Moje przemyślenia,wspomnienia,radości,smutki,rozterki... Trochę o mnie, trochę o życiu i o całym "bałaganie" z nim związanym... Stosuję bardzo prostą filozofię Alice Roosevelt Longworth : Napełnij to co jest puste. Opróżnij to co jest pełne. Podrap tam gdzie swędzi. Lubię poznawać świat i ludzi.
czwartek, 8 listopada 2018
niedziela, 27 maja 2018
Zabita szyja.
Jak w tytule. Przypomniało mi się to powiedzenie, gdy patrzyłam w okno i cieszyłam się z mini bukiecika ;). Hmmm...Gdyby komuś nudziło się proponuję pogłówkować i wyjaśnić co znaczy tytułowe stwierdzenie.
sobota, 17 lutego 2018
Cóż to się stało...?
I jak to mawiają: z braku rozrywki wódka i dziwki.
A u mnie z braku roboty w głowie głupoty ;).
A wszystkiemu jest winne L4, mój Chłop i moje przemyślenia. A kilka dni wylegiwania się w łóżku zrobiło swoje.
Chłop marudził:
-Nie czytaj tych książek tylko śpij lub odpoczywaj.
-Zostaw tego laptopa, bo szkoda mi twoich oczu.
-Zrób sobie herbatę zamiast czytać czy oglądać "cośtam" w laptopie.
Te gdakanie Chłopa to było jak mantra. Gdy wchodził do domu to prawa ręka z lewą robiły zakład co będzie powiedziane ;). A jak nic nie mówił to spojrzenie było bardzo wymowne ;).
Gdy tak siedzisz w domu i boli ci głowa i mimo to starasz się myśleć to coś wymyślisz. Więc wymyśliłam, że jak będę mieć FB to ten fakt ułatwi mi kontakt z wieloma osobami. Bo z GaduGadu czy Skype już chyba nie korzysta się...?
No i założyłam se fejsa ;D.
Więc żyję!!!! (Bo rzekomo kto nie jest na fejsie ten nie żyje).
Moje sposprzeżenia po kilku dniach:
1. Przerażają mnie ludzie, którzy robią łapanki na znajomych. Nie widziałam na oczy, nie słyszałam na uszy, nie czytałam o takich a tu mnie zapraszają do znajomych!!!! Ba! A zazwyczaj to tacy znajomi co łaskawie "cześć" wybąkają, bo "wyżej sram niż dupę mam i na plebs nie paczam" też mnie zapraszają. O nie! W łapankach to ja uczestniczyć nie będę!2. Przerażają mnie ludzie, którzy non stop coś wrzucają na Fb. Czy u nich czas jest z gumy?????
3. Przerażają mnie głupoty które wrzucają.
4. Przeraża mnie fakt, że piszą wszystko o sobie ze szczegółami!
Poza tym facebook jest wszystkowiedzący. Tzn. chce być.
Zapytuje:
-jakie masz hobby,
-jakie jest twoje życiowe motto,
-co sprawia, że jesteś szczęśliwy,
-co chciałbyś zwiedzić,
-gdzie mieszkasz, dane kontaktowe i podstawowe informacje, rodzina i związki, wydarzenia z życia.
Rzekomo może to być publiczne lub nie.
Rzekomo znajomych "podsuwa" wg wieku, miejsca zamieszkania, preferencji zawodowych, firmy w której pracujesz, adresu email na który np zalogujesz się.
Itd..itp...
Znalazłam ciekawy artykuł, który polecam do przeczytania Ile Facebook wie o tobie(KLIK)
I co? Nie przeraża?
Mnie trochę tak...
W sumie życie przeraża...
...ale przecież żyję!
Jeśli ktoś mnie zna to wie o mnie conieco. Po co obnosić się z tym przed całym światem.
A FB ma bardzo dobre komunikatory w które wbudowany jest czat video i rozmowy głosowe.
I to było mi potrzebne w jednym miejscu!
Niedawno Młody mi napisał, że komuś powiedział, że jego matka, która broniła się zaciekle to teraz siedzi na fejsie. Moja odpowiedź:
-Synku! Siedzę na krześle!
Swoją drogą to powinien o tym napisać na srejsie...Wtedy to by była jazda! Wszyscy by wiedzieli!!!!
piątek, 16 lutego 2018
Dzień legata...
