O 5 rano obudziło mnie pikanie budzika(budzik Chłopa),a potem komórka(czyli mój budzik).Nie chce się wyłazić z ciepłego łóżka jak cholera,ale trzeba.Obowiązki wzywają-niestety.
Mróz -5 orzeźwił,sen odszedł i jakaś taka rześkość na duszę się rozlała...
Niedziela jak niedziela,ale muszę z nią coś zrobić!
Tak więc z samego rana nastawiłam czajnik i zwyczajowy rytuał kawy.Chłop i teściowa zasiedli przy stole,a ja zaproponowałam kawę...ale tylko sobie :P
-Niestety tylko na jedną zostało,więc trudno-wolicie inkę-zasugerowałam:P
Kawy zaparzone,poranne ciche pogadanki o byle czym zaliczone.Ciche,bo Młodziaki(czyt.dzieci/młodzież) śpią.
No i nie ma co robić o 6 rano.Podrzemać...?NIE!!!
W końcu trzeba zrobić porządek w telefonie,bo numery byle jak zapisane,a ja tego nie lubię.Telefon już prawie 2 miesiące mam ,a nie mogę nad nim zapanować.
Panując już nad telefonem zastanowiłam się jak spędzić wyczekiwaną przez 6 dni roboczych niedzielę.
I tak po kolei i bez zastanowienia:P
*ugotowałam buraki w mundurkach,
*ugotowałam żurek na bazie zakwasu z własnej produkcji,
*ugotowałam jajka do żurku,
*bogracz zrobiłam,(podczas tych 4 punktów słuchałam radia,podśpiewywałam i robiłam takie niby taneczne ruchy :P )
*wzięłam prysznic(nie wzięłam!umyłam się pod prysznicem po prostu:P)
*pogadałam z Młodą,
*poprzekomarzałam się z Chłopem,bo mi nakazywał szybko wracać jak Młodą odwiozę,
*odwiozłam Młodą na PKS do miasta,
*zaliczyłam 2 sklepy robiąc małe zakupy,
*zamyśliłam sobie pojechać gdzieś i poszwendać się...
Nie wiem skąd ten zamysł,ale ja tak mam,że lubię połazić i pogapić się.
Wybrałam swoją trasę rowerową nad Bug.Jeździłam tam latem rowerem,to jesienią autem można.
Pojechałam polną drogą w stronę mostu kolejowego.Fotorelacja .Oczywiście muzyka "trochę głośna",a ja śpiewałam sobie razem z Grabażem.Dobrze,że nikt nie słyszał jak ja śpiewałam:P
Wypasające się na pobliskiej łące krowy patrzyły zdziwione,ale czy to na widok auta czy na mój głos-nie wiem:P
Wjechałam prawie na sam most.Wariatka,ktoś by powiedział.Ale nikt nie powiedział,bo nikogo nie było na horyzoncie.Zamknęłam auto i poszłam.Pochodziłam,popatrzyłam,popstrykałam fotki.Popatrzyłam na płynącą rzekę,na wiry,na most.Mogłabym tak łazić i łazić,ale zaraz będzie dzwonił(chodzi o Chłopa:P).
Pomacałam się po kieszeni i stwierdziłam brak telefonu.Tak...Został w domu...No i dobrze!
Po powrocie do domu zjadłam conieco i poszłam szukać Chłopa.Chłopa nie było,bo pojechał rowerem obejrzeć uprawy na polach.
-Pojechał beze mnie...-z żalem powiedziałam teściowej udając,że będę płakać;P
-A kto cię wiedział kiedy wrócisz-odpowiedziała ze śmiechem.Pobawiłyśmy się z naszymi młodymi/nowymi psami,pogadałyśmy z kotami,pogłaskałyśmy małego kogucika z opierzonymi nogami i czubkiem na głowie.
-Eh!!! Chyba i ja pojadę rowerem...
...i pojechałam.Mimo,że słońce świeciło to ręce zmarzły,więc z powrotem do domu gnałam ile sił w pedałach.Już nie czas na rower!
W domu zajrzałam z kąta w kąt i postanowiłam pójść do lasu.Tak po drodze na pastwisko ,gdzie pasą się krowy zajrzę do lasu.Tak na kilka minut.Ciekawe czy jakieś grzyby są jeszcze...
W lesie znalazłam jednego podgrzybka,kilka kurek i kilka korzeni pozostawionych po gąskach zielonkach i gąskach siwych."Zamiast się szwendać nad Bugiem było mi do lasu iść!"-pomyślałam.Z lasu popatrzyłam na pastwisko."To już pewnie jedne z ostatnich dni wypasu krów..."
Popędziłam krowy do domu.Podoiliśmy.I w końcu mogłam się zająć tym co odłożyłam na wieczór.Burakami.Obrałam i zważyłam. Z 5 kg zrobiłam sałatkę z papryką,cebulą i czosnkiem;a pozostałe do kiszenia.Gdy buraki się pasteryzowały to miałam czas na zabawę kasztanami,gadanie przez telefon z Młodą,odpisywanie smsów koleżance.W miedzy czasie podjadałam zakiszoną kapustę zapijając ją zieloną herbatą .Niezłe połączenie,a wszystko na zdrowie.Przemawiałam też do swego sumienia,by się opanowało i nie dręczyło mnie jak zjem miętową czekoladę.Czekoladę włożyłam do lodówki z postanowieniem,że sumienie musi być czyste :P
21godzina,więc można trochę do kompa zajrzeć.
Zajrzałam i popisałam.
Napisałam o fajnej niedzieli.
Oby takich niedzieli było więcej...Taka luźna ta niedziela była-no nie?
;)
Moje przemyślenia,wspomnienia,radości,smutki,rozterki... Trochę o mnie, trochę o życiu i o całym "bałaganie" z nim związanym... Stosuję bardzo prostą filozofię Alice Roosevelt Longworth : Napełnij to co jest puste. Opróżnij to co jest pełne. Podrap tam gdzie swędzi. Lubię poznawać świat i ludzi.
niedziela, 23 października 2011
sobota, 15 października 2011
Byłam na Strachach!!!Hura!!!
Około roku temu usłyszałam w radio piosenkę,która wlazła mi do głowy i nie chciała wyleźć.Zapisałam sobie słowa w notesie z kuchennymi notatkami i na drugi dzień męczyłam prowadzącego Radia Białystok o powtórkę.Powtórki nie było bo mieli już ułożoną listę.Znalazłam słowa i piosenkę "Chory na wszystko"
Ta piosenka tłukła mi się po głowie,bo gościu wyśpiewywał to co odczuwa.W wolnych chwilach szperałam w necie.Słuchałam,czytałam i znając część jego twórczość po "łepkach" zapragnęłam poznać wszystko.Na pewnym forum muzycznym wyczytałam,że w "Auto-Bio-Grabaż" dowiem się dużo więcej.Bez namysłu zakupiłam i zaczęłam czytać.Czytałam w każdej wolnej chwili co wywoływało ogólną wesołość moich Młodych(tzn moich latorośli).
