiewam sobie na głos mimo późnej pory i mam ochotę wznieść toast wódką cytrynową!

NA   S'DROFIE!!!!

niedziela, 9 września 2012

Serdeczne życzenia ; >

Nie jestem mistrzem w składaniu życzeń i nigdy nim nie byłam.A spisać czy skopiować życzenia to nie sztuka.Moją zasadą jest życzyć komuś to co sprawi mu przyjemność.Ostatnio szczególnie prześladują mnie życzenia moich znajomych, koleżanek i kolegów;>
Zazwyczaj zbywam to żartem,ale zaczyna we mnie kipieć i czekam momentu aż się nie powstrzymam i wybuchnę!
Ale zacznę od początku...

Kilka dni temu w pracy zrobiłam dobry uczynek.Zajęcie kilkuminutowe,ale nikomu się nie chciało tego zrobić.Zaanonsowałam koleżankom,że to co odwlekane to już przez mnie zrobione.
-Daj tobie zdorowie i sobacze nóżki-odpowiedziała jedna w tutejszym chachłackim narzeczu .
-A ja Ci życzę ,żebyś Kacperka urodziła!-odpowiedziała druga.
-No,no,no!Nie przyjmuję takich życzeń-odpowiedziałam z miną wyrażającą moje niezadowolenie ;/

Często żartujemy,ale te żarty przestają mnie bawić ...
I żeby to tylko ten jeden incydent,ale nie!

Napotkana znajoma pyta:
-Jak tam dzieci sobie radzą z dala od domu?
Odpowiadam i opowiadam jednocześnie o szkołach i o internatach moich Młodych.
-No to wam teraz nic nie zostało jak zrobić sobie trzecie dziecko.Duży dom,sami jesteście,a wtedy byłoby weselej.Pustkę spowodowaną wybyciem dzieci do szkół byście mieli zapełnioną.
NOOOOO!Zbaraniałam,zowczałam i dostałam wytrzeszczu obu oczu!
Grzecznie odpowiedziałam:
-Ale ja wcale,a to wcale się nie nudzę ani nie czuję żadnej samotności.Tak samo jest z moim Chłopem i teściową!

Odwiedza nas znajoma z dwójką rocznych bliźniąt.Urocze łobuzy.Jeden z nich jest chrześniakiem mojej Młodej.Młoda uwielbia dzieci i marzy,by mieć bliźnięta.
-A jaki on słodziutki mamo!Popatrz jak się śmieje do mnie!-woła zachwycona.
Zagaduję,zabawiam itd..ale jakiegoś szczególnego zachwytu typu "ochy' i 'achy' nie umiem okazać.
-Mamo!zróbcie sobie takiego-śmieje się córka.Argumentuje,że oboje z bratem by pomagali ,a ja przy dziecku uspokoiłabym swoje nerwy(co to nieraz na nich pożytkuję!)
-Dochód nasz skromny też chcesz podzielić na was troje?Zastrzegam,że pampersy zabiorą więcej kasy niż Ci się wydaje,a na ubrania wydam o wiele więcej bo dziecko rośnie.
-No tak...-mówi skapitulowana Młoda.


Przechodzący sąsiedzi nieraz żartują,że bocian coś nam przyniesie jeszcze ;>
Bociany bowiem upatrzyły sobie nasz dom jako punkt obserwacyjny.A może chcą zrobić gniazdo ...?

Przy okazji tematu przypomina mi się moja dawna koleżanka z pracy.Pracowała razem ze mną i mieszkała w hotelu pracowniczym.Mąż mieszkał w odległej o ok 50 km miejscowości zajmując się gospodarstwem rolnym.Koleżanka bardzo pragnęła dziecka i często o tym opowiadała.Z czasem zaczęła mówić o swoich obawach co do posiadania potomstwa.Pamiętam jak z okazji imienin złożyłam jej życzenia..."Zdrowia,szczęścia i co tam sobie jeszcze zamarzysz.I przede wszystkim zdrowego dzidziusia jak najszybciej." Na moje życzenia koleżanka zalała się łzami,a ja czułam się bardzo głupio...bo pomyślałam,że te moje życzenia przyjmie z radością. Odtąd jestem bardzo powściągliwa w ich składaniu.


Tak więc...

