czwartek, 14 marca 2013

Jak mogłaś!...Będzie motoryzacyjnie ;)

Bez samochodu nie da się żyć.Przynajmniej u mnie gdzie najbliższa stacja PKP i PKS jest oddalona o 3 km.Zdawałoby się,że niedaleko,że można dojść na busa lub pociąg,ale co z tego jak nie ma żadnego autobusu by dojechać na godzinę 8 (na późniejsze lekcje też nie  ;/ ) do szkoły i do pracy(w systemie 3 zmianowym)
Linie nierentowne i tyle.Ponadto ludzie wolą autem ,bo wygodniej,jedziesz kiedy chcesz lub kiedy potrzebujesz itd...
Do tych co nie wyobrażają sobie życia bez samochodu zaliczam się ja.Już jako nastolatka marzyłam o jak najszybszym posiadaniu prawa jazdy i swego auta(auto miało być nieduże i najlepiej niemieckie o kolorze szary metalik ).Na prawo jazdy dała mi babcia i obiecała pomóc w zakupie fiata 126 p.Czas pokrzyżował  plany.Prawko otrzymałam w 1991 roku jako nieletnia.Skorzystałam z łatwiejszej formy zdania egzaminu(bo każdy wtedy zdawał ).Samochód miał mój "kawaler"/czyli obecny Chłop.Nie było to nic wystrzałowego tylko fiat 126 p z silnikiem o poj 600(czyli 594 cm3) i z licencji włoskiej.Auto było z rocznika 1975 i żartowaliśmy,że dobrze ,bo jesteśmy w podobnym wieku(ja i auto ).Auto wytrzymało moje pierwsze nieporadne próby w jeżdżeniu,gdy w deszcz wyjechałam odebrać teściową z PKS.Teściowa nie przyjechała,a ja nie mogąc jej wypatrzeć w tłumie(3 busy wtedy zajeżdżały na PKS przez 10 minut) pomyślałam,że poszła skrótami.Nie myśląc wiele pojechałam  w kierunku mniemanej trasy i jadąc wypatrywałam czy nie idzie wzdłuż torów.I te tory i moje rozglądanie się wraz niedoświadczeniem były przyczyną mojej przygody i strachu.Przejechałam przez 2 tory kolejowe(mam dreszcze jak to sobie przypominam).Szczęściem była to bocznica kolejowa.Wjechałam wpierw na 1 tor podskakując do góry na fotelu.Auto zgasło, a ja wyskoczyłam z niego jak z procy.Obejrzałam sytuację(zauważyłam,że dróżnik mi się przygląda) i postanowiłam cofnąć.Skutek był taki,że albo umiejętności do kitu,albo tor za wysoki.Postanowiłam jechać do przodu.3 sztuki szyn przeskoczyłam z sercem w gardle i głową tuż przy dachu malucha siedząc oczywiście za kierownicą i jej używając.Nie wiem co sobie pomyślał ów dróżnik,ale ja miałam stracha,że maluch się lada chwila rozpadnie.Zapomniałam o mającej przyjechać teściowej(nie przyjechała wtedy wcale ) i oglądałam się we wsteczne lusterko czy części nie odpadają i czy nie ma jakiegoś wycieku.Zajechałam do domu i wrzeszczałam do  Chłopa:
-Właź pod samochód i patrz czy wszystko jak trzeba bo po torach jechałam!!!!!!
Chłop wpierw musiał opanować śmiech( co mu się niestety nie udało zbytnio) i stwierdził:
-Jak dojechałaś z torów do domu to wszystko gra.
Ale samochód obejrzał.Uszczerbku nie było żadnego.Potem ciągle potrzebował mojej pomocy,gdy cokolwiek naprawiał.
-"Jak nie będziesz pomagała to nie będzie chciał cię wozić"-żartował.
No i zazwyczaj dotrzymywałam Chłopu towarzystwa podając mu wszelkie potrzebne przy naprawie klucze.Po maluchu z licencji mieliśmy ich jeszcze sztuk 2.Jeden do dziś stoi za stodołą i czeka na złomowanie(z czasów gdy można było wyrejestrować).Rocznik 1987.Powoził nas lat 5.Poszedł w rozsypkę po moim najeździe na wysoki krawężnik,bo zawieszenie po tym zdarzeniu było stanu miernego.Zapadła decyzja,że musimy kupić drugie auto.Nowe.Był to fiat 126p elx town z kat.I o ten samochód często się sprzeczamy :P.Pojechaliśmy po niego autobusem i oboje po pracy po nocnej zmianie. Było to 13.08.1999.Umówione było,że samochód ma być moją własnością(to miało być zabezpieczenie na wypadek rozwodu ;>).Chłop z tego się zaśmiewał,ale co tam! Miał być mój i już!
-Dobra,dobra-będziesz miała samochód...-udobruchiwał mnie.
I z powodu,że byłam właścicielem auta to nakazał mi jeździć na przeglądy techniczne.Jeździłam,bo w nowym aucie był dopiero po 3 latach a potem za kolejne 2.Jestem gadułą i na 2 przeglądzie zgadałam się z Panem diagnostą,że "małe toto i zimą wpieprza benzynę jak wielkie auto"
Pan zasugerował ,że niekoniecznie duże auto wpieprza benzynę.Postawiłam pytanie:-jakie duże,wygodne i ekonomiczne auto by Pan polecił?
-Passata combi z silnikiem 1,9 TDI  model auta B4(czyli lata prod 1993-97).Samochody mają zawieszenie jednowahaczowe stalowe co jest bardzo korzystne w porównaniu z nowszymi modelami (np B5) gdzie jest zawieszenie wielowahaczowe aluminiowe (chodzi o przód auta)