Pidżamę Porno znałam z kilku piosenek i podobnie Strachy Na Lachy.Młody toczył ze mną boje muzyczne-co słuchamy w aucie: SnL i PP lub jego elektro house lub muzykę klubową(których nie znoszę ).Dogadaliśmy się,że będziemy szanować swe gusta muzyczne.Rozmawiając z Młodą rzuciłam hasło,że chętnie bym tego gościa posłuchała na żywo;a Młoda : "Może kiedyś posłuchasz...;) "
Młoda uważała,że piosenki Grabaża są dołujące i zabraniała mi słuchać,bo "Tobie też to się udziela".Ja jej tłumaczyłam,że nie dołują mnie piosenki tylko szara rzeczywistość wokół nas.Czyż tak nie jest?!A piosenki nie tylko dołują,ale i pozytywnie nakręcają jak np Raissa.
Nie mam czasu na doznania muzyczne,więc często słucham w samochodzie jadąc np. do pracy.Gdy pewnego popołudnia odwoziłam Młodą na busa do szkoły(uczy się w stolicy województwa) wpadł jej do ucha Cygański Zajeb."Zajebiste!"-powiedziała.
Potem dnia pewnego dostałam sms: 7 października Strachy grają w Białymstoku.Idziesz? ^^
Doznałam szoku...
A sms był od mojej Młodej.
I postanowiłam pojechać!
100 km trzeba przejechać,ale wpierw dostać wolne w pracy,a i Chłopa przekonać,że czasami trzeba się oderwać od codzienności,by posłuchać autora Chory na wszystko(też mu się podoba).
Na koncert wybrałam się z Młodą i jej dwoma koleżankami z klasy.
Opisywać nie będę,bo nie umiem tego ubrać w słowa...Tam trzeba być i to odczuć!
Nagrałam Pogrzeb Króla i zrobiłam kilka fotek.
Możliwość nagrania innych piosenek była,ale trzeba było liczyć się z pogo...
Ta piosenka tłukła mi się po głowie,bo gościu wyśpiewywał to co odczuwa.W wolnych chwilach szperałam w necie.Słuchałam,czytałam i znając część jego twórczość po "łepkach" zapragnęłam poznać wszystko.Na pewnym forum muzycznym wyczytałam,że w "Auto-Bio-Grabaż" dowiem się dużo więcej.Bez namysłu zakupiłam i zaczęłam czytać.Czytałam w każdej wolnej chwili co wywoływało ogólną wesołość moich Młodych(tzn moich latorośli).
Pidżamę Porno znałam z kilku piosenek i podobnie Strachy Na Lachy.Młody toczył ze mną boje muzyczne-co słuchamy w aucie: SnL i PP lub jego elektro house lub muzykę klubową(których nie znoszę ).Dogadaliśmy się,że będziemy szanować swe gusta muzyczne.Rozmawiając z Młodą rzuciłam hasło,że chętnie bym tego gościa posłuchała na żywo;a Młoda : "Może kiedyś posłuchasz...;) "
Młoda uważała,że piosenki Grabaża są dołujące i zabraniała mi słuchać,bo "Tobie też to się udziela".Ja jej tłumaczyłam,że nie dołują mnie piosenki tylko szara rzeczywistość wokół nas.Czyż tak nie jest?!A piosenki nie tylko dołują,ale i pozytywnie nakręcają jak np Raissa.
Nie mam czasu na doznania muzyczne,więc często słucham w samochodzie jadąc np. do pracy.Gdy pewnego popołudnia odwoziłam Młodą na busa do szkoły(uczy się w stolicy województwa) wpadł jej do ucha Cygański Zajeb."Zajebiste!"-powiedziała.
Potem dnia pewnego dostałam sms: 7 października Strachy grają w Białymstoku.Idziesz? ^^
Doznałam szoku...
A sms był od mojej Młodej.
I postanowiłam pojechać!
100 km trzeba przejechać,ale wpierw dostać wolne w pracy,a i Chłopa przekonać,że czasami trzeba się oderwać od codzienności,by posłuchać autora Chory na wszystko(też mu się podoba).
Na koncert wybrałam się z Młodą i jej dwoma koleżankami z klasy.
Opisywać nie będę,bo nie umiem tego ubrać w słowa...Tam trzeba być i to odczuć!
Nagrałam Pogrzeb Króla i zrobiłam kilka fotek.
Możliwość nagrania innych piosenek była,ale trzeba było liczyć się z pogo...
Tyle zagrali. Cieszę się,że tam byłam.Cieszę się,że mogłam posłuchać Grabaża i jego muzykujących kumpli.
Wróciłyśmy do domu ok 1 w nocy żywo dyskutując o zasłyszanych tekstach i zgadzamy się,że to jeden z najlepszych polskich tekściarzy.
Grabaż! Szacun za to co robisz!
środa, 12 października 2011
Czasu mi brak...
Tak wiele bym chciała napisać,ale ciągle nie mam czasu...
Ale ile czasu można nie mieć czasu???
Latem wiadomo-żniwa,sianokosy,pielenie warzyw,słoikowanie.A chce się i gdzieś do znajomych pojechać i na przejażdżkę rowerową...
Jesień mija spokojnie.Spokojnie,bo grzybów nie ma.Powinno być więcej czasu.
A nie ma...
Czy ja jestem źle zorganizowana?
Czy się starzeję?
Czy nie umiem sobie organizować zajęć?
Czy naprawdę brak czasu???
Nie siedzę,nie leżę,nie zbijam bąków.
Na internet i komputer poświęcam niewiele czasu i to późnym wieczorem zazwyczaj.
A dzisiaj wstałam po 5.Pomogłam podoić.Złożyłam życzenia Młodemu.Wszyscy wspólnie wypiliśmy poranną kawę do kupionego przeze mnie tortu(kupiłam,bo nie miałam czasu upiec ;P).Wypędziliśmy krowy na pastwisko.Ja ogarnęłam kuchnię odkurzając i zmywając kopiec naczyń.Zrobiłam łazanki.W międzyczasie rozpaliłam i potem przyłożyłam do pieca kaflowego,by dosuszyć szwagrowskie grzyby.Odprawiłam listonosza.Sprzedałam naszego cielaczka.
Taaa...ja tu bla,bla ,a pranie nie chce się samo wywiesić i włosy nie chcą się same umyć.A tu zaraz do pracy
trzeba jechać.
Ale ile czasu można nie mieć czasu???
Latem wiadomo-żniwa,sianokosy,pielenie warzyw,słoikowanie.A chce się i gdzieś do znajomych pojechać i na przejażdżkę rowerową...
Jesień mija spokojnie.Spokojnie,bo grzybów nie ma.Powinno być więcej czasu.
A nie ma...
Czy ja jestem źle zorganizowana?
Czy się starzeję?
Czy nie umiem sobie organizować zajęć?
Czy naprawdę brak czasu???
Nie siedzę,nie leżę,nie zbijam bąków.
Na internet i komputer poświęcam niewiele czasu i to późnym wieczorem zazwyczaj.
