środa, 26 listopada 2014

Żadna praca nie hańbi czyli dobrze,że mam pracę.

Oczywiście,że zgadzam się z tym co napisałam w tytule! Przecież ktoś musi wywozić śmieci czy płynne nieczystości ; bebrać się usmarowanymi rękoma  w silniku samochodu czy innego sprzętu ; robić zastrzyki czy sprzątać domy,lokale,szkoły,szpitale . Zapewne jest wiele rzekomo haniebnych i wstydliwych prac,ale akurat te przyszły mi do głowy.Najważniejsze jest to , by zwykły człowiek zrozumiał,że ktoś to musi robić , by koło zwane szarym , codziennym życiem mogło trwać.Chyba,że ktoś wymyśli zastępstwo tych zawodów,bo rzekomo pralka wypierze,a zmywarka zmywa;)
Jako,że ani nie urodziłam się księżniczką,ani żaden książę nie chciał mnie porwać z domu rodzinnego mam to co mam.Mieszkam na wsi i dodatkowo pracuję zawodowo.
Zdarza mi się dość często uruchomić,gdy ktoś ze znajomych nieoczekiwanie robi mi przytyki :
-Jak tam?Napasłaś krowy? Rogi twarde miały?
Zazwyczaj  rzucam na poczekaniu wymyśloną odpowiedź:
-Ja lubię twarde rogi,ale u byków !  Jak chcesz to możemy zagłębić się w ten temat.
-Nie stać mnie na poganiacza bydła niestety...
-Chłop nie chce nic robić i mnie wykorzystuje jak może do wszystkiego ;D
Robiący mi przytyk albo się śpiesznie wycofuje,albo kontynuuje dalej sprośne żarty,a mnie bardzo cieszy jak zrozumie,że walnął gafę.Przecież mleko pijemy,a nie bierze się ono tylko i wyłącznie z kartonu,butelki czy mlekomatu . Pisałam kiedyś trochę na ten temat TU i conieco  TUTAJ
Praca jak praca.Aby można było kupić mleko lub inne produkty mleczarskie musi być krowa i musi być "obsłużona". Nakarmiona,napojona i wyrelaksowana ;). I niestety( lub stety...) życie mi się tak ułożyło,że tym zajmuję się.Ktoś by rzekł:
-Nie chciało się do szkoły chodzić to zapieprzaj jako robol.
Ale to nie do końca tak...
Czasami tak się układa,że wybór jest tylko wybraniem mniejszego zła.Tak było i w moim przypadku.
Już od wczesnego dzieciństwa wykorzystywano mnie do wszelakich prac w gospodarstwie i łudzono,że będę mieć za to pieniądze,których nie otrzymałam do dziś.Ponadto wszelkie zarobione w jakikolwiek sposób pieniądze zostały mi w bestialski sposób zabierane.Byłam po prostu okradana.Najgorzej bolało,że przez najbliższych...
Wiedziałam,że muszę mieć swoje pieniądze,a żeby je mieć to muszę pracować.Naukę w L.O porzuciłam,by kontynuować ją w równoległej klasie zawodówki,która...gwarantowała pracę po ukończeniu tejże zawodówki.Gdy zdałam egzaminy i podpisałam umowę o pracę na czas nieokreślony myślałam,że mam nie gwiazdkę z nieba,ale sam księżyc wraz z Twardowskim .Moja radość była nie do opisania.Wyszłam za mąż i rozpoczęłam pracę.Pierwsze pobory są bardzo pamiętne,bo:
- były źle naliczone i otrzymałam je z opóźnieniem,
-jak już je otrzymałam to trzeba było zapłacić za usługę koszenia zboża kombajnem,
-to były moje zarobione pieniądze,których nikt mi nie zabrał,a sama wiedziałam,że muszę wspólnie z mężem walczyć o przetrwanie.
Pracowałam jako mrożonkowa w zakładzie przetwórstwa owocowo-warzywnego. Mąż pracował w zakładzie tkackim obsługując krosna elektryczne,na których robiono tzw. dywany ( czyli narzuty na wersalkę i fotele bardzo modne w tym czasie i w tym rejonie).Było jeszcze bardzo zaniedbane gospodarstwo rolne,którym zajmował się w większości Chłop i jego matka,a moja teściowa . Chłopu szkoda było pozostawić "matkowiznę" i tak ciągnęliśmy te sroki za ogon...Potem urodziła się Młoda.Z obawy,że mogę być zwolniona z pracy jeśli skorzystam z urlopu wychowawczego wróciłam do pracy.Poza tym dramatycznie potrzebowaliśmy pieniędzy,bo rozpoczęliśmy budowę domu.Jako małżeństwo z 3-letnim stażem,rocznym dzieckiem,pieniędzmi cudem odzyskanymi z mojej własnej książeczki mieszkaniowej zaczęliśmy desperacką walkę o swój dom.Desperaci,bo mając mało kasy rozpoczęliśmy budowę.Desperaci,bo dom jest duży.Wg mnie za duży,ale dziś uznaję to za leczenie kompleksów rodzinnych rodziny mego Chłopa.