Wg opinii diagnosty najlepsze modele są z 1996.
Zajechałam do domu zaaferowana wiadomościami.Chłop się zgrywał,że jutro jedziemy po drugi samochód...;>.Było to w 2004 roku,a w 2007 kupiliśmy wspomnianego passata stając się posiadaczami malucha i passata.Oba zielone :)
Passat tak mi przypadł do gustu ,że czułam się w nim jakby po urodzeniu  od razu wsadzili mnie za jego kierownicę :)).Znajomi się dziwili:jak parkujesz takim dużym,jak zawracasz się itd.Śmiałam się w duszy z tych pytań bo dużym łatwiej niż małym ;)Ponadto wygodny,pakowny,mało zużywa ON.
Wracając do malucha ;). Nie wiem jak to się stało,ale od chwili kupna nowego malucha(czyli mego auta) na przeglądy i do mechaników jeździłam i jeżdżę ja.No...Chłop ogranicza się do drobnych napraw ;)
Maluch kupiony 13 miał swoje fanaberie i to nieraz przyprawiało Chłopa do szału.
-Nigdy więcej fiata!!!-wykrzykiwał wkurzony Chłop,gdy mu anonsowałam,że odpalił mi chyba za 15 razem.
-Nie ma iskry na świecy i dlatego nie odpala-mamrotał Chłop.-Ale potem nie wiadomo skąd kręci jak szalony.
Maluch miał swoje...Miał miejsca(były to stałe miejsca) gdzie jechał i nagle gasł.Po ponownym przekręceniu stacyjki odpalał jakby nigdy nic.Ponadto miałam wrażenie,że "kopie".
-Oddaj mu-śmiał się Chłop-jak to jest,że twój samochód się kopie?Chyba byłaś niedobra dla niego -dokuczał mi.
W końcu przestał się ze mnie zgrywać,bo w czasie jazdy auto zapaliło się.Tylko szybka i trzeźwa reakcja uchroniła od katastrofy i skończyło się na stopionej instalacji elektrycznej.Samochodem dało się jechać,ale działały awaryjne zamiast kierunkowskazów i nie dawało się zgasić silnika(wrzucaliśmy 4 bieg w tym celu).Kilku mechaników odmówiło naprawy instalacji.Ten co się podjął znalazł przyczynę naszego pecha(maluch kupowany był 13 ,a w pecha do dziś nie wierzę ).Kabelek  idący do światła cofania  ocierał o tylną oś.To powodowało zwarcie i samochód dostawał w/w fanaberii. I ile to osób się głowiło dlaczego palą się bezpieczniki od wycieraczek i światła cofania(podpięte to jest pod jeden bezpiecznik).Nie wspomnę tu o swej złości ,gdy musiałam jechać do stolicy województwa 110 km w deszcz i coraz zmieniać bezpiecznik,by wycieraczki działały(a w końcu przy otwartym oknie sama sobie przecierać gumą do ściągania wody-dobrze że to małe auto ;/ ).
Po wymianie instalacji maluch był już normalny.Normalny,ale ostro zużyty jak stwierdził mechanik.No cóż...Pomógł nam pobudować i wykończyć nowy dom.Woził  dzieci do szkoły,mleko do punktu skupu,mnie do pracy i na zakupy.W trakcie gdy Chłop pracował w ZUL(Zakład Usług Leśnych) dowoził ludzi do lasu,piły i inne leśne narzędzia.Często ponad swoje siły...
Jechało nim 15 metrów terakoty i 2 baby(czyli ja i teściowa).Ledwo pod wzgórek jechał,a teściowa chciała wysiąść :D
-Jak się zatrzymam to nie wiem jak ruszę- i piłowałam go na 2,a potem 1 biegu.
Woził cement,kleje,2 metrowy rury PCV,a nawet cielaka(szkoda nam było by marzł jadąc na przyczepie z traktorem ).
W 2010 roku  na przeglądzie zapadł werdykt:
-Badania techniczne podbijam ostatni raz.Chyba,że naprawicie(i tu była lista....),ale nie wiem czy się to wam opłaca.
Dyskutowaliśmy z Chłopem w domu.
-Trzeba rozglądać się za drugim samochodem.
Przejeździliśmy jeszcze sporo czasu,ale był problem bo bez badań technicznych to wiadomo.
W 2011 tak strasznie odczuliśmy brak sprawnego auta,że postanowiliśmy odwiedzić giełdę w Słomczynie.Choć z góry było wiadomo,że jedziemy tylko dla zorientowania się,bo kto dziś kupuje auto na giełdzie.Szukaliśmy fiata seicento lub volkswagena golfa 3. Dwa dni później pojechałam z Młodym do Warszawy obejrzeć golfa 3 w wersji Bon Jovi i ewentualnie kupić.Kupiliśmy,przyjechaliśmy.Młody oznajmił,że to będzie w przyszłości jego auto.
-Takie stare auto będziesz chciał?-żartowałam .
-Ale w dobrym stanie.I masz dbać o mego golfa,bo nie pozwolę Ci nim jeździć- też żartował Młody.
Samochód został oclony,zarejestrowany;przeszedł przegląd techniczny i wszelkie potrzebne zabiegi u mechanika typu wymiana oleju,filtrów i rozrządu.Na zimę dostał pokrowce,wycieraczki/chodniczki i  nowe opony zimowe.W serwisie wymiany opon wzbudził zainteresowanie oczekujących w kolejce panów.
-Gdzie go kobito wytrzasnęłaś?
-Ale w dobrym stanie jest!Wygląda jakby miał o połowę mniej lat niż ma.

