sobota, 17 lutego 2018

Cóż to się stało...?

Sama nie wierzę w to co się stało kilka dni temu...Nie wierzę, ale to jest fakt niezaprzeczalny! Otóż kilka dni temu (chyba ze 3...) założyłam konto na portalu społecznościowym. Tak! Jestem użytkownikiem FB, fejskuka, srajbuka, fejsa,fejsunia,fejsboga.


I jak to mawiają: z braku rozrywki wódka i dziwki.
A u mnie z braku roboty w głowie głupoty ;).
A wszystkiemu jest winne L4, mój Chłop i moje przemyślenia. A kilka dni wylegiwania się w łóżku zrobiło swoje.



Chłop marudził:
-Nie czytaj tych książek tylko śpij lub odpoczywaj.
-Zostaw tego laptopa, bo szkoda mi twoich oczu.
-Zrób sobie herbatę zamiast czytać czy oglądać "cośtam" w laptopie.

Te gdakanie Chłopa to było jak mantra. Gdy wchodził do domu to prawa ręka z lewą robiły zakład co będzie powiedziane ;). A jak nic nie mówił to spojrzenie było bardzo wymowne ;).


Gdy tak siedzisz w domu i boli ci głowa i mimo to starasz się myśleć to coś wymyślisz. Więc wymyśliłam, że jak będę mieć FB to ten fakt ułatwi mi kontakt z wieloma osobami. Bo z GaduGadu czy Skype już chyba nie korzysta się...?
No i założyłam se fejsa ;D.
Więc żyję!!!! (Bo rzekomo kto nie jest na fejsie ten nie żyje).

Moje sposprzeżenia po kilku dniach:
1. Przerażają mnie ludzie, którzy robią łapanki na znajomych. Nie widziałam na oczy, nie słyszałam na uszy, nie czytałam o takich a tu mnie zapraszają do znajomych!!!! Ba! A zazwyczaj to tacy znajomi co łaskawie  "cześć" wybąkają, bo "wyżej sram niż dupę mam i na plebs nie paczam" też mnie zapraszają. O nie! W łapankach to ja uczestniczyć nie będę!

2. Przerażają mnie ludzie, którzy non stop coś wrzucają na Fb. Czy u nich czas jest z gumy?????

3. Przerażają mnie głupoty które wrzucają.

4. Przeraża mnie fakt, że piszą wszystko o sobie ze szczegółami!




Poza tym facebook jest wszystkowiedzący. Tzn. chce być.
Zapytuje:
-jakie masz hobby,
-jakie jest twoje życiowe motto,
-co sprawia, że jesteś szczęśliwy,
-co chciałbyś zwiedzić,
-gdzie mieszkasz, dane kontaktowe i podstawowe informacje, rodzina i związki, wydarzenia z życia.
Rzekomo może to być publiczne lub nie.
Rzekomo znajomych "podsuwa" wg wieku, miejsca zamieszkania, preferencji zawodowych, firmy w której pracujesz, adresu email na który np zalogujesz się.
Itd..itp...
Znalazłam ciekawy artykuł, który polecam do przeczytania Ile Facebook wie o tobie(KLIK)

I co? Nie przeraża?
Mnie trochę tak...
W sumie życie przeraża...
...ale przecież żyję!


I ten straszny FB nie jest straszny, ale trzeba do tego z dystansem. Możliwie najmniej danych o sobie.
Jeśli ktoś mnie zna to wie o mnie conieco. Po co obnosić się z tym przed całym światem.
A FB ma bardzo dobre komunikatory w które wbudowany jest czat video i rozmowy głosowe.
I to było mi potrzebne w jednym miejscu!


Niedawno Młody mi napisał, że komuś powiedział, że jego matka, która broniła się zaciekle to teraz siedzi na fejsie. Moja odpowiedź:
-Synku! Siedzę na krześle!
Swoją drogą to powinien o tym napisać na srejsie...Wtedy to by była jazda! Wszyscy by wiedzieli!!!!



piątek, 16 lutego 2018

Dzień legata...

Dzień legata, a jutro jego brata.
To powiedzenie mojej babci, które (nie wiem czemu) utrwaliło się w mej pamięci. Bo legat to  wg słowników poseł,wysłannik lub przedstawiciel. A babci chodziło konkretnie o lenia. Więc przyjmijmy, że legat to przedstawiciel nicnierobienia ;).


