Oczywiście,że zgadzam się z tym co napisałam w tytule! Przecież ktoś musi wywozić śmieci czy płynne nieczystości ; bebrać się usmarowanymi rękoma w silniku samochodu czy innego sprzętu ; robić zastrzyki czy sprzątać domy,lokale,szkoły,szpitale . Zapewne jest wiele rzekomo haniebnych i wstydliwych prac,ale akurat te przyszły mi do głowy.Najważniejsze jest to , by zwykły człowiek zrozumiał,że ktoś to musi robić , by koło zwane szarym , codziennym życiem mogło trwać.Chyba,że ktoś wymyśli zastępstwo tych zawodów,bo rzekomo pralka wypierze,a zmywarka zmywa;)
Jako,że ani nie urodziłam się księżniczką,ani żaden książę nie chciał mnie porwać z domu rodzinnego mam to co mam.Mieszkam na wsi i dodatkowo pracuję zawodowo.
Zdarza mi się dość często uruchomić,gdy ktoś ze znajomych nieoczekiwanie robi mi przytyki :
-Jak tam?Napasłaś krowy? Rogi twarde miały?
Zazwyczaj rzucam na poczekaniu wymyśloną odpowiedź:
-Ja lubię twarde rogi,ale u byków ! Jak chcesz to możemy zagłębić się w ten temat.
-Nie stać mnie na poganiacza bydła niestety...
-Chłop nie chce nic robić i mnie wykorzystuje jak może do wszystkiego ;D
Robiący mi przytyk albo się śpiesznie wycofuje,albo kontynuuje dalej sprośne żarty,a mnie bardzo cieszy jak zrozumie,że walnął gafę.Przecież mleko pijemy,a nie bierze się ono tylko i wyłącznie z kartonu,butelki czy mlekomatu . Pisałam kiedyś trochę na ten temat TU i conieco TUTAJ
Praca jak praca.Aby można było kupić mleko lub inne produkty mleczarskie musi być krowa i musi być "obsłużona". Nakarmiona,napojona i wyrelaksowana ;). I niestety( lub stety...) życie mi się tak ułożyło,że tym zajmuję się.Ktoś by rzekł:
-Nie chciało się do szkoły chodzić to zapieprzaj jako robol.
Ale to nie do końca tak...
Czasami tak się układa,że wybór jest tylko wybraniem mniejszego zła.Tak było i w moim przypadku.
Już od wczesnego dzieciństwa wykorzystywano mnie do wszelakich prac w gospodarstwie i łudzono,że będę mieć za to pieniądze,których nie otrzymałam do dziś.Ponadto wszelkie zarobione w jakikolwiek sposób pieniądze zostały mi w bestialski sposób zabierane.Byłam po prostu okradana.Najgorzej bolało,że przez najbliższych...
Wiedziałam,że muszę mieć swoje pieniądze,a żeby je mieć to muszę pracować.Naukę w L.O porzuciłam,by kontynuować ją w równoległej klasie zawodówki,która...gwarantowała pracę po ukończeniu tejże zawodówki.Gdy zdałam egzaminy i podpisałam umowę o pracę na czas nieokreślony myślałam,że mam nie gwiazdkę z nieba,ale sam księżyc wraz z Twardowskim .Moja radość była nie do opisania.Wyszłam za mąż i rozpoczęłam pracę.Pierwsze pobory są bardzo pamiętne,bo:
- były źle naliczone i otrzymałam je z opóźnieniem,
-jak już je otrzymałam to trzeba było zapłacić za usługę koszenia zboża kombajnem,
-to były moje zarobione pieniądze,których nikt mi nie zabrał,a sama wiedziałam,że muszę wspólnie z mężem walczyć o przetrwanie.