Dzień legata, a jutro jego brata.
To powiedzenie mojej babci, które (nie wiem czemu) utrwaliło się w mej pamięci. Bo legat to wg słowników poseł,wysłannik lub przedstawiciel. A babci chodziło konkretnie o lenia. Więc przyjmijmy, że legat to przedstawiciel nicnierobienia ;).
W ostatnią sobotę siedząc przy kuchennym stole z młodym kuzynostwem ze Śląska sączyliśmy południową kawę. I tak sobie rozmawialiśmy o ich pobycie u nas, o ciągle napiętym czasie, o zmęczeniu z powodu ciągłego pośpiechu, z powodu przeziębienia czy te grypy itp. I wspólnie ustaliliśmy ów dzień legata na niedzielę. Oczywiście obgadaliśmy temat regionalizmów białostockich (klik).
W niedzielę młodzi powiadomili nas, że cały dzień przebimbali. No cóż...mogliśmy pochwalić się tym samym.
Jako,że brak snu odczuwaliśmy oboje z Chłopem to po porannych obowiązkach na podwórku i w oborze; po rozpaleniu pieca C.O. czmychnęliśmy do sypialni. Niech komuś do głowy nie przychodzi, że my mieliśmy w głowie jakieś igraszki!!! O NIE!!! Spaliśmy jak zabici tak, że nawet moszczący się w nogach pies nam nie przeszkadzał. Przeszkodził tylko telefon, który Chłop w zapomnieniu zostawił w kieszeni. Szybko przepędziłam z sypialni Chłopa, bo ten rozmawia wrzeszcząc niemożebnie. Sen przerwał mi sen lub wrażenie, że ktoś nade mną stoi...
-Jak mamuśka...? Pospałaś?-zapytał Młody. Miał jeszcze na sobie oznaki niewyspania, ale On tak ma zawsze.
-Która godzina...?
-Zaraz dwunasta mamuśka.
No nieźle myślę sobie...
W kuchni zastałam Dziewczynę Młodego i jej koleżankę obierające ziemniaki. Rozśmieszyło mnie to, bo gościnnie nie wszyscy obierają ziemniaki ;)). W sumie Młody i jego Dziewczyna zadeklarowali się dzień wcześniej, że przygotują obiad.
Sączyłam kawę i rozmawiałam z kolegami Młodego, których to wizyta pokryła się w czasie z wizytą kuzynostawa ze Śląska. A Młody wraz Dziewczyną uwijali się przy produkcji "zawijków" czyli schabu z papryką, ogórkiem konserwowym i serem żółtym. Mój wkład w obiad to było przygotowanie dwóch rodzai kompotu i pozmywanie po obiedzie. Młodzież rozjechała się po obiedzie, a Chłop po prostu wypędził mnie z domu.
-Dość legatowania! To dla twego dobra jak poruszasz się.
Nie powiem, że mnie to jakoś specjalnie uszczęśliwiło, ale siana nazrzucałam na dwa dni karmienia i pospacerowałam z psem. Jakieś ptasiory ściergoliły wiosennie i przelatywały z drzewa na drzewo. Jakby mi chciały zrobić na złość...A ja chciałam jak najszybciej z kawą i książką umościć się wygodnie w swoim łóżku. Oczywiście wsparta kilkoma poduszeczkami jakbym za chwilę miała się wywrócić. I cały czas jak jakaś mantra powracało mi te legatowanie na myśl. Jakbym miała wyrzuty sumienia...
Poniedziałek postanowiłam zacząć energicznie. Od rana uwijałam się pomiędzy kuchnią, łazienką i kuchnią piwniczną. W tzw międzyczasie biegając na podwórko i w miejsce ważnych wydarzeń (koparka kubot-klik).
Pozmywałam w dwóch kuchniach wszytko co było możliwe, ugotowałam pyszną zupę jarzynowo-grzybową, zrobiłam twaróg, zamroziłam wędliny, których całe mnóstwo naprodukowaliśmy kilka dni temu. W piwnicznej kuchni ugotowałam ziemniaki dla kur i gar jedzenia dla kotowatych. Nastawiłam 2 prania i poskładałam zaległe. Na koniec ugotowałam kisiel, by po powrocie z pracy nie jeść (tzn nie żreć...). Tuż przed wyjściem do pracy dopadł mnie ból głowy.