Po drodze Chłop stracił pracę w zakładzie tkackim. Moda na dywany przemijała powoli i pracował,ale umowa o pracę była rozwiązana a on o tym nic nie wiedział.Pracował na telefon czyli na zawołanie pracodawcy.A że praca była płatna jak była to całkowicie zrezygnował.Szybko znalazł pracę w stolarni.Co prawda na czarno,ale kogo to interesowało czy na czarno czy na biało...Budowa domu rozpoczęta,stare auto się psuje i na świecie przypadkowo pojawił się Młody.Stolarz płacił dobrze,ale praca była zazwyczaj na wyjazdach i to dość odległych.Wszystkie prace ciężko było pogodzić.Gdzieś w trakcie zakończyliśmy budowę domu.Gdzieś w trakcie kupiliśmy nowego fiata 126p. Chłop zaczął pracować na szkółce leśnej.W mojej firmie też było nietęgo,bo byłam na urlopie przestojowym.O ile była praca na szkólce pakowałam się do auta i jechałam dorobić do przestojowego.Następnie Chłop podjął pracę jako operator wózka widłowego w pobliskiej firmie.Pracował tam sezonowo z racji specjalizacji zakładu-produkcja kostki brukowej-czyli zimą brak pracy.Pracował tam 2 sezony.Często przynosił kanapki do domu,bo nie miał ich kiedy zjeść...Potem wyjechał do pracy do Belgii.Luty,marzec i kwiecień z tego czasu wspominam jako swój roboczy koszmar.Dom, dzieci, praca (z własnego wyboru co drugi tydzień pracowałam na 3 zmianę);obsługa małego gospodarstwa rolnego wraz pomocną,ale często niezadowoloną teściową itd..itp...Ze stresu dostałam łupieżu,który przeraził moją fryzjerkę.Miałam kask na głowie z tym,że z tego kasku wyrastały włosy...Chłop wrócił zza granicy zestresowany ,ale żywy...Znajomy,który załatwił pracę chciał wystawić Chłopa do wiatru.Nie będę rozdrabniać się o szczegóły... Za zarobione przez Chłopa i przez mnie pieniądze założyliśmy w nowym domu wodę,C.O. i wymieniliśmy w znacznej części stare płoty na nowe.Potem Chłop dorabiał w mojej firmie na tzw. umowę o dzieło.Rozładowywał samochody z warzywami,zakręcał beczki z przecierami.Jego dniówka była 2 lub 3 razy większa od mojej.
Następnie był ZUL.Skrót oznacza zakład usług leśnych.Początkowo była to praca na tzw"słowo".ZUlowiec zlecał Chłopu zwiezienie drzewa z konkretnej powierzchni.Pieniądze były, owszem.Ale zużycie maszyn,ubrań i zdrowia niekoniecznie rekompensowało ciężką pracę. Wtedy to grupa znajomych chcąca zarobić i skorzystać na interesie wpadła na genialny pomysł.Chłop i pewien nasz dobry znajomy mieli wspomóc finansowo innego znajomego,by ten podjął się bycia ZULowcem(poprzednik się zrzekł).Wspólny wkład do interesu  wyniósł około 1/2 mojego rocznego dochodu z mojej firmy.Było to wadium i inne koszty związane z założeniem firmy.Jak się okazało później była to bomba szerokiego rażenia.Ale zanim "okrzyknięty szef" ZULowiec okazał się zwykłym cwaniakiem nadużywającym alkoholu Chłop najeździł się do lasu.Często pomagałam mu w tej ciężkiej pracy.Jako nowa leśna firma sprostaliśmy sporemu wyzwaniu.Zalesiliśmy powierzchnię ok 12 ha  w wyznaczonym przez nadleśnictwo terminie. Pracowało przy tym ok 40 osób pod nadzorem leśników i naszym.Trzeba było dowieźć ludzi,sprzęt,sadzonki.Ludzie byli różni.Jedni pracowali bo przyszli do pracy,a inni pracowali bo przyszli zarobić.Niektórzy ludzie niszczyli sprzęt,by mieć przestój ( kilka szpadli przez jeden dzień to tylko jednostki potrafią zużyć ).Inni dwoili się i troili,by mieć pracę jak "w przyszłości trafi się znów".Tym sposobem do dziś mam zapas szpadli i tym samym na kilka żyć mi ich wystarczy i tym samym wiem jak ludzie szanują pracę...
I mimo,że rynek pracy u nas jest bardzo mikry odetchnęłam z ulgą jak ta praca nagle się "urwała".Rozumiem,że są wydatki,bo trzeba w dzisiejszych czasach posiadać środki płatnicze,ale są pewne granice.Nie chce mi się już przechwalać doświadczeniami w "pracach".Ktoś sobie pomyśli,że można to rzucić i poszukać coś lepszego...Można...Nawet kiedyś miałam zamiar zwolnić się .Firma wymuszała drastycznym cięciem płac-albo się godzisz,albo pracujesz za znacznie mniej.I gdyby nie Chłop,który "urobił"  mnie zapewne nie byłabym mrożonkową z 22-letnim stażem.
Może bym wyjechała...Ale nie miałabym chyba sumienia by zostawić małe dzieci i bardzo opornie idzie mi nauka języków(dla wiadomości - uczę się chętnie i szybko,ale aby nie języków).
Może bym podszlifowała swoje wykształcenie...Ale z drugiej strony za co jakbym nie miała pracy...?