A dzisiaj wstałam po 5.Pomogłam podoić.Złożyłam życzenia Młodemu.Wszyscy wspólnie wypiliśmy poranną kawę do kupionego przeze mnie tortu(kupiłam,bo nie miałam czasu upiec ;P).Wypędziliśmy krowy na pastwisko.Ja ogarnęłam kuchnię odkurzając i zmywając kopiec naczyń.Zrobiłam łazanki.W międzyczasie rozpaliłam i potem przyłożyłam do pieca kaflowego,by dosuszyć szwagrowskie grzyby.Odprawiłam listonosza.Sprzedałam naszego cielaczka.
Taaa...ja tu bla,bla ,a pranie nie chce się samo wywiesić i włosy nie chcą się same umyć.A tu zaraz do pracy
trzeba jechać.
sobota, 1 października 2011
O babie lato mi się rozchodzi ;)
Babie lato.Dlaczego akurat babie???Nie może być chłopie lato?
Z lekcji biologii pamiętam,że są to nici pajęcze unoszące się w powietrzu w słoneczne dni lub okres złotej jesieni.
No i logiczne pytanie:-dlaczego babie?Co baby mają z tym wspólnego!?
Wymyśliłam sobie,że babie lato jest dlatego,że baby(chodzi mi o kobiety,dziewczyny;nie lubię określenia baba-chyba,że ma to być powiedziane żartobliwie) cały czas mają zajęcie!Zwłaszcza latem!
Babie lato pokrywa się z okresem przetwarzania czyli zamykania darów lata w słoiki.Baby(żartobliwie oczywiście ;) )zbierają ogórki,suszą zioła,pędzą do lasu po grzyby,kupują na bazarze to co akurat im nie "obrodziło".
Baby w międzyczasie podglądają czy babie lato jeszcze gdzieś jest,bo zaraz koniec babiego lata ma być.Przecież październik mamy;)))
Baby też myślą:dlaczego babie lato ma w tym roku krótkie nici...?
Czy pająki są jakieś leniwe i nie chcą prząść?
Czy to oznaka przyrody?
Jakieś przepowiednie ludowe o babim lecie są,ale niestety nieznam.
A babie lato bardzo lubię:P
Z lekcji biologii pamiętam,że są to nici pajęcze unoszące się w powietrzu w słoneczne dni lub okres złotej jesieni.
No i logiczne pytanie:-dlaczego babie?Co baby mają z tym wspólnego!?
Wymyśliłam sobie,że babie lato jest dlatego,że baby(chodzi mi o kobiety,dziewczyny;nie lubię określenia baba-chyba,że ma to być powiedziane żartobliwie) cały czas mają zajęcie!Zwłaszcza latem!
Babie lato pokrywa się z okresem przetwarzania czyli zamykania darów lata w słoiki.Baby(żartobliwie oczywiście ;) )zbierają ogórki,suszą zioła,pędzą do lasu po grzyby,kupują na bazarze to co akurat im nie "obrodziło".
Baby w międzyczasie podglądają czy babie lato jeszcze gdzieś jest,bo zaraz koniec babiego lata ma być.Przecież październik mamy;)))
Baby też myślą:dlaczego babie lato ma w tym roku krótkie nici...?
Czy pająki są jakieś leniwe i nie chcą prząść?
Czy to oznaka przyrody?
Jakieś przepowiednie ludowe o babim lecie są,ale niestety nieznam.
A babie lato bardzo lubię:P
Jesienna chandra...?
Zastanawiam się dlaczego właśnie teraz wszyscy są jacyś skwaszeni...?
Koleżanki z pracy bardziej niż zwykle przeżywają swoje problemy,moja teściowa chodzi nabuniona,chłop cały czas narzeka,Młody o 17 kładzie się spać bo zmęczony.
Podobnie jest ze mną...Niby funkcjonuję,bo chodzę normalnie do pracy.W domu jak zwykle coś do roboty też jest .Załatwiam różniaste sprawy w mieście,zobowiązuję się do upieczenia tortu i ciasta na rodzinną uroczystość.Szczerze...?Ale wszystko ni przede mną,ni za mną!
Forum na które zaglądam też owiało jakimś smutkiem-powód opisałam we wcześniejszej notce...
Nie cieszą mnie nawet znalezione wczoraj kasztany,których tak pragnęłam.Jak zwykle włożyłam kilka do kieszeni(skąd ten nawyk?) i pozostałe pozbierałam do torebki.Nie skakałam z radości co powinno być normalne.Ze złością pomyślałam,że jest jesień i za niedługo nastąpi cholerna zima.
Ogólnie mam płaczliwy nastrój i wszystko wokół mnie wk....a!!!
I najgorsze nie wiem jak przełamać ten stan!!!
Może długa rozmowa z córką podniesie mnie na duchu?
Wiem co powie:"Matka! Co ty taka zdołowana!?Ogarnij się kobieto! Toż to nie ty tylko jakiś inny dziwoląg ze mną rozmawia!!!"
No tak dziwolągu...nie użalaj się nad sobą!Będzie dobrze!Ciasto się uda,bigos ugotujesz,zrobisz kilka słoików jabłek.Wieczorem gorąca kąpiel i jutro masz być jak nowonarodzona!!!
Tak jest!Postaram się;)
Koleżanki z pracy bardziej niż zwykle przeżywają swoje problemy,moja teściowa chodzi nabuniona,chłop cały czas narzeka,Młody o 17 kładzie się spać bo zmęczony.
Podobnie jest ze mną...Niby funkcjonuję,bo chodzę normalnie do pracy.W domu jak zwykle coś do roboty też jest .Załatwiam różniaste sprawy w mieście,zobowiązuję się do upieczenia tortu i ciasta na rodzinną uroczystość.Szczerze...?Ale wszystko ni przede mną,ni za mną!
Forum na które zaglądam też owiało jakimś smutkiem-powód opisałam we wcześniejszej notce...
Nie cieszą mnie nawet znalezione wczoraj kasztany,których tak pragnęłam.Jak zwykle włożyłam kilka do kieszeni(skąd ten nawyk?) i pozostałe pozbierałam do torebki.Nie skakałam z radości co powinno być normalne.Ze złością pomyślałam,że jest jesień i za niedługo nastąpi cholerna zima.
Ogólnie mam płaczliwy nastrój i wszystko wokół mnie wk....a!!!
I najgorsze nie wiem jak przełamać ten stan!!!
Może długa rozmowa z córką podniesie mnie na duchu?
Wiem co powie:"Matka! Co ty taka zdołowana!?Ogarnij się kobieto! Toż to nie ty tylko jakiś inny dziwoląg ze mną rozmawia!!!"
No tak dziwolągu...nie użalaj się nad sobą!Będzie dobrze!Ciasto się uda,bigos ugotujesz,zrobisz kilka słoików jabłek.Wieczorem gorąca kąpiel i jutro masz być jak nowonarodzona!!!
Tak jest!Postaram się;)
środa, 28 września 2011
Flesz.
Wszystkie pytania padły tak znienacka,że odpowiadałam jak automat nie mając czasu na zastanowienie....!
-Gdzie się ożenił twój brat?
-A dlaczego pani pyta?
-A tak...
-W M.
-A ile on ma lat?