Zostaliśmy więc posiadaczami 3 aut,ale szybko zapadła decyzja,że złomujemy malucha.Zachowała mi się tylko jedna fotka zrobiona tuż przed wyjazdem do Hajnówki na autozłom.Inne fotki zjadła awaria komputera a ta jest dzięki temu,że kiedyś wrzuciłam ją na forum.Maluchem powoził Chłop a ja jako pilot eskapady jechałam z przodu passatem.Gdy załatwiliśmy wszystkie formalności i wsiadaliśmy do auta Chłop zaczął marudzić:
-Biedny maluszek,pójdzie na żyletki...
-Nie marudź!Jedziemy do domu.
-Jak mogłaś mu to zrobić?Jak mogłaś!!!Toż to twój samochód -dalej jęczał Chłop.W ten sposób zresztą zgrywa się do dziś przy okazji wspominania  naszego fiacika. Oto pozostałe wspomnienie.


 Mimo wszystko żal mi było mego środka przemieszczania się,mego maluszka,mego "peżota "126 p(tak go żartobliwie nazywaliśmy,bo kiedyś podobał  mi się peugeot 106 ).Tyle wspomnień dobrych i złych...No i było to moje auto ;)
Po załatwieniu formalności  związanych z wyrejestrowaniem pocieszałam się tym,że przecież i tak mam auto,bo właścicielem golfa jestem ja.
Obecnie golfem jeździ świeżo upieczony młody kierowca.Śmiejemy się,że mamy więcej o jednego potencjalnego kandydata do zapełniania dziury budżetowej,a Młoda protestuje,bo jeździ (rzekomo!) zgodnie z przepisami i u nas nie radarów(na szczęście! )i ponadto jest zima przecież ;).
Młodszy Młody zazdrosny jest o prawo jazdy siostry i narzeka,że za późno urodzony  i że musi się godzić na to,że jest tylko pasażerem.Pociesza się jednak zdanym egzaminem teoretycznym na kat T i A1.Młoda po odebraniu prawa jazdy wykorzystuje każdą okazję,by siąść za kółkiem.Bardzo lubi jeździć i śmiejemy się,że ma to po kimś ;).Jeździła już nawet samodzielnie i najdziwniejsze nikt jakoś szczególnie tego nie przeżył(tzn nie umartwiał się).Chłop przekimał ten czas na kanapie przed Tv,a ja byłam na spacerze(klik).
Młoda wróciła cała,zdrowa i zadowolona.Opowiadała przejechane ok 45 km(nie sprawdzałam licznika ;P )
-A jeszcze latem nie wiedziałam,który to pedał gazu, a który hamulec-żartowała.
Kilkukrotnie jeszcze jeździła do psiapsióły,podwoziła brata do kolegi,była na zakupach.Udało się jej poprowadzić auto krajową 19 na trasie od naszego domu do Białegostoku(bagatela ok 120 km.).Chłop upierał się,by do samego centrum  nie jechała,bo "cośtam,cośtam...";a Młoda się droczyła,że w tym mieście zdawała egzaminy i lepiej sobie poradzi niż ojciec ;)
Było żartów co niemiara i Młoda nawet kilka razy wyprzedziła ;).Z  okazji rodzinnej podróży powstał nawet wierszyk napisany przez kolegę i przysłany smsem ;) ( w odpowiedzi na mój sms: "Trzymaj kciuki!Młoda powozi do B-stoku! ;) "