Pracowałam jako mrożonkowa w zakładzie przetwórstwa owocowo-warzywnego. Mąż pracował w zakładzie tkackim obsługując krosna elektryczne,na których robiono tzw. dywany ( czyli narzuty na wersalkę i fotele bardzo modne w tym czasie i w tym rejonie).Było jeszcze bardzo zaniedbane gospodarstwo rolne,którym zajmował się w większości Chłop i jego matka,a moja teściowa . Chłopu szkoda było pozostawić "matkowiznę" i tak ciągnęliśmy te sroki za ogon...Potem urodziła się Młoda.Z obawy,że mogę być zwolniona z pracy jeśli skorzystam z urlopu wychowawczego wróciłam do pracy.Poza tym dramatycznie potrzebowaliśmy pieniędzy,bo rozpoczęliśmy budowę domu.Jako małżeństwo z 3-letnim stażem,rocznym dzieckiem,pieniędzmi cudem odzyskanymi z mojej własnej książeczki mieszkaniowej zaczęliśmy desperacką walkę o swój dom.Desperaci,bo mając mało kasy rozpoczęliśmy budowę.Desperaci,bo dom jest duży.Wg mnie za duży,ale dziś uznaję to za leczenie kompleksów rodzinnych rodziny mego Chłopa.
Po drodze Chłop stracił pracę w zakładzie tkackim. Moda na dywany przemijała powoli i pracował,ale umowa o pracę była rozwiązana a on o tym nic nie wiedział.Pracował na telefon czyli na zawołanie pracodawcy.A że praca była płatna jak była to całkowicie zrezygnował.Szybko znalazł pracę w stolarni.Co prawda na czarno,ale kogo to interesowało czy na czarno czy na biało...Budowa domu rozpoczęta,stare auto się psuje i na świecie przypadkowo pojawił się Młody.Stolarz płacił dobrze,ale praca była zazwyczaj na wyjazdach i to dość odległych.Wszystkie prace ciężko było pogodzić.Gdzieś w trakcie zakończyliśmy budowę domu.Gdzieś w trakcie kupiliśmy nowego fiata 126p. Chłop zaczął pracować na szkółce leśnej.W mojej firmie też było nietęgo,bo byłam na urlopie przestojowym.O ile była praca na szkólce pakowałam się do auta i jechałam dorobić do przestojowego.Następnie Chłop podjął pracę jako operator wózka widłowego w pobliskiej firmie.Pracował tam sezonowo z racji specjalizacji zakładu-produkcja kostki brukowej-czyli zimą brak pracy.Pracował tam 2 sezony.Często przynosił kanapki do domu,bo nie miał ich kiedy zjeść...Potem wyjechał do pracy do Belgii.Luty,marzec i kwiecień z tego czasu wspominam jako swój roboczy koszmar.Dom, dzieci, praca (z własnego wyboru co drugi tydzień pracowałam na 3 zmianę);obsługa małego gospodarstwa rolnego wraz pomocną,ale często niezadowoloną teściową itd..itp...Ze stresu dostałam łupieżu,który przeraził moją fryzjerkę.Miałam kask na głowie z tym,że z tego kasku wyrastały włosy...Chłop wrócił zza granicy zestresowany ,ale żywy...Znajomy,który załatwił pracę chciał wystawić Chłopa do wiatru.Nie będę rozdrabniać się o szczegóły... Za zarobione przez Chłopa i przez mnie pieniądze założyliśmy w nowym domu wodę,C.O. i wymieniliśmy w znacznej części stare płoty na nowe.Potem Chłop dorabiał w mojej firmie na tzw. umowę o dzieło.Rozładowywał samochody z warzywami,zakręcał beczki z przecierami.Jego dniówka była 2 lub 3 razy większa od mojej.