-...................30
-A twoja siostra się spółkuje z G.?
-Nie wiem.Nie interesi mnie kto z kim sie spółkuje...
-A gdzie mieszka N.S.?
-Kto???
-Siostra tego kierowcy z K.
-Aaaaa.To nie N. tylko J.
-A gdzie mieszka?
-Nie żyje już.
-A na co umarła?
-Nie wiem.
-A tego kierowcę z K. znasz?
-Znam.To mój wujek.
-A jak on ma na imię?
-J.
-To ty pochodzisz z tej rodziny?????aaaachaaaaaaaaaa....
-Tak
I niestety! Niezmiernie ciekawy dialog został niespodziewanie przerwany.;)
C.D.N. ????
Postaram się by nie doszło do tego,bo nie cierpię takich fleszy!!!!
A tu mnie flesz zaskoczył i oniemiałam i odpowiadałam<wow>
P.S.Imiona, nazwiska i nazwy miejscowości zostały zapisane dużymi literami z kropką po nich.
-Gdzie się ożenił twój brat?
-A dlaczego pani pyta?
-A tak...
-W M.
-A ile on ma lat?
-...................30
-A twoja siostra się spółkuje z G.?
-Nie wiem.Nie interesi mnie kto z kim sie spółkuje...
-A gdzie mieszka N.S.?
-Kto???
-Siostra tego kierowcy z K.
-Aaaaa.To nie N. tylko J.
-A gdzie mieszka?
-Nie żyje już.
-A na co umarła?
-Nie wiem.
-A tego kierowcę z K. znasz?
-Znam.To mój wujek.
-A jak on ma na imię?
-J.
-To ty pochodzisz z tej rodziny?????aaaachaaaaaaaaaa....
-Tak
I niestety! Niezmiernie ciekawy dialog został niespodziewanie przerwany.;)
C.D.N. ????
Postaram się by nie doszło do tego,bo nie cierpię takich fleszy!!!!
A tu mnie flesz zaskoczył i oniemiałam i odpowiadałam<wow>
P.S.Imiona, nazwiska i nazwy miejscowości zostały zapisane dużymi literami z kropką po nich.
poniedziałek, 26 września 2011
Smutno mi...
...a powód wcale nie jest błahy...
Śmierć!
Śmierć osoby,którą znałam wirtualnie.
ZNAŁAM to może za wielkie słowo,bo znałam Go z wypowiedzi na dwóch forach...
Znałam z nicka i awatra.Nasze awatry często sąsiadowały...
To tak mało,a zarazem wiele...
Gadaliśmy o gotowaniu,o zwierzakach,o duperelach.O życiu po prostu.
Jego wypowiedzi to prosta riposta,żart podszyty lekką ironią.
Był sympatycznym gościem.
Był młody.
Miał żonę i dzieci.
Dla nich gotował.
Wyobrażam sobie pustkę i żal jaki czują...
Jarek będzie mi się kojarzył z moim piecem kaflowym.
Gdy napisałam ,że chcę mieć prawdziwy piec kaflowy to zasugerował,że pieprzenie się z węglem, popiołem....
Pewnie jeszcze nieraz zwilgotnieją mi oczy jak będę rozpalać w piecu...
Zazdrościł tego co mam za płotem,czyli bliskości lasu.To taka pozytywna zazdrość!!!
Dziewczynom z forum nakazał : Tańcząc pogo pamiętajcie, by trzymać język za zębami. Tak, wiem, to będzie trudne:)
Opisywał pogodę tak : Spadam, turlają beczki co sekundę tam wysoko. Może uda się nie zmoknąć?
Zmokłem, wyschłem, zmokłem i znowu wyschłem. Taka ta burza cienka była. Zanim do ziemi doleciało to już wysychało.
Na poprawę humoru mieliśmy taki sam sposób-kieliszeczek czegoś dobrego...
Szok jakiego doznałam czytając o śmierci Jarka już się we mnie zadomowił,ale powieki wilgotnieją jak o tym myślę.
Kto by pomyślał...toż to tylko wirtualna znajomość...
Kto by pomyślał,że za nickiem i awatrem,kryje się osoba ,której śmierć przeżywać będą ludzie z krwi i kości...
Wirtualne znicze,epitafium i spoczywaj w spokoju to grzecznościowe formułki...
Jarku...
ach!idę palić w piecu...
Smutno mi,ale nie będę płakać!!!
Śmierć!
Śmierć osoby,którą znałam wirtualnie.
ZNAŁAM to może za wielkie słowo,bo znałam Go z wypowiedzi na dwóch forach...
Znałam z nicka i awatra.Nasze awatry często sąsiadowały...
To tak mało,a zarazem wiele...
Gadaliśmy o gotowaniu,o zwierzakach,o duperelach.O życiu po prostu.
Jego wypowiedzi to prosta riposta,żart podszyty lekką ironią.
Był sympatycznym gościem.
Był młody.
Miał żonę i dzieci.
Dla nich gotował.
Wyobrażam sobie pustkę i żal jaki czują...
Jarek będzie mi się kojarzył z moim piecem kaflowym.
Gdy napisałam ,że chcę mieć prawdziwy piec kaflowy to zasugerował,że pieprzenie się z węglem, popiołem....
Pewnie jeszcze nieraz zwilgotnieją mi oczy jak będę rozpalać w piecu...
Zazdrościł tego co mam za płotem,czyli bliskości lasu.To taka pozytywna zazdrość!!!
Dziewczynom z forum nakazał : Tańcząc pogo pamiętajcie, by trzymać język za zębami. Tak, wiem, to będzie trudne:)
Opisywał pogodę tak : Spadam, turlają beczki co sekundę tam wysoko. Może uda się nie zmoknąć?
Zmokłem, wyschłem, zmokłem i znowu wyschłem. Taka ta burza cienka była. Zanim do ziemi doleciało to już wysychało.
Na poprawę humoru mieliśmy taki sam sposób-kieliszeczek czegoś dobrego...
Szok jakiego doznałam czytając o śmierci Jarka już się we mnie zadomowił,ale powieki wilgotnieją jak o tym myślę.
Kto by pomyślał...toż to tylko wirtualna znajomość...
Kto by pomyślał,że za nickiem i awatrem,kryje się osoba ,której śmierć przeżywać będą ludzie z krwi i kości...
Wirtualne znicze,epitafium i spoczywaj w spokoju to grzecznościowe formułki...
Jarku...
ach!idę palić w piecu...
Smutno mi,ale nie będę płakać!!!
piątek, 2 września 2011
Ale mnie nakręca :)
W międzyczasie posłuchuję muzyki.Staram się poznać całą twórczość Grabaża.A ta mnie nakręca!!!
Puszczę ją Chłopu.Ciekawe jak zareaguje...Pokręci wskazującym palcem po skroni czy dołoży ją do tych co mu się spodobają. Chory na wszystko słuchaliśmy oboje,więc może i z tą tak będzie.Może nie tylko będziemy słuchać :P:P:P
Puszczę ją Chłopu.Ciekawe jak zareaguje...Pokręci wskazującym palcem po skroni czy dołoży ją do tych co mu się spodobają. Chory na wszystko słuchaliśmy oboje,więc może i z tą tak będzie.Może nie tylko będziemy słuchać :P:P:P
Dzień jak każdy inny...