   W ostatnią sobotę siedząc przy kuchennym stole z młodym kuzynostwem ze Śląska sączyliśmy południową kawę. I tak sobie rozmawialiśmy o ich pobycie u nas, o ciągle napiętym czasie, o zmęczeniu z powodu ciągłego pośpiechu, z powodu przeziębienia czy te grypy itp. I wspólnie ustaliliśmy ów dzień legata na niedzielę. Oczywiście obgadaliśmy temat regionalizmów białostockich (klik).
W niedzielę młodzi powiadomili nas, że cały dzień przebimbali. No cóż...mogliśmy pochwalić się tym samym.

Jako,że brak snu odczuwaliśmy oboje z Chłopem to po porannych obowiązkach na podwórku i w oborze; po rozpaleniu pieca C.O. czmychnęliśmy do sypialni. Niech komuś do głowy nie przychodzi, że my mieliśmy w głowie jakieś igraszki!!! O NIE!!! Spaliśmy jak zabici tak, że nawet moszczący się w nogach pies nam nie przeszkadzał. Przeszkodził tylko telefon, który Chłop w zapomnieniu zostawił w kieszeni. Szybko przepędziłam z sypialni Chłopa, bo ten rozmawia wrzeszcząc niemożebnie. Sen przerwał mi sen lub wrażenie, że ktoś nade mną stoi...

-Jak mamuśka...? Pospałaś?-zapytał Młody. Miał jeszcze na sobie oznaki niewyspania, ale On tak ma zawsze.
-Która godzina...?
-Zaraz dwunasta mamuśka.

No nieźle myślę sobie...

W kuchni zastałam Dziewczynę Młodego i jej koleżankę obierające ziemniaki. Rozśmieszyło mnie to, bo gościnnie nie wszyscy obierają ziemniaki ;)). W sumie Młody i jego Dziewczyna zadeklarowali się dzień wcześniej, że przygotują obiad.
Sączyłam kawę i rozmawiałam z kolegami Młodego, których to wizyta pokryła się w czasie z wizytą kuzynostawa ze Śląska. A Młody wraz Dziewczyną uwijali się przy produkcji "zawijków" czyli schabu z papryką, ogórkiem konserwowym i serem żółtym. Mój wkład w obiad to było przygotowanie dwóch rodzai kompotu i pozmywanie po obiedzie. Młodzież rozjechała się po obiedzie, a Chłop po prostu wypędził mnie z domu.
-Dość legatowania! To dla twego dobra jak poruszasz się.



Nie powiem, że mnie to jakoś specjalnie uszczęśliwiło, ale siana  nazrzucałam na dwa dni karmienia i pospacerowałam z psem. Jakieś ptasiory ściergoliły wiosennie i przelatywały z drzewa na drzewo. Jakby mi chciały zrobić na złość...A ja chciałam jak najszybciej z kawą i książką umościć się wygodnie w swoim łóżku. Oczywiście wsparta kilkoma poduszeczkami jakbym za chwilę miała się wywrócić. I cały czas jak jakaś mantra powracało mi te legatowanie na myśl. Jakbym miała wyrzuty sumienia...


Poniedziałek postanowiłam zacząć energicznie. Od rana uwijałam się pomiędzy kuchnią, łazienką i kuchnią piwniczną. W tzw międzyczasie biegając na podwórko i w miejsce ważnych wydarzeń (koparka kubot-klik).
Pozmywałam w dwóch kuchniach wszytko co było możliwe, ugotowałam pyszną zupę jarzynowo-grzybową, zrobiłam twaróg, zamroziłam wędliny, których całe mnóstwo naprodukowaliśmy kilka dni temu. W piwnicznej kuchni ugotowałam ziemniaki dla kur i gar jedzenia dla kotowatych. Nastawiłam 2 prania i poskładałam zaległe. Na koniec ugotowałam kisiel, by po powrocie z pracy nie jeść (tzn nie żreć...). Tuż przed wyjściem do pracy dopadł mnie ból głowy.
-To chyba od tego legatowania...-pomyśla zgryźliwie sama o sobie.
W trakcie pracy do kolekcji pojawił się ból gardła, migdała i ucha. Dało o sobie znać przechodzone do pracy przeziębienie...
I we wtorek werdykt lekarza przedłużył moje legatowanie. L4...
Gdy oznajmiłam w domu to usłyszałam momrotanie teściowej, że "znów legat będzie spał"...
Chłop odrzekł, że "w końcu dobrze odpoczniesz i porządnie wykurujesz się".
Nawet wtedy, przy złym samopoczuciu chciałam na wiele decybeli puścić piosenkę z Akademii Pana Kleksa "Na tapczanie siedzi leń". Ale uznałam to za niewłaściwe, bo moja teściowa z tych co szydery i ironii nie rozumie.