Także cieszę się że mam pracę.Jestem pomiędzy ludźmi i zarabiam mniej więcej tyle co wynosi najniższa krajowa brutto(na rękę mam +/- odpowiednik tego ). Pewnie,że nie skaczę z radości.Pracuję w systemie 3-zmianowym,w hałasie i w temperaturze ok 4 stopni  przy mrożonych warzywach,a dokładnie przy obsłudze automatów pakujących. W pewnym dyskoncie owadzim można kupić produkty mojej firmy.
Chłop zajmuje się gospodarstwem rolnym.
Właśnie mnie ponagla,że trzeba spać,bo rano jutro do pracy.
A ja pogubiłam się w swoim toku myślenia i nie wiem co jeszcze chciałam dodać...
AAAAA
Zapewne to,że chciałam poskładać swe myśli po przeczytaniu postu u Róży Wigeland.
Niekoniecznie to udało się...
Wiem,że wszyscy walczymy o przetrwanie czyli o godne życie.
Czy czasami w walce o godne życie nie zatracamy swej godności...?




piątek, 21 listopada 2014

No i zaczęło się!!!

19 listopada z powodu złego samopoczucia zapadłam w sen przedzimowy.Nawet nie wiedziałam,że są to iście prawdziwe oznaki zbliżającej się zimy.Bolało mi gardło,więc po obowiązkach porannych czmychnęłam do sypialni.Naprzemiennie spałam i czytałam i nawet nie chciało mi się ruszyć do telefonu ,który coraz oznajmiał odebranie wiadomości.Gdy w końcu postanowiłam odczytać wiadomości uświadomiłam sobie,że za 23 minuty powinnam wyjechać do pracy!
Zdążyłam ;)
A wiadomości informowały,że w Białymstoku spadł pierwszy śnieg.I ku memu zdziwieniu ok 21 zaczęło padać u nas!!!
Trzeba było omiatać auto ze śniegu,powoli jechać na (jeszcze letnich oponach) i kląć siarczyście "po co to białe gówno pada? "
No, ale się wzięło i napadało.
Rankiem Chłop rozdarł się:
-Wstawaj,bo śniegu napadało!
Przekornie pomyślałam,że jak gdyby go nie było to bym mogła pospać ...? ;>
-Ja pojadę autem,bo letnie opony a ślisko jest.
Pojechał i po powrocie oznajmił,że koniecznie trzeba założyć zimowe opony,bo nie dał rady wjechać do garażu.Szkoda tylko,że ja wpadłam na to już kilka dni temu ;>
Po porannej krzątaninie w oborze postanowiłam  ucieszyć się trochę śniegiem.
Mam już tyle zdjęć z zimy,że byłam zła sama na siebie,że je robię...
Ale uznałam to za dokument,że 20 listopada był u nas pierwszy śnieg ;)






Gdy po porannym spacerze zajęłam się robotą w kuchni do domu wbiegł zdyszany Chłop.
Chodź szybko z aparatem zrobić zdjęcie!Szybko,bo rozlazą się!!!
-O co ci chodzi?Zresztą nie mam czasu na pierdoły.
Po tonie głosu poznałam,że chodzi o jakąś błahostkę.
-Wszystkie koty zebrały się w oborze i śpią w mitusie (dla ciekawskich)
Wręczyłam Chłopu aparat i taki oto mitus mam :)))