Pobudka jak zwykle 5.10(jak ja nie cierpię wcześnie wstawać-zwłaszcza po pracy na drugiej zmianie!!!)
Ale wstaję ,bo trza Chłopu pomóc.
Około 6 myślę czy Młody wstanie do szkoły,bo wypada wstać ,bo "szkoła się zaczęła".
Młody wstaje i się sam obsługuje w kuchni,w łazience itd..
A ja umyta wskakuję pod kołdrę ;)
Jak ja lubię swoje łóżko i swoją kołdrę.
I poduszkę też!!!
Nastawiam telefon by mnie obudził o 8.
Po krótkim namyśle...o 9 ;)
Śpię snem dziecka czyli nieświadoma tego co się dzieje w domu i wokół niego.Przez sen słyszę(jest uchylone okno ) jak teściowa targuje się z kotami,że są lenie;jak samochód wiozący pieczywo nadmiernie używa klaksonu;jak Chłop mówi,że na kilka godzin idzie pomóc sąsiadowi;jak narzeka,że nie ma kuriera z zamówionym towarem...A ja śpię sobie smacznie...
Cholera!Spóźniłam się do pracy!!!!
Zadzwonię po urlop,bo wstyd się przyznać że zaspałam na drugą zmianę :(
Ale urlop co drugi dzień to nie za dobrze...?
Na szczęście oczy moje ujrzały na telefonie czas pobudki czyli godzinę 9.
Śniło mi się,że zaspałam i traf trafem sygnał budzika z komórki zbiegł się z sygnałem telefonu stacjonarnego.Nie odebrałam,bo nie chciało mi się biec na łeb na szyję.Zadzwoni jeszcze raz.Acha dzwoni na komórkę...Koleżanka zaprasza na aronię.
-Nie dziś -odpowiadam-ale będę mieć na uwadze,by jak najszybciej odwiedzić cię z wiaderkiem.
-Zrywaj ile chcesz.A co porabiasz dziś...? Może na kawę wpadnij...
-Dzięki!Ale mam trochę roboty przed pracą...
Chyba nie wypadało mówić,że śpię w biały dzień...nie...? ;)
Zrobiłam kawę i leniwie ją wypiłam przed kompem(tak się toto ustrojstwo teraz nazywa :D)
Następnie uświadomiłam sobie,że należałoby obiad zrobić :D
Kurczak gotowy przyprawiony w lodówce,więc do tego będzie dziki ryż i sałatka jaka kto chce(jak zwykle chyba ze 3 słoiki rozpoczęte w lodówce)
Kurczaka obsmażyłam krótko na gorącej patelni i wrzuciłam do duszenia z liściem laurowym,zielem angielskim,porem,marchewką,suszoną pietruszką i selerem;przesmażoną cebulą i czosnkiem.Wlałam marynaty kikkoman.Pyrkał sobie do miękkości.Chłop sprzed domu wykrzykiwał,że coś pachnie.Aż koty się zlazły przed dom.Wiedzą bestie,że my z tych co dzielimy się posiłkiem:D
Kurczak pyrkał,a ja zmagałam się z kopcem prania.Kopiec był niezły i nieźle pokręcony bo co rusz ktoś potrzebował czegoś upranego i wywracał wszystko(tzn kopiec) do góry nogami w nerwowym poszukiwaniu bluzy,koszulki bądź spodni...I wszystkiemu winna "pomagaczka".
Czyli pralka automatyczna,która wzięła i się zepsuła przez co utworzył się kopiec na koszu z brudną bielizną sięgający do pół prysznica.Kopiec po upraniu poszedł do mojej sypialni,by umieścić się w przepastnej szafie.
Tak więc składałam kopiec i czułam się jak matka Polka.Pranie,sprzątanie,gotowanie,dzieci,praca.Tylko matka Polka nie sypia w biały dzień:D.To ja jednak jestem z innej bajki.Rozśmieszyło mnie,że na nic moje składanie, bo Chłop i tak zaraz zrobi burdel na swoich półkach.Na razie wygląda tak,ale wiem,że na niedługo.
Obiecałam mu już uroczyście,że kupię mu kufer i tam będzie sobie grzebał.Pogrzebie,zatrzaśnie wieko i elegancko.Porządek jak się patrzy:D . I ma do wyboru-kufer,albo nauczyć się wyjmować ubrania z szafy nie zostawiając burdelu.Na razie narzeka jaki to on nieszczęśliwy,bo go wszędzie opierdalają -nawet po wizycie w swej własnej szafie :P:P:P
Składając ubrania Młodej zauważyłam,że chyba głupawka mnie dopada.Koszulka kupiona do prac domowych dostała przeznaczenie na treningi:P
A kupiłam ją za zeta:P
I robi furorę na treningach i zawodach:P
Wow!Niech ktoś za mnie pranie wywiesi i posortuje skarpety całej rodzinki.PLissssssssssssss!
A ja spożytkuję ten czas należycie:P
Na prysznic i na wysączenie zielonej lub białej herbaty(nie wiem jaka mi się zaparzy)
Ach! I niech ktoś za mnie do pracy pójdzie.Tylko 8 godzin w chłodni,hałasie ok 80 dB i za najniższą krajową.
Jakoś mnie to dziś nie drażni.Może temu,że Chłop mi wmawia,że się urodziłam pod szczęśliwą gwiazdą...?
Nawet nie wiem o co mu chodzi :P
Alem prze szczęśliwa z tego powodu ;)
I prze szczęśliwa,że od 10.00 do 12.30 etapami napisałam tego posta.
Ale wstaję ,bo trza Chłopu pomóc.
Około 6 myślę czy Młody wstanie do szkoły,bo wypada wstać ,bo "szkoła się zaczęła".
Młody wstaje i się sam obsługuje w kuchni,w łazience itd..
A ja umyta wskakuję pod kołdrę ;)
Jak ja lubię swoje łóżko i swoją kołdrę.
I poduszkę też!!!
Nastawiam telefon by mnie obudził o 8.
Po krótkim namyśle...o 9 ;)
Śpię snem dziecka czyli nieświadoma tego co się dzieje w domu i wokół niego.Przez sen słyszę(jest uchylone okno ) jak teściowa targuje się z kotami,że są lenie;jak samochód wiozący pieczywo nadmiernie używa klaksonu;jak Chłop mówi,że na kilka godzin idzie pomóc sąsiadowi;jak narzeka,że nie ma kuriera z zamówionym towarem...A ja śpię sobie smacznie...
Cholera!Spóźniłam się do pracy!!!!
Zadzwonię po urlop,bo wstyd się przyznać że zaspałam na drugą zmianę :(
Ale urlop co drugi dzień to nie za dobrze...?
Na szczęście oczy moje ujrzały na telefonie czas pobudki czyli godzinę 9.