Także był dzień legata, potem jego brata, potem jego bratowej itd. itp.
Chłop mnie pilnował, bym jak najwięcej spała. Coraz to zaglądał do sypialni i zabierał mi z rąk czytaną książkę. Nieraz musiałam go przywoływać do porządku, że nie mogę ciągle spać!!!!
Spałam, czytałam, surfowałam po internecie, jadłam, piłam herbatki, robiłam inhalacje.Kontaktowałam się z koleżankami z pracy i innymi znajomymi. Nie wiem jak teściowej serce z żalu nie pękło czy wątroba nie zgniła. Bo przecież kobieta na wsi nie może leżeć, czytać czy inne byle-jakie rzeczy robić!!!!
Byle-jakie znaczy nieproduktywne- tłumacząc z języka wioskowego na język normalny ;).
W sumie w tym czasie mogłam rozliczyć podatek i takie tam inne domowe zajęcia. Ale co wyleżałam się i wyspałam TO MOJE! I mam nadzieję, że grypa czy przeziębienie (jak zwał tak zwał, ale upierdliwe!!!) nie powróci.



W sumie to babcia miała rację mówiąc, że "dziś dzień legata, a jutro jego brata". Bo legat jednodniowy to nie legat.




wtorek, 5 grudnia 2017

Pierwsza rocznica.

Od kilku dni koleżanka z którą pracuję powtarza ciągle jedno zdanie:
-5 grudnia jest rocznica... :)
Gdy usłyszałam to pierwszy raz nie miałam pojęcia o co jej chodzi.
Bo kto by pomyślał, że to taka ważna rocznica!
Pierwsza rocznica ślubu z wózkiem widłowym! ;)
Jeśli komuś się wydaje, że to takie wspaniałe, łatwe itp. to proponuję zatrudnić się w mojej firmie na moim stanowisku. Do opanowania jest wózek widłowy wyposażony w tablet z systemem MFG. Zdarza się, że z powodu braku obsady wózkowy obsługuje dodatkowy komputer (stacjonarny) z drukarką (wprowadza i drukuje stany magazynowe).
W takich momentach ironicznie mówię, że wskazane jest zacewnikować się przed pójściem do pracy.
Dziś o 22 zacznę pracę na 3 zmianę. Tak samo jak rok temu, z tymże moja wiedza i umiejętności są nieporównywalnie inne. Teraz ja jestem "nauczycielem" lub/i "koordynatorem".
Dużo można by opowiadać na temat tej pracy.Słodko nie jest i kokosów nie mam jeśli chodzi o zarobki. Ale praca podoba mi się i wiem, że wykonuję ją dobrze.




Podobne warunki jazdy będą dziś bowiem z nieba leci białe gówno z deszczem.

A świętować będę na słodko. Zakupiłam torbę cukierków, by poczęstować nimi współpracowników. Mam nadzieję, że uda się spokojnie wypić kawę i osłodzić sobie tę rocznicę ;)

Tu było o początkach (klik).


poniedziałek, 1 maja 2017

Źle ze mną.

A nawet bardzo źle!
W sobotę spadłam ze schodów.
Nagromadziłam sobie pracy w kuchni. Wszystko dlatego, że w piątek po powrocie z pracy miałam lenia. W sobotę gotowałam galaretę, robiłam chleb i ciasto drożdżowe. Pieczenie w piecu kaflowym opalanym drzewem. Przygotowałam mięso na niedzielny obiad, sałatki na lekką kolację, odkurzałam i myłam podłogi. Po zakończeniu wymienionych prac obiecałam Chłopu pomoc przy załadowaniu obornika. Ale przed tym sprawdziłam czy galareta jest zimna i czy przypadkiem już nie zastyga. Garnek był wystawiony na schody przed domem. Podniosłam pokrywkę i uznałam, że to co w garnku jest jeszcze dość ciepłe. Nakryłam pokrywkę i odwróciłam się i ... runęłam. Wylądowałam na swej przepięknej terakocie. Nogi na schodach (czyli w górze), a ręce na terakocie werandy i dupa jakoś-takoś w górze. Zaklęłam tak siarczyście, że nie wiem jak balkon nie urwał się i nie spadł na moją nieszczęsną głowę ... ale szybciej wstałam niż upadłam i prawie normalnie poszłam w kierunku obory. Po drodze czułam ból piszczeli obu kończyn i zrobiłam wstępne oględziny. Na jednej nodze odbiły się 3 ranty schodów z terakoty; a na drugiej dwa. Jedno niewielkie otarcie i opuchnięte kolano i lekki ból dłoni (oparłam się padając). Chłop zripostował, że karoseria cała, więc nie jest źle. Córka (studentka medycyny 4 roku) nakazała robić okłady z lodu.
-Taaaa....chyba ze śmietankowego bambino w czekoladzie...
-Z lodu mamo, a nie z lodów!!!!!
-Skąd ci lodu wezmę? Zima już minęła, a w zamrażarce nie ma. Ważniejsze jest to, że  nie mogę nijak zrozumieć jak w taki bezsensowny sposób upadłam???? Rozmyślania i dywagacje na ten temat zaprzątnęły mi głowę.
Zastanawiam się nad tym do tych pór...