Sztuk 7.Ponoć jest to oznaka zbliżającej się zimy...Już nie wspomnę o tym,że są ciągle nienajedzone.
A jeszcze bardziej nie wspomnę,że ja mam podobnie. Cóż...trzeba będzie łańcuch na lodówkę i kłódkę na garnek...
I żeby te zapasy tłuszczu przepalić wskazana szybka łopatologia przy odrzucaniu białego gówna ;>


Obecny magazyn opału.I poniżej droga,którą trzeba jeździć na letnich jeszcze oponach bowiem wczorajsze kolejki w warsztatach mechanicznych skutecznie mnie odstraszyły.Nie tylko mój chłop myślał:"na ostatnią chwilę"...
Właśnie podobny nawis śniegu rymsnął na glebę.Podskoczyłam na krześle komputera,bo śnieg zjechał z dachu domu,który jest raczej wysoki.Dobrze,że jest go niewiele i rozbryzga się spadając.


Moje zimy z foto-bloga:
Brzydka zima
Po końcu świata
Białe wspomnienia
Zimno
Przynajmniej ładnie jest

Tak suma sumarum dobrze,że jakikolwiek opad spadł.Prawdziwe opady deszczu w naszym rejonie były pod koniec sierpnia. Do tych pór tylko mżyło zamiast padać.Ziemia jest sucha tak ,że podczas orki pojawiał się kurz.Dziwne to,bo w innych rejonach kraju lało jak z cebra.Więc dobre i to...

Wraz opadami śniegu pojawiło się gadanie wśród znajomych:
-Aby na święta był śnieg.
Mnie to strasznie irytuje,bo jak już napada to jest marudzenie,że napadało.I albo za mało,albo za dużo.A to,że jest/czy było sucho nikomu nie przeszkadza...No cóż...każdego martwi co innego ...

Słucham i patrzę na ogarniającą większość ludzi przedświąteczną gorączkę.Przeglądają gazetki reklamowe i planują co kupić.A to prezenty,a to dekoracje świąteczne,a to jedzenie,a to miski na surówki,a to nowe widelce,a to nową kołdrę(bo jest po prostu tania!!!).
I znów se myślę:
-ZACZĘŁO SIĘ!!!!
Bo ileż można mieć bibelotów wszelakich i ileż można kupować jedzenia z promocji!?
Zastanawiam się nieraz czy większość ludzi nie ma kompleksów pokomunistycznego społeczeństwa? Czy prawdziwsze jest moje myślenie czy fakt,że chodzi tylko o polską gościnność?
Niby tak mało zarabiamy a tak dużo wydajemy.Omijam sklepy jak mogę i aż mnie rzuca na myśl,że będzie trzeba cokolwiek kupić na święta!!! Postanowiłam,że:
-zero prezentów!!!
-ciasta tylko 2/max 3
-jedzenie = minimalizm
KONIEC I BASTA!

Czy w związku z tym,że przybywa mi lat coraz bardziej nie lubię świąt? Czy ten stan będzie się pogłębiał?
Moja dumka świąteczna (klik)   
Wiem,że zimę strawię jakoś,ale z tym drugim ciężko będzie.




niedziela, 9 listopada 2014

I weź tu nie wierz w sny!

      Wszystkie opisane wydarzenia działy się naprawdę 25 sierpnia w godzinach porannych w moim domu i w mojej obecności.Nic nie jest zmyślone.Mogą być zmienione drobne nieistotne szczegóły spowodowane lekką utratą pamięci autorki tego opowiadania czyli mnie ;)))
A że pamięci całkowicie nie straciłam post piszę ku przestrodze,ku pamięci wydarzenia i jednocześnie uczestniczę w zabawie u Pantery .Czyli zaczynamy ;))