Śniło mi się,że zaspałam i traf trafem sygnał budzika z komórki zbiegł się z sygnałem telefonu stacjonarnego.Nie odebrałam,bo nie chciało mi się biec na łeb na szyję.Zadzwoni jeszcze raz.Acha dzwoni na komórkę...Koleżanka zaprasza na aronię.
-Nie dziś -odpowiadam-ale będę mieć na uwadze,by jak najszybciej odwiedzić cię z wiaderkiem.
-Zrywaj ile chcesz.A co porabiasz dziś...? Może na kawę wpadnij...
-Dzięki!Ale mam trochę roboty przed pracą...
Chyba nie wypadało mówić,że śpię w biały dzień...nie...? ;)
Zrobiłam kawę i leniwie ją wypiłam przed kompem(tak się toto ustrojstwo teraz nazywa :D)
Następnie uświadomiłam sobie,że należałoby obiad zrobić :D
Kurczak gotowy przyprawiony w lodówce,więc do tego będzie dziki ryż i sałatka jaka kto chce(jak zwykle chyba ze 3 słoiki rozpoczęte w lodówce)
Kurczaka obsmażyłam krótko na gorącej patelni i wrzuciłam do duszenia z liściem laurowym,zielem angielskim,porem,marchewką,suszoną pietruszką i selerem;przesmażoną cebulą i czosnkiem.Wlałam marynaty kikkoman.Pyrkał sobie do miękkości.Chłop sprzed domu wykrzykiwał,że coś pachnie.Aż koty się zlazły przed dom.Wiedzą bestie,że my z tych co dzielimy się posiłkiem:D
Kurczak pyrkał,a ja zmagałam się z kopcem prania.Kopiec był niezły i nieźle pokręcony bo co rusz ktoś potrzebował czegoś upranego i wywracał wszystko(tzn kopiec) do góry nogami w nerwowym poszukiwaniu bluzy,koszulki bądź spodni...I wszystkiemu winna "pomagaczka".
Czyli pralka automatyczna,która wzięła i się zepsuła przez co utworzył się kopiec na koszu z brudną bielizną sięgający do pół prysznica.Kopiec po upraniu poszedł do mojej sypialni,by umieścić się w przepastnej szafie.
Tak więc składałam kopiec i czułam się jak matka Polka.Pranie,sprzątanie,gotowanie,dzieci,praca.Tylko matka Polka nie sypia w biały dzień:D.To ja jednak jestem z innej bajki.Rozśmieszyło mnie,że na nic moje składanie, bo Chłop i tak zaraz zrobi burdel na swoich półkach.Na razie wygląda tak,ale wiem,że na niedługo.
Obiecałam mu już uroczyście,że kupię mu kufer i tam będzie sobie grzebał.Pogrzebie,zatrzaśnie wieko i elegancko.Porządek jak się patrzy:D . I ma do wyboru-kufer,albo nauczyć się wyjmować ubrania z szafy nie zostawiając burdelu.Na razie narzeka jaki to on nieszczęśliwy,bo go wszędzie opierdalają -nawet po wizycie w swej własnej szafie :P:P:P
Składając ubrania Młodej zauważyłam,że chyba głupawka mnie dopada.Koszulka kupiona do prac domowych dostała przeznaczenie na treningi:P
A kupiłam ją za zeta:P
I robi furorę na treningach i zawodach:P
Wow!Niech ktoś za mnie pranie wywiesi i posortuje skarpety całej rodzinki.PLissssssssssssss!
A ja spożytkuję ten czas należycie:P
Na prysznic i na wysączenie zielonej lub białej herbaty(nie wiem jaka mi się zaparzy)
Ach! I niech ktoś za mnie do pracy pójdzie.Tylko 8 godzin w chłodni,hałasie ok 80 dB i za najniższą krajową.
Jakoś mnie to dziś nie drażni.Może temu,że Chłop mi wmawia,że się urodziłam pod szczęśliwą gwiazdą...?
Nawet nie wiem o co mu chodzi :P
Alem prze szczęśliwa z tego powodu ;)
I prze szczęśliwa,że od 10.00 do 12.30 etapami napisałam tego posta.
sobota, 27 sierpnia 2011
Pustogłowie :(
Po pracy na nocnej zmianie jestem jakaś skołowana...ani przede mną ani za mną.Nie mogę sobie ułożyć we łbie by pogadać z Młodym-strasznie pyskuje do ojca.Ten też się wpienia i swarka gotowa.W sumie mam dość ich głupich argumentów zarówno starego jak i młodego...
Zmniejszam kopiec przy prysznicu wkładając "brudy" do pomagaczki i po skończonym praniu wynosząc je czystymi na balkon w celu ususzenia.Wieje jak diabli.Chyba na deszcz się zbiera i przez to mam takie skołowacenie.Skołowacenie jest przyczyną,że nic mi się nie udaje....
.....otwierając puszkę z ananasem rozlałam sok;potem zapomniałam dodać ananasy do ciasta,polewa mi nie wyszła(to raczej normal);usiłuję sprzątać tzn składać to co się ususzyło na balkonie...
Podlałam szpinak i rzodkiewki(świeżo wzeszły),choć w sumie ma padać -ale podlałam.Zajrzałam do ogórków,ale nie miałam ochoty ich zrywać, a jest kilka.Zielsko skurwiałe znów urosło!!!Aby na nie nie patrzeć poszłam precz do domu.W sumie wyszłam z domu by Młodemu otworzyć bramę wjazdową,by mógł bez wysiadania i wsiadania wyjechać traktorem.Pojechali kosić zboże niechciane przez właściciela.Ojciec kombajnem,Młody traktorem z przyczepą.I dobrze,że nie ma ich w domu.Jakoś nie mam ochoty na towarzystwo...Chyba,że kota...Mruczącego i pozwalającego się głaskać z sierścią i pod sierść.Niby uspokaja takie głaskanie...Młoda tak też uważa.Ach!znów wywiała z domu...Wychowuj dzieci bezstresowo a sam miej stresa...Pojechała do psiapsióły i zrywają borówki na zarobek.Niech zrywają.Niech pogną kark.Niech zobaczą jak szybko znika zarobiona ciężko kasa.Nie tylko ja muszę przeżywać,że kasa ucieka "przez palce".
Muszę się zmobilizować na zrobienie pierogów z kurkami.Obiecałam.
Muszę do pierogów mieć farsz.Najlepiej kurkowy.
Muszę pójść do lasu i nazbierać kurek.
Muszę????
Nic nie muszę...ale pójdę i nazbieram.Jak zwykle wezmę ze sobą psa,by mieć towarzystwo.
Może pustogłowie zostawię w lesie gdzieś pod krzakiem...?
Chodź Chapi! Idziemy do lasu!
Zmniejszam kopiec przy prysznicu wkładając "brudy" do pomagaczki i po skończonym praniu wynosząc je czystymi na balkon w celu ususzenia.Wieje jak diabli.Chyba na deszcz się zbiera i przez to mam takie skołowacenie.Skołowacenie jest przyczyną,że nic mi się nie udaje....
.....otwierając puszkę z ananasem rozlałam sok;potem zapomniałam dodać ananasy do ciasta,polewa mi nie wyszła(to raczej normal);usiłuję sprzątać tzn składać to co się ususzyło na balkonie...