Jak można stojąc na drugim stopniu (chyba...) odwrócić się i przewrócić się...?
NO JAK???


Przeze mnie jedna z naszych krów została niewydojona w niedzielę wieczorem.
Jak to się stało, że orzekłam Chłopu, że już wszystkie wydojone to naprawdę nie wiem!
 Albo mi upadek zaszkodził, albo odór obornika, albo nie wiem co...
Tzn. domyślam się...


Przeze mnie woda w bojlerze była niezbyt ciepła dziś rano.
Chłop wysłał mnie, by zamknąć podwiew i szyber w piecu c.o. i przestawić sterownik pompki c.o.
Podwiew zamknęłam, sterownik przestawiłam, a szyber został otwarty...i ciepło poszło sobie...
W sumie mogę złożyć winę na Chłopa, że mnie wysłał zamiast sam iść; ale już nie miałam argumentów na swoją obronę.

Po prostu źle ze mną...

Chyba spełnia się teoria mego Chłopa, który kilka lat temu wysnuł taką opowieść:
" Jadę ja przez sąsiednią wieś i widzę, że jakaś zgarbiona staruszka chodzi. Przyglądam się uważniej i patrzę, patrzę... a to starość mojej Jaśki! Kurcze! Jak ona już blisko jest!"

Wtedy było mi do śmiechu.
Teraz ...?


Poniższe zdjęcia też dowodzą prawdziwości moich powyższych wywodów.

Niedziela godz 19.55

Poniedziałek godz. 20.15
 W niedzielę nie miałam ładowarki i na ostatniej energii baterii zrobiłam zdjęcie.
Dziś miałam wyjętą baterię (była w ładowarce), wyjętą kartę pamięci (była w laptopie). Zanim zabiegłam z podwórka, złożyłam aparat i znów zabiegłam na podwórko spektakl na niebie mijał.
Chłop z daleka skandował, bym szybciej biegła, a ja po prostu nie mogłam, bo z pośpiechu mogły mi się cycki urwać! Na szczęście mam jeszcze pomiędzy cyckami wisiorek, a nie pępek ;)) !!!

Trzeba iść zamknąć drzwi na klucz, by cichcem starucha nie wlazła. Może ominie mój dom i pójdzie dalej...?
;))

sobota, 1 kwietnia 2017

Przesilenie...?



Piękny słoneczny wiosenny dzień. Pierwsze dźwięki poranku to radosne świergolenie ptaków, szum bocianich skrzydeł i skomlenie psa, który domaga się wyjścia za potrzebą fizjologiczną.
Wokół wszystko zaczyna się budzić do życia czyli zielenić. Opady sprzed kilku dni i poranna rosa sprzyjają temu, by zieleń coraz bardziej stawała się zielona.
Termometr za oknem pokazuje 20+, pies nie chce wracać do domu, koty chętnie wylegują się w nasłonecznionych miejscach coraz to przeganiane przez czarnego, podpalanego mieszańca "terieropodobnego". Wszystko się ożywia. Tylko nie ja...



Około godziny ósmej padam na swoje łóżko. Najchętniej zagrzebałabym się pod kołdrę i spała!
Ale tylko padłam...
Leżałam z zarzuconymi za głowę rękoma i nogami zwisającymi z łóżka. I nasłuchiwałam czy coś mnie boli czy to tylko "niedowład człowieka"...
Jakby ktoś mnie w tym momencie zobaczył zapewne pomyślałby, że odwaliłam jakąś ciężką pracę fizyczną. A ja tylko "wzięłam udział" w obrządkach i przespacerowałam się z psem.













Patrzę na swego psa i myślę, że chciałabym mieć tyle energii co on...
Jeszcze 8 godzin pracy  mnie czeka...
...a ja wolałabym ten czas spędzić śpiąc, śpiąc, śpiąc...
Sen wiosenny...?
Czy zwykłe przesilenie?
 A może niezwykłe?!!!
Uhhhhhh...ehhhhhh...
:(