-To chyba od tego legatowania...-pomyśla zgryźliwie sama o sobie.
W trakcie pracy do kolekcji pojawił się ból gardła, migdała i ucha. Dało o sobie znać przechodzone do pracy przeziębienie...
I we wtorek werdykt lekarza przedłużył moje legatowanie. L4...
Gdy oznajmiłam w domu to usłyszałam momrotanie teściowej, że "znów legat będzie spał"...
Chłop odrzekł, że "w końcu dobrze odpoczniesz i porządnie wykurujesz się".
Nawet wtedy, przy złym samopoczuciu chciałam na wiele decybeli puścić piosenkę z Akademii Pana Kleksa "Na tapczanie siedzi leń". Ale uznałam to za niewłaściwe, bo moja teściowa z tych co szydery i ironii nie rozumie.
Także był dzień legata, potem jego brata, potem jego bratowej itd. itp.
Chłop mnie pilnował, bym jak najwięcej spała. Coraz to zaglądał do sypialni i zabierał mi z rąk czytaną książkę. Nieraz musiałam go przywoływać do porządku, że nie mogę ciągle spać!!!!
Spałam, czytałam, surfowałam po internecie, jadłam, piłam herbatki, robiłam inhalacje.Kontaktowałam się z koleżankami z pracy i innymi znajomymi. Nie wiem jak teściowej serce z żalu nie pękło czy wątroba nie zgniła. Bo przecież kobieta na wsi nie może leżeć, czytać czy inne byle-jakie rzeczy robić!!!!
Byle-jakie znaczy nieproduktywne- tłumacząc z języka wioskowego na język normalny ;).
W sumie w tym czasie mogłam rozliczyć podatek i takie tam inne domowe zajęcia. Ale co wyleżałam się i wyspałam TO MOJE! I mam nadzieję, że grypa czy przeziębienie (jak zwał tak zwał, ale upierdliwe!!!) nie powróci.
W sumie to babcia miała rację mówiąc, że "dziś dzień legata, a jutro jego brata". Bo legat jednodniowy to nie legat.
To powiedzenie mojej babci, które (nie wiem czemu) utrwaliło się w mej pamięci. Bo legat to wg słowników poseł,wysłannik lub przedstawiciel. A babci chodziło konkretnie o lenia. Więc przyjmijmy, że legat to przedstawiciel nicnierobienia ;).
W ostatnią sobotę siedząc przy kuchennym stole z młodym kuzynostwem ze Śląska sączyliśmy południową kawę. I tak sobie rozmawialiśmy o ich pobycie u nas, o ciągle napiętym czasie, o zmęczeniu z powodu ciągłego pośpiechu, z powodu przeziębienia czy te grypy itp. I wspólnie ustaliliśmy ów dzień legata na niedzielę. Oczywiście obgadaliśmy temat regionalizmów białostockich (klik).
W niedzielę młodzi powiadomili nas, że cały dzień przebimbali. No cóż...mogliśmy pochwalić się tym samym.
Jako,że brak snu odczuwaliśmy oboje z Chłopem to po porannych obowiązkach na podwórku i w oborze; po rozpaleniu pieca C.O. czmychnęliśmy do sypialni. Niech komuś do głowy nie przychodzi, że my mieliśmy w głowie jakieś igraszki!!! O NIE!!! Spaliśmy jak zabici tak, że nawet moszczący się w nogach pies nam nie przeszkadzał. Przeszkodził tylko telefon, który Chłop w zapomnieniu zostawił w kieszeni. Szybko przepędziłam z sypialni Chłopa, bo ten rozmawia wrzeszcząc niemożebnie. Sen przerwał mi sen lub wrażenie, że ktoś nade mną stoi...
-Jak mamuśka...? Pospałaś?-zapytał Młody. Miał jeszcze na sobie oznaki niewyspania, ale On tak ma zawsze.
-Która godzina...?
-Zaraz dwunasta mamuśka.
No nieźle myślę sobie...
W kuchni zastałam Dziewczynę Młodego i jej koleżankę obierające ziemniaki. Rozśmieszyło mnie to, bo gościnnie nie wszyscy obierają ziemniaki ;)). W sumie Młody i jego Dziewczyna zadeklarowali się dzień wcześniej, że przygotują obiad.