Podlałam szpinak i rzodkiewki(świeżo wzeszły),choć w sumie ma padać -ale podlałam.Zajrzałam do ogórków,ale nie miałam ochoty ich zrywać, a jest kilka.Zielsko skurwiałe znów urosło!!!Aby na nie nie patrzeć poszłam precz do domu.W sumie wyszłam z domu by Młodemu otworzyć bramę wjazdową,by mógł bez wysiadania i wsiadania wyjechać traktorem.Pojechali kosić zboże niechciane przez właściciela.Ojciec kombajnem,Młody traktorem z przyczepą.I dobrze,że nie ma ich w domu.Jakoś nie mam ochoty na towarzystwo...Chyba,że kota...Mruczącego i pozwalającego się głaskać z sierścią i pod sierść.Niby uspokaja takie głaskanie...Młoda tak też uważa.Ach!znów wywiała z domu...Wychowuj dzieci bezstresowo a sam miej stresa...Pojechała do psiapsióły i zrywają borówki na zarobek.Niech zrywają.Niech pogną kark.Niech zobaczą jak szybko znika zarobiona ciężko kasa.Nie tylko ja muszę przeżywać,że kasa ucieka "przez palce".
Muszę się zmobilizować na zrobienie pierogów z kurkami.Obiecałam.
Muszę do pierogów mieć farsz.Najlepiej kurkowy.
Muszę pójść do lasu i nazbierać kurek.
Muszę????
Nic nie muszę...ale pójdę i nazbieram.Jak zwykle wezmę ze sobą psa,by mieć towarzystwo.
Może pustogłowie zostawię w lesie gdzieś pod krzakiem...?
Chodź Chapi! Idziemy do lasu!
piątek, 26 sierpnia 2011
Złośliwość rzeczy martwych.Tak,tak-istnieje takie pojęcie!
Mój sprzęt kuchenny się zegził i psuje się po kolei.Zaczęło się od okapu kuchennego,potem kran,mikser zelmer z michą obrotową,robot wieloczynnościowy też ma drobną usterkę.Mikser naprawiłam za drobną opłatą.Kran kupiłam,bo przecież nie będę biegać po wodę do łazienki.Trochę odetchnęłam...Ale dech mi zaparło gdy podczas prania automat wyświetlił mi jakieś dziwne napisy!!!Cholera! pewnie i to ustrojstwo się psuje :(
Wyłączyłam,włączyłam i poszło dalej.Myślałam,że to tylko kaprys,ale przy następnym praniu okazało się, że niestety nie.Pralka też okazała się złośliwym sprzętem.Zrobiła mi kilka podobnych powtórek zatrzymując się z pełnym wody bębnem.W końcu zła na mnie,że nie wzywam do niej lekarza wylała mi swą zawartość na świeżo wysprzątaną łazienkę."Nie mogłaś tego zrobić przed sprzątaniem??? Teraz muszę drugi raz myć podłogę!!!" -zamormotałam pod nosem.Umówiłam się z mechaniorem,ale i jednocześnie zastrzegłam Chłopa,że czeka nas nowy wydatek...prawdopodobnie.Chłop się wkurzył,bo wcześniej "załatwił " mi odkurzacz i już zaklepaliśmy,że kupujemy drugi.W sumie ucieszyłam się,że się zepsuł,bo był do dupy! I z nabożną czcią patrzyłam jak z chłodnicy kombajna wyciągają nim(moim odkurzaczem) zanieczyszczenia.Wiedziałam,że będzie mu kaput.I w sumie mu tego życzyłam.Alem złośliwa hahahaha...życzyć dla odkurzacza by się zepsuł...!
A wracając do "pomagaczki"(pralki-tak nazwały ją moje dzieci tuż po zakupie-pomaga mi prać przecież!)
Mechanior przeczyścił i wszystko działa jak należy.Właśnie sterta prania ubywa i sukcesywnie wywieszam wszystko na balkon.Odkurzacz zakupiony.Stary rozebrałam i okryłam jego chorobę.Zapchane filtry i pęknięty worek na śmieci.Odkurzyłam jego wnętrze używając nowego,złożyłam i jestem posiadaczem dwóch odkurzaczy :))))))
Dwóch działających!
Czyli 2 sprzęty mi zostało do usprawnienia lub wymiany.Ale na razie zamiast włączyć okap to otwieram okno i obchodzę się jakoś bez robota kuchennego.
P.S.Dopisać należy,że martwą rzeczą jaką jest nasz samochód marki volkswagen passat też dotknęła choroba,ale biegły naprawach Chłop szybko zaradził dziurawemu tłumikowi i obeszło się bez kosztów.Ma wprawę w naprawach, bo użytkuje maszynę rolniczą typu kombajn zbożowy w której co raz "coś pada". Właśnie ma drobną awarię i klnie jak szewc,bo u tego samego gościa na polu nastąpiła podobna awaria co 2 lata temu.Czy maszyna złośliwa czy ktoś źle spojrzał i się zepsuło...?
Dopisano dnia 13.09.2011.
żeby tego wszystkiego było mało krajalnica jeszcze "padła"!
Ale pomógł jej Młody krojąc szynkę.Pod ostrze trafiła się metalowa plomba i zatrzeszczało!!!
Młody się wystraszył,a ja jeszcze bardziej.Dobrze,że nic się mu nie stało!
Sprzęt powędrował do naprawy wraz robotem wielofunkcyjnym.Dwa sprzęty(jeden jako nagroda w konkursie korowaja mielnickiego;drugi jako prezent ufundowany przez burmistrza za honorowe oddawanie krwi) powędrowały do naprawy AGD.Dziś je odbieram.Brakuje nam najbardziej krajalnicy.
Ach...jak to źle żyć w dobie tępych noży :P
Wyłączyłam,włączyłam i poszło dalej.Myślałam,że to tylko kaprys,ale przy następnym praniu okazało się, że niestety nie.Pralka też okazała się złośliwym sprzętem.Zrobiła mi kilka podobnych powtórek zatrzymując się z pełnym wody bębnem.W końcu zła na mnie,że nie wzywam do niej lekarza wylała mi swą zawartość na świeżo wysprzątaną łazienkę."Nie mogłaś tego zrobić przed sprzątaniem??? Teraz muszę drugi raz myć podłogę!!!" -zamormotałam pod nosem.Umówiłam się z mechaniorem,ale i jednocześnie zastrzegłam Chłopa,że czeka nas nowy wydatek...prawdopodobnie.Chłop się wkurzył,bo wcześniej "załatwił " mi odkurzacz i już zaklepaliśmy,że kupujemy drugi.W sumie ucieszyłam się,że się zepsuł,bo był do dupy! I z nabożną czcią patrzyłam jak z chłodnicy kombajna wyciągają nim(moim odkurzaczem) zanieczyszczenia.Wiedziałam,że będzie mu kaput.I w sumie mu tego życzyłam.Alem złośliwa hahahaha...życzyć dla odkurzacza by się zepsuł...!