-JA PIERDOLĘ!!!!-wrzasnęłam siadając na baczność w łóżku.
-Co ci się śniło ?-zapytał zaspany Chłop.
-Ja pierdolę-powiedziałam już bardziej flegmatycznie nasłuchując szybko bijącego serca,które biło jednocześnie pod lewym cycem i w obu uszach.Zbierałam myśli,by w skrócie opowiedzieć swój sen.
-Śniło mi się,że nasza młoda krowa Pyza ma węże w swoim wnętrzu-powiedziałam z nietęgą miną
-Głupia ty...-odrzekł zniesmaczony Chłop- I jak zwykle śnią  Ci się głupoty.
-Ale wiesz jak te węże były widoczne ?...jakby krowa była ze szkła...a najdziwniejsze jest to,że widziałam to wszystko przez otwór odbytnicy,który był tak duży,że te węże mogły swobodnie wypadać...jednak one siedziały w środku...i mimo ,że krowa była przeźroczysta ja zaglądałam od tyłu...
-Głupie jak zwykle...ale czy ty kiedyś miałaś mądre sny...?
Nie warto było już zasypiać na nowo.Zresztą kto by spał po takiej dawce adrenaliny...Uporczywie myślałam skąd taki głupi sen (naprawdę nie śni mi się nic mądrego!). I wymyśliłam.Rozmawiałam niedawno z Chłopem o naszej krowie, o problemach związanych ze sztuczną inseminacją i naturalnym zapłodnieniem.Kilka dni temu w pracy słyszałam opowiadanie koleżanki o wężu w jej ogródku.O tym jak mąż koleżanki chciał wypłoszyć grabiami węża z ogródka warzywnego;o tym jak koleżanka zaklinała się,że nie pójdzie zrywać ogórków(bo tam wylegiwał się wąż);o tym jak wszystkie okna i drzwi ma szczelnie pozamykane. Koledzy-żartownisie zgrywali się z niej,że ma zapewne węża w łóżku.Ta siedząc na krześle kuliła się ze strachu i rękoma osłaniała głowę jakby w oczekiwaniu na jakieś razy.
-Weź przestań!!!!-wydzierała się przy tym.
Mimo widocznego strachu opowiedziała nam,że wąż "wyniósł się" na murek ogrodzenia i do domu nie powinien wtargnąć.
Wymieniliśmy się opiniami,że to zapewne zaskroniec;że jest niegroźny;że jest pod ochroną gatunkową i że nie należy do przyjemności mieć takiego w swoim otoczeniu.


Szukaliśmy z Młodym w piwnicy ze słoikami opakowania po filtrze paliwa do naszego auta.Położyłam je na brzegowej półce ze słoikami by było na widoku.Zamiast opakowania znalazłam 2 markery.Zapewne opisywałam przetwory i w zwykłym pośpiechu lub roztargnieniu je zostawiłam.Mazaki schowałam do kieszeni spodni.Opakowania nie było.A było wcześniej!!!Znów czeka mnie żmudne szukanie numeru filtra w katalogu volkswagena podle roku,modelu i mocy auta...A było gotowe...Młody oddelegował się z Chłopem do prac "jakichśtam" a ja starałam się zaplanować sobie robotę przed robotą.Czy zajrzeć do ogródka i sprawdzić czy ogórki nie narosły? Czy wybrać się do lasu na relaksująco-pożyteczny spacer z psem i przynieść pięknych,jakby pluszowych podgrzybków do suszenia?Może w końcu coś normalnego ugotować? Wszystkie składniki na leczo zalegają w lodówce.A i ogórki na sałatkę na zimę trzeba skroić...
Wybrałam 2 ostatnie opcje.
-Cholera z tymi mazakami!!! Dokąd ja je będę nosić-zamomrotałam sama do siebie.Pomaszerowałam ochoczo do piwnicznej kuchni trzymając rękę w kieszeni,by nie zapomnieć i  niezwłocznie umieścić mazaki w przyborniku na oknie.Wpierw odpaliłam swój stary,buczący komputer.
-Zanim się rozbuja przygotuję sobie robotę.W sensie nastawię wodę na kawę,pomyję warzywa-pomyślałam.
-Kurde z tym mazakiem!!!-znów się zezłościłam sama na siebie.
Skierowałam się ku oknu,gdzie stał przybornik.Wyjęłam mazaki z kieszeni i już,już chciałam je włożyć,gdy nagle zobaczyłam i usłyszałam!!!!!
-SSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSS!!!!!!!!!!!!!!!