Sączyłam kawę i rozmawiałam z kolegami Młodego, których to wizyta pokryła się w czasie z wizytą kuzynostawa ze Śląska. A Młody wraz Dziewczyną uwijali się przy produkcji "zawijków" czyli schabu z papryką, ogórkiem konserwowym i serem żółtym. Mój wkład w obiad to było przygotowanie dwóch rodzai kompotu i pozmywanie po obiedzie. Młodzież rozjechała się po obiedzie, a Chłop po prostu wypędził mnie z domu.
-Dość legatowania! To dla twego dobra jak poruszasz się.
Nie powiem, że mnie to jakoś specjalnie uszczęśliwiło, ale siana nazrzucałam na dwa dni karmienia i pospacerowałam z psem. Jakieś ptasiory ściergoliły wiosennie i przelatywały z drzewa na drzewo. Jakby mi chciały zrobić na złość...A ja chciałam jak najszybciej z kawą i książką umościć się wygodnie w swoim łóżku. Oczywiście wsparta kilkoma poduszeczkami jakbym za chwilę miała się wywrócić. I cały czas jak jakaś mantra powracało mi te legatowanie na myśl. Jakbym miała wyrzuty sumienia...
Poniedziałek postanowiłam zacząć energicznie. Od rana uwijałam się pomiędzy kuchnią, łazienką i kuchnią piwniczną. W tzw międzyczasie biegając na podwórko i w miejsce ważnych wydarzeń (koparka kubot-klik).
Pozmywałam w dwóch kuchniach wszytko co było możliwe, ugotowałam pyszną zupę jarzynowo-grzybową, zrobiłam twaróg, zamroziłam wędliny, których całe mnóstwo naprodukowaliśmy kilka dni temu. W piwnicznej kuchni ugotowałam ziemniaki dla kur i gar jedzenia dla kotowatych. Nastawiłam 2 prania i poskładałam zaległe. Na koniec ugotowałam kisiel, by po powrocie z pracy nie jeść (tzn nie żreć...). Tuż przed wyjściem do pracy dopadł mnie ból głowy.
-To chyba od tego legatowania...-pomyśla zgryźliwie sama o sobie.
W trakcie pracy do kolekcji pojawił się ból gardła, migdała i ucha. Dało o sobie znać przechodzone do pracy przeziębienie...
I we wtorek werdykt lekarza przedłużył moje legatowanie. L4...
Gdy oznajmiłam w domu to usłyszałam momrotanie teściowej, że "znów legat będzie spał"...
Chłop odrzekł, że "w końcu dobrze odpoczniesz i porządnie wykurujesz się".
Nawet wtedy, przy złym samopoczuciu chciałam na wiele decybeli puścić piosenkę z Akademii Pana Kleksa "Na tapczanie siedzi leń". Ale uznałam to za niewłaściwe, bo moja teściowa z tych co szydery i ironii nie rozumie.
Także był dzień legata, potem jego brata, potem jego bratowej itd. itp.
Chłop mnie pilnował, bym jak najwięcej spała. Coraz to zaglądał do sypialni i zabierał mi z rąk czytaną książkę. Nieraz musiałam go przywoływać do porządku, że nie mogę ciągle spać!!!!
Spałam, czytałam, surfowałam po internecie, jadłam, piłam herbatki, robiłam inhalacje.Kontaktowałam się z koleżankami z pracy i innymi znajomymi. Nie wiem jak teściowej serce z żalu nie pękło czy wątroba nie zgniła. Bo przecież kobieta na wsi nie może leżeć, czytać czy inne byle-jakie rzeczy robić!!!!
Byle-jakie znaczy nieproduktywne- tłumacząc z języka wioskowego na język normalny ;).
W sumie w tym czasie mogłam rozliczyć podatek i takie tam inne domowe zajęcia. Ale co wyleżałam się i wyspałam TO MOJE! I mam nadzieję, że grypa czy przeziębienie (jak zwał tak zwał, ale upierdliwe!!!) nie powróci.
W sumie to babcia miała rację mówiąc, że "dziś dzień legata, a jutro jego brata". Bo legat jednodniowy to nie legat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