Następnie był ZUL.Skrót oznacza zakład usług leśnych.Początkowo była to praca na tzw"słowo".ZUlowiec zlecał Chłopu zwiezienie drzewa z konkretnej powierzchni.Pieniądze były, owszem.Ale zużycie maszyn,ubrań i zdrowia niekoniecznie rekompensowało ciężką pracę. Wtedy to grupa znajomych chcąca zarobić i skorzystać na interesie wpadła na genialny pomysł.Chłop i pewien nasz dobry znajomy mieli wspomóc finansowo innego znajomego,by ten podjął się bycia ZULowcem(poprzednik się zrzekł).Wspólny wkład do interesu wyniósł około 1/2 mojego rocznego dochodu z mojej firmy.Było to wadium i inne koszty związane z założeniem firmy.Jak się okazało później była to bomba szerokiego rażenia.Ale zanim "okrzyknięty szef" ZULowiec okazał się zwykłym cwaniakiem nadużywającym alkoholu Chłop najeździł się do lasu.Często pomagałam mu w tej ciężkiej pracy.Jako nowa leśna firma sprostaliśmy sporemu wyzwaniu.Zalesiliśmy powierzchnię ok 12 ha w wyznaczonym przez nadleśnictwo terminie. Pracowało przy tym ok 40 osób pod nadzorem leśników i naszym.Trzeba było dowieźć ludzi,sprzęt,sadzonki.Ludzie byli różni.Jedni pracowali bo przyszli do pracy,a inni pracowali bo przyszli zarobić.Niektórzy ludzie niszczyli sprzęt,by mieć przestój ( kilka szpadli przez jeden dzień to tylko jednostki potrafią zużyć ).Inni dwoili się i troili,by mieć pracę jak "w przyszłości trafi się znów".Tym sposobem do dziś mam zapas szpadli i tym samym na kilka żyć mi ich wystarczy i tym samym wiem jak ludzie szanują pracę...
I mimo,że rynek pracy u nas jest bardzo mikry odetchnęłam z ulgą jak ta praca nagle się "urwała".Rozumiem,że są wydatki,bo trzeba w dzisiejszych czasach posiadać środki płatnicze,ale są pewne granice.Nie chce mi się już przechwalać doświadczeniami w "pracach".Ktoś sobie pomyśli,że można to rzucić i poszukać coś lepszego...Można...Nawet kiedyś miałam zamiar zwolnić się .Firma wymuszała drastycznym cięciem płac-albo się godzisz,albo pracujesz za znacznie mniej.I gdyby nie Chłop,który "urobił" mnie zapewne nie byłabym mrożonkową z 22-letnim stażem.
Może bym wyjechała...Ale nie miałabym chyba sumienia by zostawić małe dzieci i bardzo opornie idzie mi nauka języków(dla wiadomości - uczę się chętnie i szybko,ale aby nie języków).
Może bym podszlifowała swoje wykształcenie...Ale z drugiej strony za co jakbym nie miała pracy...?
Także cieszę się że mam pracę.Jestem pomiędzy ludźmi i zarabiam mniej więcej tyle co wynosi najniższa krajowa brutto(na rękę mam +/- odpowiednik tego ). Pewnie,że nie skaczę z radości.Pracuję w systemie 3-zmianowym,w hałasie i w temperaturze ok 4 stopni przy mrożonych warzywach,a dokładnie przy obsłudze automatów pakujących. W pewnym dyskoncie owadzim można kupić produkty mojej firmy.
Chłop zajmuje się gospodarstwem rolnym.
Właśnie mnie ponagla,że trzeba spać,bo rano jutro do pracy.
A ja pogubiłam się w swoim toku myślenia i nie wiem co jeszcze chciałam dodać...
AAAAA
Zapewne to,że chciałam poskładać swe myśli po przeczytaniu postu u Róży Wigeland.
Niekoniecznie to udało się...
Wiem,że wszyscy walczymy o przetrwanie czyli o godne życie.
Czy czasami w walce o godne życie nie zatracamy swej godności...?
Jasia, z jednej strony wiele w tym goryczy, z drugiej jednak Twoj post budzi szacunek. Nie dajece sie przeciwnosciom, oboje pracujecie ciezko, ale sa z tego wymierne korzysci, jestescie na swoim, wybudowaliscie dom. Nie siedzicie z rekami pod tylkiem i nie narzekacie na brak srodkow, popijajac z frustracji wino marki wino. Inna rzecz, ze gdyby nie to "swoje", ktore przykuwa Was do miejsca, mielibyscie szanse wyjechac i rozpoczac gdzies bardziej godne zycie. Kazda sytuacja ma swoje dobre i zle strony.