-A TYYYYYY!!!!!!!!-i zabrakło mi słów/słowa( i zapewne miało to być przekleństwo)
-Sssssssssssssssssssssssss.....
-Jakżeś  ty tu wlazł...i czego...jakbym nie miała zajęcia tylko (przekleństwo) się z tobą...
Pomyślałam o ironii wypowiedzianych przeze mnie słów i przypomniały mi się wszystkie głupie żarty z pracy i mój głupi sen.Wszystkie obrazy i myśli  przeleciały bardzo szybko i jakby w kalejdoskopie.Serce mi znów biło w kilku miejscach,trzęsły się ręce,dłonie były spocone,a sama miałam uczucie duszności.Intensywnie myślałam.Różnorodność pomysłów była tak wielka,że nie pamiętam wszystkich.Wiedziałam tylko jedno-muszę się pozbyć gada,bo do przyjemnych nie będzie należało,gdy wchodząc do piwnicy będę wpierw myśleć gdzie on zasyczy...W kotłowni? W pingpongowni(pomieszczenie ze stołem do ping-ponga)? W piwnicy  z przetworami?
W kuchni w której obecnie stoję i myślę bardzo intensywnie.Lewa cześć skroni zdrętwiała,a pod skronią pulsowało tak,że pomyślałam,że lada chwila wypryśnie mi mózg rozrywając czaszkę...
-Co ja mam z tobą zrobić uju jeden....
-Sssssssssssssssssssssssss
Najlepiej by wyszedł tędy,którędy wszedł czyli przez okno.Okno było uchylone,ale zmyślnie przywiązane do zaszczepek okiennych,tak by kot nie wkradł się do kuchni.Od razu skojarzyło mi się,że dzień wcześniej młody kot drapał ramy okienne i wrzeszczał jak opętany.Nigdy tak nie zachowywał się.Do głowy mi wtedy nie przyszło,że to może być ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem...Ponadto wcześniej wąż był widziany przez teściową w pobliskiej płożącej się tui. "Gdzieś" uciekł przed niechybną śmiercią,a tuja została wykarczowana...
   Wyszłam na zewnątrz pełna obaw czy syczący diabeł nie pomknie dalej.
Teściowa wraz z sąsiadką prowadziły plotkarską konwersację:
-A ty znajesz? Ty baczyła? a A ty czuła szto w sklepie howoryli(tłum.- a ty wiesz?a ty widziałaś? a ty słyszałaś co w sklepie mówili? )
-Tak! Wy sobie plotkujecie a w piwnicy na oknie siedzi wąż!-powiedziałam bardzo oznajmiająco.
-Szto takojeeeee? (tłum. co takiego? )
-No wąż siedzi na oknie-powiedziałam bardziej dobitnie.
-A skul ta bladzina wziała sie? (tłum.-a skąd ta bladź się wzięła? )
-Po prostu wlazła przez okno.
Obejrzałam piwniczne okno.




-Tak! To wczoraj wieczorem jak wróciłam z pracy kot tłukł się przy oknie.Jakże on mi chilli nie połamał...
Wróciłam do piwnicznej kuchni.Stanęłam przed oknem i z premedytacją zasyczaczałam.
-Sssssssssssssssssssssssss skur******! Czegoś tu przylazł?????
Kombinowałam jakby go wypłoszyć.
Nieźle się nagimnastykowałam,ale otworzyłam szerzej okno i uniosłam firanko-moskitierę do góry,by zaskroniec miał jak wypełznąć spowrotem.


Szturchałam go sztotką do mycia butelek,ale on tylko syczał i pokazywał mi język! W końcu w afekcie też mu pokazałam!!!!Komentarze sąsiadki i teściowej doprowadzały mnie do szału.
-A woźmii i wbij bladzinu( tłum.a weź i zabij bladź)
-Tak! Zabij! Na oknie i tuż nad komputerem!!!Zamiast bić językami proponuję pobić się z weżem.
-Bacz kuda taja bladzina wlezła.A woźmii i szto z niej zrobii-sejmowały babcie(widać odrobinę na foto)/tłum.patrz gdzie ta bladź wlazla.I weź coś z nią zrób)
Wiedziałam,że wąż będzie na mojej głowie.Tzn. na moim oknie,ale moja głowa by i okno było całe(komputer też) i węża nie było.I weź tu coś zrób....
I zazwyczaj jak to bywa w ekstremalnych sytuacjach olśniło mnie!!!!
Przesunęłam komputer,podstawiłam dużą miskę w kształcie kwadratu,dopasowałam do niej dużą deskę do krojenia.Mój skrzętny plan polegał na tym,by strącić węża do miski i szybko przykryć go deską i jeszcze szybciej wynieść w pobliskie krzaki.Z premedytacją zaczęłam go drażnić ponownie szczotką do butelek.
-Wynoś się uju jeden! I to już!!!!
-Ssssssssssssssssssssssssssss....
-Ja ci zaraz posyczę!!!!!!Wypierdalaj!
Szczotkę do butelek zamieniłam na szczotkę do zamiatania.I włosa więcej i pole manewru pewniejsze,bo trzonek dłuższy.
-No wyjobuj(tłum.wynoś się)!!!!!-popadłam już w furię.
-Wyjobuj,albo se buty z ciebie zrobię!!!!
Drażniłam go nadal szczotką do zamiatania i klęłam jak zrzeszenie szewców.
Wił się i widać było,że mu się nie podoba zabawa.