Dobrego wiele Wam życzę ;)))




............czy ten bociek wygląda na takiego co dzieci przynosi...?  ;>


piątek, 7 września 2012

O doładowaniu ;)

Każdy z nas ma swój sposób,by doładować akumulatory.A to jest bardzo potrzebne!Wiem to po sobie...
Praca na 3 zmiany,obowiązki domowe,na podwórku,w ogródku,załatwianie mnóstwa spraw za siebie i za Chłopa  nieraz przerasta moje nie skromne możliwości...Tak i teraz było ...Najcięższy okres w roku jakim są żniwa zbiegły się z 18-tymi urodzinami Młodej.Impreza na mojej głowie,ponadto kombajn w polu coraz ulegał awarii i Chłop dzwonił po kierowcę i dostawcę zarazem z poleceniem:-Jedź szybko i szybko wracaj.Jadę jak mogę szybko(ale z wyobraźnią!) i wracam.Tak trefnie się składało,że grafik dzienny był bardzo napięty,gdy miałam nocki.Ponadto w pracy bywało ciężko...
Nadmiar zajęć spowodował,że popadłam w zwykłą stagnację.Nic mi się nie chciało,wszystkiego miałam dość i do tego dochodził płaczliwy nastrój jak u małej dziewczynki.Wiedziałam,że potrzebuję jakiegoś bodźca...Czasami gadaliśmy sobie z Chłopem wieczorową porą przy kieliszku nalewki słuchając deszczu w rynnach;czasami żartowałam z koleżankami z pracy;czasami pozytywny nastrój sam z siebie przychodził...a czasami nie chciał być po prostu lepszy i już!
I tak o tym całym bałaganie zgadałam się ze swoją koleżanką wirtualną.
Nie pamiętam czy pisałyśmy na gg czy na forum czy sms.Koniec końców wyszło,że się zdzwoniłyśmy.Każdej z nas było jakoś ciężko na duszy ;>
I nie wiem do dziś czy ona żartowała czy napisała to poważnie.Nie pamiętam nawet w jakiej to było formie napisane...Ale to nie jest ważne !

Podczas jakiegoś wypadu do miasta po zakupy i po części do psujących się maszyn zagaiłam do Chłopa:
-Nie miałbyś nic,gdybym zaprosiła do nas Anovi.Znam ją wirtualnie ...itd...itp...
Nie pamiętam jakich jeszcze argumentów użyłam,ale Chłop odpalił:
-A zapraszaj!Jak tak bardzo chcesz i jak Ona zechce przyjechać...
Chłop poszedł po zamówione łożyska a ja podskakiwałam na siedzeniu auta.Chciało mi się płakać -tym razem z radości!Nie mogłam zebrać myśli,by zadzwonić i pogadać...Zadzwoniłam.I znów podskakiwałam z radości słysząc to co chciałam usłyszeć!
Za kilka dni dostałam krótkiego i rzeczowego smsa z terminem przyjazdu.
I nie mogłam się doczekać!

............................................................................................................................................................................

Przyszłam z nocnej zmiany i wiedziałam,że spać mi się nie będzie chciało.Do 14 z minutami miałam czas.Zaplanowałam upiec chleb i babkę ziemniaczaną.Ponadto pobiegłam radośnie do lasu i nazbierałam kurek.Byłyśmy w ciągłym kontakcie telefonicznym.Kurek był wysyp.Po powrocie z lasu babka i chleb do pieca,a ja pod prysznic dla otrzeźwienia(nie orzeźwienia :P) ;)
Pojechałam na PKP.
Stałam na peronie i czekałam na opóźniony pociąg rozmawiając z kuzynką( też czekała na przyjazd podróżnych).Zrobiła wielkie oczy jak jej powiedziłam,że czekam na koleżankę z G*.
-A skąd Ty znasz ludzi z G.?-zapytała kuzynka
-To wirtualna koleżanka-powiedziałam.
-I nie boisz się obcego człowieka do domu przyjąć?!
-Nie.Czego mam się bać-odpowiedziałam z przekąsem.
Pociąg nadjechał i wysiadł z niego tłum ludzi(zazwyczaj to pojedyńcze osoby!)
Wypatrywałam znanej mi ze zdjęć osoby.Dopiero jak zobaczyłam machającą do mnie rękę to poznałam.
Wyobrażenie moje było inne,ale w realu okazało się bardziej korzystne.W drodze powrotnej okazało się,że jadąc na PKP nie poznałam swej córki,która szła poboczem i rzekomo do mnie machała.A to ci dopiero matka zakręcona:)))

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mój chleb bardzo Ci smakował.Podobnie babka ziemniaczana.Siedziałam przy stole z dziwaczną miną gdy pałaszowałaś moją babkę ziemniaczaną prosto z pieca kaflowego.Nie mogłam przełknąć Twych zachwytów nad czymś tak zwyczajnym.Zresztą przyzwyczajona jestem do pochwał typu :"może być...".Bardzo dobrze nam się rozmawiało i nieprzerwanie miałam wrażenie,że znamy się od zawsze ;). Pierwsze emocje  minęły i przyszedł wieczór.Chociaż byłam 24 godziny na nogach(oj! chyba więcej!) jakoś specjalnie sen mnie nie morzył .Jednak Chłop zadecydował : idziemy spać!
I w łóżku na Twój temat mamrotał : -druga Jaśka! druga Jaśka!