Chwyta Młoda kierownicę i wyjeżdża na ulicę.
Jedzie,pędzi jak Kubica,mija ludzi na ulicach.
Ojciec już spocony cały i w fotelu jakiś mały.
Szepce cicho i nieśmiało"aby tak dojechać cało;
Żeby gdzieś nie zrobić kuku na najbliższym drogi łuku"
Ale Młoda nie wymięka;koła piszczą,silnik stęka,
No i daje mu po garach,wyprzedzanym mówi NARA
No bo Młoda zuch dziewucha z miną od ucha do ucha.
Nie szarżuje lecz z umiarem,by nie mieć foty z fotoradarem,
Bo to fota nieprzydatna i na fejsa też nie zdatna.
Matka rumieniec ma na swych licach i cała spięta jak dziewica.
Nie bój się matka,miej błysk w swym oku,
A szczęśliwie i wesoło dojedziecie do Białegostoku.

...i powiem,że wierszyk w pełni oddaje powagę sytuacji ;)
Młody siedział jako pasażer obok kierowcy,ja za kierowcą,a Chłop obok mnie.Chłop ciągle instruował Młodą co w końcu zaczęło ją drażnić.Mimo tego zachowała zimną krew i za parkowała pod Media Markt mówiąć:"A gadałam,że poradzę sobie!".Dalej powoził Chłop.Zaaferowany zapakowanym autem(kupiliśmy karnisze i inne materiały wykończeniowe) zagapił się i źle skręcił.Zrobiliśmy rondo i wyjechaliśmy jak należy.W aucie było ciasno i Młody z Młodą jechali w bardzo dziwnej pozycji :D.Młody siedział z rozszerzonymi  nogami ,a twarzą do niego siedziała w kucki Młoda(potem klęczała ).Na nic były prośby,by  Młody pojechał komunikacją MPK(ma bilet miesięczny z racji pobierania nauk w Bstoku).Jednak postanowili oboje jechać i już ;D.Remontowane ulice przyczyniły się do tego,że musieliśmy trochę kluczyć po mieście,a Chłop denerwował się śmiejącymi się do łez Młodymi.Ja na przednim siedzeniu udawałam opanowanie trzymając bagaże na kolanach i pomiędzy nogami :D.Wreszcie Młody wysiadł przed swoim internatem i uśmiany pozbawił mnie plecaka i torby podróżnej.Wyjechaliśmy z parkingu i Chłop pojechał prosto "pod prąd".Szybko zauważył gafę tłumacząc,że mu się pomyliło z inną częścią tej ulicy(część jest jednokierunkowa, a część standardowa i na tej standardowej właśnie pruł pod prund ;) ).Młoda tylko mrugnęła do mnie,ale widziałam kątem oka jak powstrzymuje wybuch śmiechu.W końcu wypakowaliśmy drugie dziecko i mając więcej luzu pognaliśmy do domu.Chłop się odstresował w trasie,a ja siedziałam cicho i odpisywałam na smsy od Młodej i Młodego :P.Nie ma jak to zgrana rodzina ;)

 Lubię swoje auta i bez nich nie wyobrażam sobie egzystencji.Z niecierpliwością czekam na wiosnę,by zmyć z nich sól drogową i wyczyścić wnętrza.Mam nadzieję,że zarówno kierowcy i pasażerowie mi w tym pomogą.Czy trudnością jest wjechać/wyjechać do naszego garażu?Dla mnie nie!Dla Młodej tak ;)