 Syczał coraz cześciej i coraz dłużej,a ja nie mogłam się doczekać aż pójdzie w lukę pomiędzy futryną okna a moskitiero-firanką lub spadnie do miski.


Wypezł prawie cały z przybornika i nadal syczał i miotał językiem.Wiedziałam,że to lada chwila nastąpi.Albo spadnie,albo spierdoli za okno.Babki coś tam gadały za oknem,ale to do mnie nie docierało.Ja miałam jeden cel-pozbyć się nieproszonego gościa.


Nagle MYK i go nie było!!!! Wkurwił się niemożliwie na mnie i popełzł przez okno.Nastąpiło to nagle.Ulamki sekundy normalnie!Pobiegłam co sił za nim(nie przez okno tylko standardowym wyjściem na zewnątrz),ale za wężem ani widu,ani słychu...


Nieśmiało zajrzałam zza węgło,gdzie przy drugim oknie stały papryki.
-Pewnie żeś polazł w pobliskie krzaki...A siedź tam dowoli uju jeden!!!!!-kiwałam niewidocznemu wężowi pięścią i męłłam w ustach przekleństwa.Nie panowałam nad sobą.Mimo,że nie mam jakiegoś obsesyjnego lęku przed wężami to trzęsłam się jak galareta.
-UFFFFFFFFFFFFFFFFFFFFFFFF! Dobrze że se poszedł w pisdu!
 W tej rozterce nie wiedziałam co z sobą zrobić.Wąż zabrał mi czas,a tu zaraz trzeba do pracy się zbierać.Leczo nie będę gotować-zadecydowałam sama przed sobą! Zimny prysznic trochę mnie ostudził, a potem przyjacielska rozmowa ze znajomym.A w pracy już żartowałam,że koleżanki zaraziły mnie wężami ;)
Akcja działa się w tym miejscu.Jak sobie wspomnę to się wzdrygam,choć do strachliwych nie należę raczej ;)



-PppSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSS!!!!!!
Strząchnęło mną.....Dlaczego? Przecież to było i minęło ;)




p.s.
Mogłabym napisać wiele horrorów i o wiele straszniejszych.
Horror z życia wzięty były o mojej rodzinie.O imbecylach,nieudacznikach.Nie piszę,bo po prostu mam alergię na głupotę.
Inny horror były z agitacji przedwyborczych w naszej gminie.O tym,że w polityce są ważne "miękkie fotele i grube portfele" i że "ten się liczy kto ma władzę"
Nie piszę,bo brzydzę się polityką.
Nie wiem czy opisany horror kogoś wystraszył...Mnie tak ....

sobota, 8 listopada 2014

No i ogarnięte ;)

W radiu sączy się muzyka.
W piecu pali się aż huczy.
Chleb rośnie w blachach.
Pasztet też w blachach przygotowany do pieczenia.
Żeberka w sosie musztardowo-ostropaprykowym z dużą ilością cebuli i czosnku pachną obłędnie.
Ziemniaki naobierane przez teściową zaraz będą ugotowane.
Nową wędzarnię obejrzałam.
Wszystko ogarnięte.
Po szybkim śniadaniu pozmywane i po działaniach kuchennych też.
Przypomina mi się zdarzenie sprzed kilku dni,kiedy to przez telefon wymieniliśmy się z Beztroskim dość ostrymi zdaniami.Rozłączyłam się uznając rozmowę za niewnoszącą nic konkretnego do konkretnego problemu. Otóż......
===============================================
W tym dniu jak zwykle codzienne obowiązki,szybkie śniadanie dla Chłopa i Bratuchy. I pieczenie chleba i  mięsiw wszelakich w piecu.Niby nic ,ale bieganiny jest. A to po drzewo do pieca ; a to "zrób nam szybką kawę i daj po lampce wina". I jakby tej codziennej deptaniny było mało to jeszcze pytanie Chłopa:
"- A może pojedziesz do miasta i kupisz kątownika...? "
-Kurde! Przecież muszę pilnować pieca-żachnęłam się.
- Wcześniej młody pisze ,by mu jego kasę na konto przelać,a ja odpisuję że nie mam czasu,a ten się złości bo mówił 2 dni wcześniej by to zrobić.Ale 3 dni wcześniej przecież wpłacałeś im pieniądze na czynsz i drobne wydatki i można by było przy okazji wpłacić te jego na jego konto.Wystarczyło przypomnieć,że trzeba te pieniądze wpłacić. Teraz do mnie z pretensją że nie mogę znaleźć czasu,a on chce dać Młodej bo ta  nie ma pieniędzy na bilet,by przyjechać do domu-tłumaczę Chłopu wyrzucając z siebie słowa jednym tchem.
-Nie złość się-rzecze Chłop-pilnuj by chleb się dobrze upiekł,a po kątownik jutro pojedziesz.Tylko jak zdążysz to jedź i wpłać te jego pieniądze.
-Kurde! Mógł sam je wziąść i sobie wpłacić.Przecież banki nie są dostępne tylko i wyłącznie w naszym mieście!!!