Następne dni minęły nam na gotowaniu pierogów(miał być przecie cały gar!) ; wyjazdach w moje ulubione miejsca,które chciałam Ci pokazać;robieniu zakupów na zbliżający się zjazd mojej rodzinki z okazji święta Przemienienia Pańskiego na Grabarce i przygotowaniach do tejże imprezy od strony kuchni.Przez te dni czułam się szczególnie wyróżniana w domu,bowiem omijały mnie obowiązki gospodarskie typu dojenie itp.Chłop uznał,że "tak dobrze Wam się gada,że nie będę przeszkadzał pierdołami"
Nie będę się tu rozpisywać o naszym spotkaniu,bo nie widzę potrzeby,ale!

 Dziękuję Ci za:
-koguta z cytryną,
-rybę pod beszamelem,
-za ostre noże(będę się i ja uczyć ostrzyć :D)
-ogólnie za pomoc w kuchennym bałaganie!
Szczególnie dziękuję Ci za to,że nie denerwowało Cię,że ciągle Ci wpadałam w słowo ;)
Nie wiem za co powinnam Ci jeszcze podziękować...Może za nasze wieczorne rozmowy przy kieliszku wódki cytrynowej?Rozmowy o dzieciach,o chłopach,o wirtualnym i realnym życiu...?Może za wygłupy przy ubijaniu masła z wiejskiej śmietany?
Może za spacery po moich ulubionych miejscach?
Może za  wieczorne wygłupy nad Bugiem "pod wierzbą",gdzie próbowałam zrobić zdjęcie zachodzącego słońca siedząc(klęcząc) na zwalonej do rzeki wierzbie..?Śmiałyśmy się jak wariatki i przepłoszyłyśmy wszystkie ryby łowiącemu nieopodal(jak się później okazało!) znajomemu.
A tak apropo!
To ta wierzba i ten zachód słońca!







Ponadto zaskoczyłaś mnie poskromieniem małego niejadka,który wbrew opinii jego mamy nie będzie jadł.
Mojej niewidomej babci bardzo się spodobałaś!
Mojej toksycznej mamie też!
Goście,którzy się zjechali byli zachwyceni kunsztem kulinarnym(wiadomo czyim :D)
Cieszę się,że odnalazłaś się w tak licznej grupie ludzi jak moja rodzina i moi znajomi.
Miałyśmy tyle planów!Miałam Ci zapleść warkocz-nie zdążyłam!Miałyśmy pojechać rowerami nad Bug(to ma swoisty klimat i jest nieporównywalne z wypadem samochodowym).Miałyśmy obfotografować okoliczne drewniane domy.Pewnie coś jeszcze było w planach,ale o tym nie pamiętam w tej chwili ;)
Dzięki memu Chłopu Twój wyjazd odciągnął się o 2 dni.Dziękuję mu w myślach za to(ale się nie przyznaję do tego :P ).W tym czasie jak byłam w pracy moje koty Dzikuski jadły Ci z ręki,pies Czapi pilnował Cię w domu.Niecierpliwie czekałaś(wraz z nami) na narodziny cielaczka ,by nadać mu imię.Urodził się pół godziny przed Twoim odjazdem i został nazwany Dereszko.
Czyli ogólnie rzecz biorąc naładowałaś mi baterie!Nie stresowała mnie  brygadzistka w pracy,nie stresowało mnie nawet to,że jednocześnie 2 auta nam się zepsuło.Koleżanki z pracy mówiły,że nakręcona jakaś  jestem ;).Ja ja sobie pod nosem podśpiewywałam  " Chorałem dzwonków dzień rozkwita......a ja mam swą gitarę,spodnie wytarte i buty stare..."


    Teraz,gdy czekam na pieczony w piecu chleb myślę o Tobie.Przyczyną są pieczone gołąbki,które do spóły z chlebem się pieką.Wierzę,że kiedyś Cię nimi poczęstuję !!!



P.S.Notka miała być dodana tuż po Twoim wyjeździe.Była w mej głowie do tych pór ;)

Iv-pozdrawiam i ściskam Cię mocno!
...bo całować się nie lubię;wiesz ;>


* Z przyczyn takich i owakich nie używam w internecie nazw właściwych.Ewentualnie nicki lub pseudonimy.
 Nazwy właściwe zastępuję  pierwszą literą nazwy miejscowości lub imienia.