Tył passata w śniegu,bo z powodu dużych kopców śniegu u koleżanki w bramie musiałam sobie zrobić miejsce spychając śnieg zderzakiem.Co poradzę,że to długie auto ;)Mimo wszystko jest moim i mego Chłopa faworytem.Ale zawsze z zaznaczeniem,że to był mój pomysł na markę i model auta .Młoda lubuje się w jeździe golfem,a Młody w tym co stoi pomiędzy samochodami czyli Hondą Cbr.Golfa też trochę lubię,bo na placu firmowym robi fajniejsze zrywy z półobrotem niż passat. Dobrze,że Chłop o tym nie wie,bo była by reprymenda;).  Mimo moich wyczynów za kierownicą mam stałego pasażera co jeździ ze mną do pracy.Czasem musi słuchać głośnej muzyki(mam w tym cel-zagłuszam monolog "plotkowy" ),a czasem musi przeżyć dreszcz poślizgu kontrolowanego albo podobnego ruszania z dużą ilością obrotów.Dziś wieczorem zapewne jak zwykle wyjadę z garażu(do pracy na trzecią zmianę),a Chłop będzie zamykał drzwi.Jak zwykle użyję klaksonu i pomacham mu na "do zobaczenia rano".
 Jak zwykle będzie wymachiwał rękoma i wołał :"szybko nie jedź" lub"ślisko jest" albo"uważaj łobuzico".Jak zwykle wyjadę na swoją wojewódzką drogę i zrobię próbę przyczepności.Jak zwykle pod firmą zaparkuję na grubość lakieru lub na krawężniku(z powodu małej ilości miejsc do parkowania).
Hmmm...chyba dziś passatem pojadę :)

środa, 13 marca 2013

Tak mi się pomyślało...o serdecznych ludziach...

Kiedyś tak sobie gadałam z moją Młodą...Że świat jest podły,że ludzie są podli.Że wiele nie jest tak jak być powinno.Gadałyśmy o rzeczywistości i o odległej przeszłości analizując co i jak wpływa na naszą psychikę i skąd się biorą ludzkie kompleksy.Młoda szczerze mówiąc chciała "wyśledzić" co mnie tak stresuje,a ja nie umiałam jej powiedzieć ,że i ona też..Weź tu bądź "mondry"...
       ...bo!
...ile to razy myślisz o czymś uporczywie i się tym denerwujesz, a potem wydaje się to śmieszne i małostkowe...
...ileż to razy wyprowadzają  z równowagi naprawdę poważne problemy i trzeba panować nad sobą by  w amoku nie zrobić czegoś głupiego,co potem trzeba będzie żałować...
...ile to razy zbierze się do kupy tyle,że czujesz,że już nie wydołasz więcej...(a jednak wydołasz!)
...i najgorsze,że nikt nie próbuje zrozumieć,że ktoś jest ewenementem i nie myśli stereotypami ogółu.No i przez to wszystko dopada człowieka marazm...albo jakaś "zawiecha" w życiu...
Ileż to razy można się utożsamiać z pewnym punkiem słuchając jak śpiewa...


Lata temu prawie identycznie myślałam!Punk jakby mnie zacytował,z tym,że ja nigdy nie twierdziłam,że nienawidzę świata.
W nawiązaniu do śpiewu punka pewna młoda osoba kiedyś powiedziała podobnie:
"Najlepiej myśleć ,że wszyscy są chujami,a jak spotkasz jakiegoś miłego i serdecznego człowieka to jakże wtedy jest miło i jak się z tego można cieszyć".
Stwierdzam,że jest w tym trochę prawdy,ale nie do końca.Mimo wszystkiego złego co mi się kiedyś przytrafiło wierzyłam,że kiedyś na mej drodze życiowej spotkam normalnych i dobrych ludzi.Przede wszystkim serdecznych i bezinteresownych;chcących pomóc,a nie zaszkodzić.
  Spotykam różnych ludzi w życiu i różne z nimi mam relacje.Są tacy co ze zgorszeniem patrzą jak do 51-letniej koleżanki powiem "Ty stara patelnio" i za godzinę ze zgorszeniem patrzą jak "stara patelnia" pokazuje mi język(oczywiście tylko  z sobie i mnie znanych powodów).Inni z pytajnikiem w głowie myślą czym nie wariatka,bo z córką na koncercie rockowym byłam.  Inni nazywają mnie osłem widząc ,że załatwiam mnóstwo typowych męskich spraw za swego Chłopa.Jedni mnie bawią,jedni drażnią;ale nie chodzi mi o to ,by negować jakie kto ma aspiracje i cele w życiu.Cieszę się jak na mojej drodze są tacy jak ja.Trochę zwariowani,trochę stojący na uboczu i mający inne zdanie niż ogół.Tacy co żyją na swoją modłę i wbrew  narzucanym przez ogół kanonom.Dziękuję tym ludziskom za to!Zwłaszcza Chuliganowi(kumplowi  z pracy) co czasami zapytuje czemu jestem skwaszona i czy w związku z tym sama spałam.Pytanie to  nie zmusza do jednoznacznej odpowiedzi  na :"co ci jest? " i nie stawia pod murem.Można  wykręcić się żartem albo można opowiedzieć jak to się dziś wnerwiłam.Chuligan często daje mi dobre rady na ból głowy i często-gęsto żartujemy z tych rad ,gdy wpadnie do mnie na kawę.Nieraz w pracy zmuszam go,by mnie poczęstował miętowym cukierkiem i pytam czy jego 5-letnia córka(moja chrześnica) jest grzeczna.Zawsze odpowiada mi,że jaka matka taka córka ;)
Koleżance o pseudo Mufka powinnam podziękować za kojąco-podtrzymujące rozmowy i refleksje o życiu i za troskę,gdy patrzy w moje zaczerwienione oczy.Jest 10 lat starsza ode mnie i wychowała czwórkę dzieci.Cóż! Z niejednego pieca chleb jadła i z niejednego ogrodu cebulę.Dziękuję jej za banalne i śmieszne smsy zza granicy.
Serdecznie dziękuję starszej serdecznej pani za długie rozmowy połączone ze łzami wzruszenia.Starsza pani powinna mieć do mnie urazę za to co jej zrobiłam kilkanaście lat temu,a jest 89-letnią staruszką zachwyconą  moim widokiem u drzwi swoich.Bardzo lubię,gdy zwraca się do mnie naprzemniennie w formie "pani", "ty" oraz "dzieciaku kochany".
Dziękuję też moim trzem starym "patelniom" z pracy,że zmotywowały mnie do robienia parowców ze śmietaną,filetowania kurczaka w celu zrobienia pysznej rolady i że nazywają mnie " kruszynką"(stąd mój nick) i że martwią się,że jak "kruszynki" niespodziewanie nie ma w pracy.
 