A wracając do "pomagaczki"(pralki-tak nazwały ją moje dzieci tuż po zakupie-pomaga mi prać przecież!)
Mechanior przeczyścił i wszystko działa jak należy.Właśnie sterta prania ubywa i sukcesywnie wywieszam wszystko na balkon.Odkurzacz zakupiony.Stary rozebrałam i okryłam jego chorobę.Zapchane filtry i pęknięty worek na śmieci.Odkurzyłam jego wnętrze używając nowego,złożyłam i jestem posiadaczem dwóch odkurzaczy :))))))
Dwóch działających!
Czyli 2 sprzęty mi zostało do usprawnienia lub wymiany.Ale na razie zamiast włączyć okap to otwieram okno i obchodzę się jakoś bez robota kuchennego.
P.S.Dopisać należy,że martwą rzeczą jaką jest nasz samochód marki volkswagen passat też dotknęła choroba,ale biegły naprawach Chłop szybko zaradził dziurawemu tłumikowi i obeszło się bez kosztów.Ma wprawę w naprawach, bo użytkuje maszynę rolniczą typu kombajn zbożowy w której co raz "coś pada". Właśnie ma drobną awarię i klnie jak szewc,bo u tego samego gościa na polu nastąpiła podobna awaria co 2 lata temu.Czy maszyna złośliwa czy ktoś źle spojrzał i się zepsuło...?
Dopisano dnia 13.09.2011.
żeby tego wszystkiego było mało krajalnica jeszcze "padła"!
Ale pomógł jej Młody krojąc szynkę.Pod ostrze trafiła się metalowa plomba i zatrzeszczało!!!
Młody się wystraszył,a ja jeszcze bardziej.Dobrze,że nic się mu nie stało!
Sprzęt powędrował do naprawy wraz robotem wielofunkcyjnym.Dwa sprzęty(jeden jako nagroda w konkursie korowaja mielnickiego;drugi jako prezent ufundowany przez burmistrza za honorowe oddawanie krwi) powędrowały do naprawy AGD.Dziś je odbieram.Brakuje nam najbardziej krajalnicy.
Ach...jak to źle żyć w dobie tępych noży :P
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Czyli zaczynamy :)
Na początek wypadałoby cosik napisać,nie?
i nie wiem co :P
A więc,by było uroczyście(bo to przecie pierwszy wpis!!!!)
zacznę od akapitu ;)
Zawsze lubiłam pisać.Zawsze tzn.sięgając do czasów podstawówki.Humanistka byłam jak się patrzy.Pisałam długie wypracowania i jedyną ich wadą było,że budowałam długie zdania złożone współrzędnie,podrzędnie i chyba łącznie.Ale pisałam jakoś z sensem,a przynajmniej tak uważała pani od polskiego z podstawówki,potem z LO i z ZSZ.Czyli trzech belfrów chyba się nie myliło :P
Pisać nie tylko lubię.Lubię czytać to co napisałam i potem pomyśleć:"O cholera! Jaśka! Jak bez sensu/z sensem napisałaś!"
Dzisiaj moje pisanie ogranicza się do:
-listy sprawunków,
-listy "rzeczy do wykonania",
-listy "rzeczy do załatwienia" w najbliższym czasie(np:kupić szafkę na buty,zapisać się do lekarza),
-pisanie smsów(chociaż niezbyt dużo ich piszę,ale piszę ;) ),
-pisanie postów na forach
i teraz pisanie bloga...!?
Acha! Czasami do swego Chłopia piszę kartki informacyjne(takie duże i pisane czarnym markerem by było widać np: Jestem na grzybach.Wrócę ok 17)
Chciałam pisać już dawno,ale nigdy nie miałam czasu by się tym zająć.(No i proszę-już rym ;) ).
Nowa moda-blogowanie,a ja z mody rzadko korzystam(bo wolę wygodnie i praktycznie),ale cóż poradzę,że blog wydaje mi się wygodniejszy niż forum... (Nie! o forach napisze kiedy indziej!)
Tak więc napisałam i jak to mówią pierwsze koty za płoty!
Udało się i choć z lekkim drżeniem rąk i przyśpieszonym biciem serca to zrobiłam to myślę,że się jakoś to będzie i ktoś czasami zajrzy i poczyta.Na pewno będą tu moje przemyślenia,moje żale(bo gdzie ponarzekasz,żeś nieszczęśliwa),moje przygody i inne opowieści o których chciałam kiedyś pisać i dalej mam taką chęć.
Pewnie popiszę o żarciu,pewnie nieraz przeklnę i pewnie nieraz czytelnik pomyśli,że mnie nawiedziło :P
Bla,bla,bla,bla,bla...
...do miłego czytania/pisania:)
i nie wiem co :P
A więc,by było uroczyście(bo to przecie pierwszy wpis!!!!)
zacznę od akapitu ;)
Zawsze lubiłam pisać.Zawsze tzn.sięgając do czasów podstawówki.Humanistka byłam jak się patrzy.Pisałam długie wypracowania i jedyną ich wadą było,że budowałam długie zdania złożone współrzędnie,podrzędnie i chyba łącznie.Ale pisałam jakoś z sensem,a przynajmniej tak uważała pani od polskiego z podstawówki,potem z LO i z ZSZ.Czyli trzech belfrów chyba się nie myliło :P
Pisać nie tylko lubię.Lubię czytać to co napisałam i potem pomyśleć:"O cholera! Jaśka! Jak bez sensu/z sensem napisałaś!"
Dzisiaj moje pisanie ogranicza się do:
-listy sprawunków,
-listy "rzeczy do wykonania",
-listy "rzeczy do załatwienia" w najbliższym czasie(np:kupić szafkę na buty,zapisać się do lekarza),
-pisanie smsów(chociaż niezbyt dużo ich piszę,ale piszę ;) ),
-pisanie postów na forach
i teraz pisanie bloga...!?
Acha! Czasami do swego Chłopia piszę kartki informacyjne(takie duże i pisane czarnym markerem by było widać np: Jestem na grzybach.Wrócę ok 17)
Chciałam pisać już dawno,ale nigdy nie miałam czasu by się tym zająć.(No i proszę-już rym ;) ).
Nowa moda-blogowanie,a ja z mody rzadko korzystam(bo wolę wygodnie i praktycznie),ale cóż poradzę,że blog wydaje mi się wygodniejszy niż forum... (Nie! o forach napisze kiedy indziej!)
Tak więc napisałam i jak to mówią pierwsze koty za płoty!
Udało się i choć z lekkim drżeniem rąk i przyśpieszonym biciem serca to zrobiłam to myślę,że się jakoś to będzie i ktoś czasami zajrzy i poczyta.Na pewno będą tu moje przemyślenia,moje żale(bo gdzie ponarzekasz,żeś nieszczęśliwa),moje przygody i inne opowieści o których chciałam kiedyś pisać i dalej mam taką chęć.
Pewnie popiszę o żarciu,pewnie nieraz przeklnę i pewnie nieraz czytelnik pomyśli,że mnie nawiedziło :P
Bla,bla,bla,bla,bla...
...do miłego czytania/pisania:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