OdpowiedzUsuńW Polsce przyjete jest lekcewazenie "gorszej" pracy, wszyscy chca byc dyrektorami w bialych mankietach i nie szanuje sie fizycznych, a przeciez to oni wlasnie sa opoka calej gospodarki. Bez rolnictwa nie byloby zarcia, ale rolnik nie wyjezdza na wczasy czy do sanatorium na podreperowanie zdrowia, nie ma swiat i niedzieli, bo zywina nie poczeka.
Nie ma sie czego wstydzic, trzeba byc dumnym, ze daje sie rade ciagnac to nielatwe zycie, a nie wyciaga reke po zasilki i przepija je codzien.
Chapeaus bas! ♥
Jak to się różnie w życiu układa. Jedni mają wszystko podane na tacy, a inni muszą pazurami na powierzchni się utrzymywać.
OdpowiedzUsuńMam wielki szacunek do takich osób, jak Ty, Jasiu :) Możecie być z Chłopem Twym dumni z siebie, a ci, którzy pozwalają sobie na docinki mogą się kiedyś zdziwić.
Panterka zresztą dość obszernie się wypowiedziała, ja napisałabym podobnie :))
Moja odpowiedź na Twój post jest tutaj - http://dojrzalejestpyszne.blogspot.co.uk/2014/07/pogarda.html
OdpowiedzUsuńZgadzam się z komentarzem PANTERY.
OdpowiedzUsuńZnam i przerabiałam kolejność akapitów. Może nie we wszystkich podpunktach, ale wiele znam.
Post bardzo szczery i prawdziwy. Podziwiam i szanuję. Ze względu na dzieci, popieram omijanie emigracji zarobkowej. Ciężki to chleb. Cała rodzina jest w trudnej sytuacji. Na to będzie czas gdy dzieci wyrosną. Trzymam kciuki, z całego serca życzę powodzenia i pomysłów, które pozwolą rozwiązać trudne sytuacje.
Pozdrawiam Ala. :)
Podziwiam, cóż ja od najmłodszych lat, choć mieszkałam w mieście, w wakacje rwałam maliny, kolce orały skórę a równolatkowie gonili kąpać sie do Wisły i wiesz co marzyłam o własnym gospodarstwie, aby być sobie samej sterem. Wyszło inaczej, nie brnęłam w błocie ani nie wstawałam o świcie i nie wiem jak odnalazłabym się w takim życiu. Ale ta duma, że ma się coś na własność i dzięki własnej pracy, patetyczne, bo dzieci chcą języków, szkół, dojazdów a pamiętam z dawnych lat jak zastanawialiśmy się , czy będzie PKS i czy zabierze..Nie wiem, co zależy tylko od nas, ale wiem, że start jest ważny..ja zawsze miałam pretensje do ojca, że zmarł gdy miałam 9 lat i wtedy świat się zmienił...Musimy odnaleźć się w takiej sytuacji w jakiej jesteśmy i tu szukać szczęścia i pasji a drugie połówki czasem są fajne a czasem krnąbrne...Szkoda, że nie żyjemy choć dwa razy...a może jest inaczej..
OdpowiedzUsuńJasiu, jestesm pelna podziwu dla Ciebie i Twojego meza i nie sa to czcze slowa - wielki uklon w Wasza strone.
OdpowiedzUsuńZadna praca nie hanbi, a Wy lapaliscie sie wszystkiego aby przetrwac. Nie rozumiem docinek znajomych, mam nadzieje, ze odpowiednio odpowiedzialas.
Nie masz powodu do wstydu, a wrecz przeciwnie, jestes dzielna wojowniczka ktora walczy o byt swojej rodziny.
Usciski przesylam:)
Kompletnie nie rozumiem takich docinków... ja tam lubie wieś od małego jezdziłam pomagac cioci były siana, zbieranie ziemniaków itp najlepsze było jeżdzenie na kopie siana wozem ahhhh do dzis to pamietam ten strach a moze było to 20 lat temu :) Jednak najfajniejsze było dojenie krów i ten zapach powaga - jako jedyna " pani z miasta" piłam cieple mleko od krowy kurde ale fajnie wspominac takie beztroskie dzieciństwo....Pozdrawiam i dzieki za te miłe wspomnienia o wsi
OdpowiedzUsuń