Złość mnie wzięła i ton głosu poszedł w górę. Gdy chleb się upiekł (szybko,bo udało mi się idealnie napalić w piecu)  pomyślałam sobie,że jeszcze zdążę pojechać do banku przed rozpoczęciem dniówki w pracy.I wtedy się zaczęło!!! Zapytałam Młodego smsem  gdzie jest kasa.Odpowiedź brzmiała: w witrynce w dużym kubku. Nosz jego mać!!!Przejrzałam wszystkie kubki i nic.Chłop przejrzał i też nic.Zła byłam jak stado szerszeni,ale wpadłam na pomysł,że wpłacę niedużą sumę na konto Młodej.I tak zrobiłam. W banku grzecznie zwróciłam uwagę pewnemu panu,że wcina się w kolejkę.W sklepie,gdzie sprzedają stal wszelaką poprosiłam kierownika by mnie szybko obsłużyli.Jechałam dość szybko i dzięki kierowcy tira(mrugnął mi światłami,że policja) nie zarobiłam punktów karnych i mandatu.Do pracy zdążyłam.Niecierpliwie czekałam aż Młody przyjedzie i pokaże w którym dużym kubku są jego pieniądze.

Pokazał...
Były...
W przyciemnianej szklance! A my idioci nie widzieliśmy...

Zła byłam,że narzucono mi obowiązek pilnowania czyichś pieniędzy.
Zła byłam,bo żadne argumenty nie docierają do Chłopa,by normalny rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy zmienić na konto internetowe.
W dodatku usłyszałam od Beztroskiego:
-Ty jakiś nie ogar jesteś!!!
Zmełłam w ustach to co mi się na nie cisnęło,ale nic nie rzekłam. Ja nie ogarnięta!!!???
Może są dziedziny życia w których raczkuję,ale codzienne życie staram się jakoś sobie organizować.

Tak się złożyło,że okrutny los  kazał za kilka dni Młodemu zadzwonić do mnie z pytaniem:
-Mamo,a nie ma w domu moich kluczy od mieszkania?
-Nie ma synku.Ale pamiętam,że tuż przed odjazdem włożyłeś je do kieszeni. Pytałam Cię wtedy o breloczek co zniknął od moich kluczy samochodowych.Pokazałeś mi ten breloczek wraz kluczami do waszego mieszkania.Więc klucze masz ty.
Były podejrzenia,że ktoś je(klucze) skradł. Były już nawet plany,że pod nieobecność  Młodych zaufany kolega będzie w mieszkaniu by go pilnować.
I jak się przyznać ludziom,którzy wynajęli mieszkanie,że znów zgubiliśmy klucze...??? !

A klucze były na łóżku.Nie wiem co tam robiły...Zapewne leżały...
A ponoć przerzucił je z 10 razy(łóżko ? czy pościel ? -nie dochodziłam,a miałam chęć zapytać ironicznie ;> )...i ...nie ogarnia...

==============================================
Taaa...czasami nie ogarniam tej kuwety zwanej życiem.Ale to czasami!
I tak pytając 'po młodzieżowemu'...;)
Czy ja jestem nieOGAR...???

Także synku mój(jeśli kiedykolwiek to przeczytasz-a czytasz czasami) napiszę Ci tu i teraz(bo w codziennym rwetesie możemy zapomnieć o tym porozmawiać ;)  )...

Wyobraź sobie,że nieogarnianie codzienności zdarza się w dzisiejszych czasach nie tylko dla mnie i nie tylko dla Ciebie.Wszyscy jesteśmy zabiegani.Tylko trzeba to chcieć zrozumieć,a nie od razu uderzać w grube struny ;>

Nie ogarniam jak możesz mnie nie rozumieć???
;D


A tu moje dzisiejsze pieczenie :)
Chleb tuż przed włożeniem do pieca


I pasztet z mięsa z królika, z kurczaka,z wieprzowej wątróbki.Swoją drogą nie ogarniam jak to się stało,że kot mi ukradł drobiowe wątróbki ;D


Nieogar,nie ogarniam-co brzmi lepiej ? ;))