A teraz  trochę z innej beczki...Trochę bardzo odległych wspomnień i refleksji...
W szkole(chyba) podstawowej  napisałam bardzo ciekawą rozprawkę.Tematem był wiersz Różewicza "Ocalony" i jego interpretacja.Ja zinterpretowałam utwór  jako odzwierciedlenie teraźniejszości.Ukazałam,że  fraza"szukam nauczyciela i mistrza"  jest aktualna w świecie bez wojny.W świecie niby normalnym,ale zakłamanym i pędzącym przed siebie na oślep.W świecie,gdzie bezbronna istota ludzka zastaje pozostawiona samej sobie.Czy to nie są odczucia ludzi z czasu wojny?Urywek tego wiersza będę chyba pamiętać do dni ostatnich...

          "Szukam nauczyciela i mistrza
           niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
           niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
           niech oddzieli światło od ciemności"

Pewnego dnia pomyślałam sobie,że tacy nauczyciele i mistrze się zdarzają.Taki ktoś potrafi wlać balsam na moją duszę.Taki ktoś,kto jest  serdeczny,rozbrajający i umiejący wskazać jak żyć w zgodzie z samym/samą sobą.Można się przed takim kimś upodlić i ukazać ubezwłasnowolnione  myśli swe i mimo to być traktowanym jak człowiek.
Można w trudnych chwilach usłyszeć,że: "mam żyć z całych sił i uśmiechać się do ludzi,bo nie jesteś sam(a)."

Nie wypada dziękować komuś,że ktoś jest  normalny  ,bo to takie jakieś dziwne trochę.Pisząc myślałam o osobach z życia realnego i z życia wirtualnego.Mówcie mi "bym nie spinała dupy" ; że "dzień i tak będzie fajny"; że "mam nie przeżywać problemów innych,a trochę więcej patrzeć siebie" ;że "kto jak nie ty/ja da temu wszystkiemu radę!"
Nie jestem w stanie wyliczyć tych wszystkich usłyszanych i powiedzianych mi powiedzonek,bo wodospad myśli mi nie pozwala.
Niedawno usłyszałam:-"Wszyscy Cię kochają" i się rozryczałam,bo tak reaguję na to słowo.Czy to brak tego czegoś w pierwszej połowie mego życia jest moją reakcją na takie bodźce ?
Mimo tych złych i dobrych wrażeń z życia stwierdzam,że:
              Uparcie i skrycie pcham wózek swój przez życie!
Frazę tą wymyśliłam dawno temu.Ale może opowiem pokrótce?
  Będąc w hurtowni materiałów budowlanych dyskutowaliśmy z Chłopem żywo i oczywiście ja uniosłam się nerwami i zaczęłam wynajdywać problemy.Przysłuchiwała się temu Pani N.która tam pracowała . Zmarszczyła brwi i powiedziała do mnie:"wlazłaś z nim na wózek?to jak się zepsuł to pomóż mu go pchać!!!Zresztą czego ty chcesz od tego chłopa?On do ciebie z sercem,a ty do niego z zębami..." Wtedy zaświeciła mi się lampka kontrolna w miejscu,gdzie powinnam mieć rozum... Pani N. przejeżdżając samochodem koło mego domu nieraz serdecznie mnie pozdrawia machając ręką.

    To co napisałam to zlepek moich przemyśleń z ostatnich trzech a może i więcej lat.
Dziś wiem,że dobrzy i serdeczni ludzie są i żyją gdzieś tam sobie po cichu;czasem bardzo blisko,a czasem bardzo daleko.Ponadto będę robić wszystko,by być jak najbliżej tych fajnych ludzi,a tych  toksycznych i jadowitych eliminować lub omijać.
Serdecznym ludziom życzę by "żyli z całych sił"!!!




Posłuchajcie i pomedytujcie.

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję,że jesteście ze mną!



niedziela, 10 marca 2013

Powiedz jak mnie kochasz!



Chodzę wokół tego tematu już około miesiąca i nie wiem od czego zacząć...
Temat na czasie,bo Walentynki już przeleciały i 8 marca też.Ileż to słów rzuconych na wiatr wyszeptano,wykrzyczano,napisano...? Ileż to gadżetów zakupiono i ileż z nich powędrowało już do śmietnika? Ileż bukietów kwiatów zakupiono i wysłano z dopiskiem I love you. Ile z tych bukietów zostanie zasuszonych na pamiątkę,a ile zwiędnie w niezmienianej w wazonie wodzie?
Nieraz się zastanawiam po co się ludzie obnoszą ze swoim kochaniem.Czy to musi być na pokaz czy tylko ja to tak odbieram?Mam od dawna takie głupie hobby(albo zboczenie ;> ),że obserwuję pary i wyobrażam sobie jaki jest ich związek.Czy jest im razem dobrze,czy są z sobą tylko z przyzwyczajenia i /lub dla dzieci.Czy w ich związku jest przyjaźń,partnerstwo,tolerancja dla drugiej osoby.Czy jest wzajemny szacunek? Czy potrafią się dogadać ze sobą?I to nie tylko w kwestii co dziś gotujemy,ale w każdej? Czy mimo sprzeczek i kłótni potrafią wspólnie rozwiązywać małe i duże problemy?
Strasznie trudne jest to bycie razem.Strasznie trudne to kochanie!
Co lub kogo  można kochać?
I tak sobie wymyśliłam biorąc pod uwagę obserwacje z życia ,własne doświadczenia i historie przeczytane w literaturze wszelkiego rodzaju:
-można kochać życie,
-można kochać świat i ludzi,
-można kochać mężczyznę lub kobietę,
-można kochać dzieci i/lub rodziców(chociaż do rodziców można żywić szacunek/ale to moje odczucia/,ale   są tacy co twierdzą,że kochają rodziców,
-można kochać dobrze zjeść i wypić,
-można kochać szybką jazdę samochodem i głośną muzykę(chociaż ja twierdzę,że to uwielbiam;ale są tacy co to kochają),
-można kochać pieniądze i inne dobra materialne,
-można kochać Boga,
Pewnie jest jeszcze jakieś "kochanie",które pominęłam,ale nie będę nad tym dedukować,bo nie na tym mam się skupić.

Przejrzałam definicje tego słowa.
Kochać wg słownika języka polskiego-darzyć kogoś uczuciem miłości albo bardzo lubić kogoś lub coś;żywić do płci odmiennej gorące uczucie połączone z pożądaniem.

Miłość wg w/w słownika-głębokie przywiązanie do kogoś lub czegoś;silne,namiętne uczucie
Wikipedia inaczej interpretuje słowo miłość
Definicja definicją,a życie życiem.
Konstanty Ildefons Gałczyński tak tłumaczy:
Rozmowa liryczna

Kiedyś sama próbowałam coś sklecić na konkurs radiowy.Siedziałam w domu na urlopie macierzyńskim i postanowiłam "określić" moją miłość.Nigdzie nie wysłałam swych wypocin,ale gdzieś tam w internecie są i zamieszczę je tu.

                                    Moja miłość.
Moja miłość jest wspaniała...
chociaż tak niedoskonała...
czasami nie wie co chce
wybucha złością bez przyczyny
krzywi się grymasi płacze
...mój aniołek jedyny...

A gdy śpi łagodny uśmiech ma na twarzy
jasne powieki opuszczone na oczy

Patrzeć na nią-to samo co marzyć...
Żyć z nią-to kochać i przez nią być kochaną
..tak jak dzieci naprawdę kochają.

-Matka?To o mnie napisałaś?-pyta moja Młoda.Nic nie odpowiedziałam.Zobaczyłam jej  wilgotniejące oczy.
-Nawet fajne!-odpowiedziała po chwili.

Może i fajne.Nie pamiętam jakie to myśli tłukły się po mojej głowie,gdy rano z Chłopem patrzaliśmy na śpiące dziecko.Ale fakt faktem,że już jako 20-latka miałam jakieś przemyślenia na temat kochania kogoś,tylko po prostu nie miałam czasu nad tym się zastanawiać.Jednak lata mijają,a ja obserwuję i wyciągam wnioski.Lubię obserwować-pisałam przecież.
   Patrzę na pożycie małżeńskie bliskiej mi znajomej,która urodzona na Sylwestra zażądała od męża dowodów miłości w postaci pięknej sukni i wspaniałego balu.Świeżo poślubiony małżonek kupił jej piękną suknię balową(lub wieczorową-nie znam się) i wspólnie wybrali się na bal sylwestrowy.Nie wiem na ile i komu ten bal był udany ,bowiem małżonek jest bardzo mało taneczny,ale za to bardzo kieliszkowy(oj lubi i to bardzo!).Pod przysięgą nie pił i pewnie z musu tańczył.Ale to nie o tym miało być ...
Suknia za jakiś czas była niepotrzebna,bo małżonce zmieniła się figura.I tak trafiła do mojej szafy,że niby moja Młoda zechce skorzystać jak dorośnie.Suknia wisiała i czekała na lepsze czasy.Po latach znalazłam osobę dla której  Chłop nie chciał kupić sukni i zafundować balu,a jak się domyślam jest lepszym mężem niż ten od drogich sukni.Małżonek od drogich sukni kupił jeszcze nie jedną.Ostatnio też byli na balu i uraczyli mnie obejrzeniem fotek.Małżonka jak zwykle dumna z sukni,ale w tajemnicy mi się zwierzyła,że musieli się szybko zwijać,bo małżonek nie nadawał się,by go oglądano w towarzystwie.Kilkanaście lat temu jak się pobierali stwierdzono,że "dobrze wybrała,bo bogaty,dobrze zarabia,ma nowy samochód,zaradnego ojca". I kocha swoją żonę,bo publicznie to deklarował.Teraz kocha ciągi alkoholowe (trwające w porywach ok 2 tygodni) i przesiadywanie w wiejskim sklepie.Ale suknię żonie zapewne kupi nową mimo,że wie o wyskokach żony "w bok ". Wspaniałe małżeństwo-mówią ludzie,gdy widzą ich na niedzielnej mszy.
  Inna para to dwoje bardzo młodych ludzi.Była to wielka miłość,niekończące się rozmowy w klatce schodowej,niekończące się rozmowy przez telefon.Młodzi nie mogli bez siebie żyć i wszędzie byli razem.Potem znalazła się ciąża.Potem ślub.Urodziło się dziecko.Dzieckiem cały czas zajmowali się rodzice,a młodzi byli zajęci sobą.W końcu wielka miłość przeistoczyła się w wielką nienawiść.Rozwód w trakcie,a dzieckiem zajmują się dziadkowie.
  Kolejna młoda sympatyczna para.Ją znam od dziecka.Mądra,wrażliwa dziewczyna,która potrafi samodzielnie myśleć.Chłopaka poznała w okresie szkoły średniej,potem się pobrali.Nieraz oglądałam ich zdjęcia na portalu Nasza Klasa(jak jeszcze miałam tam konto).W oczy biły ich radosne uśmiechy.Potem pojawiły się dzieci.Młoda małżonka i matka dwójki dzieci ukończyła studia.Mieszkają w dużym mieście z dala od rodziców.Tylko wnikliwy obserwator wie co się dzieje w wynajmowanym przez nich mieszkaniu.Byłam,widziałam i miałam chęć wziąść za bary faceta,który z papierosem i piwem siedział przy komputerze beztrosko grając w jakaś grę,gdy dwoje dzieci płakało;piekarnik pikał,bo właśnie upiekły się paszteciki i dzwonił telefon(bardzo pilny rzekomo).Ponadto ja akurat się objawiłam,by dostarczyć przesyłkę od rodziców ze wsi i zostałam zaproszona na kawę i paszteciki.Chciałam pomóc przy płaczących dzieciach,ale szybciej mi wręczono piwo.Wiadomo przez kogo.Wymigałam się pokazując kluczyki od auta.W drodze do domu przypomniało się mi ich wesele,gdy na oczepinach była zabawa pokazująca jak młody mąż kocha młodą żonę.Zabawa szydera jak dla mnie.Nie lubię wesel i oczepin.I stwierdzenia "jakie wesele takie życie".
   Moje wesele dla mnie było beznadziejne.Zaplanowane w atmosferze jadu i zgryźliwości ze strony mojej rodziny.Przeżyłam to w imię zdobycia świętego spokoju i odizolowania się od toksycznej rodziny.W trakcie ślubu była burza,a w trakcie dojazdu na miejsce imprezy stłuczka samochodowa z udziałem 6 aut w tym naszego 17-letniego malucha.Ludzie obrażeń nie odnieśli,a pokrzywdzonych pogodziła wezwana na wesele policja.Od razu po weselu wybyłam do mężowskiego domu z dwoma pokojami i kuchnią.Dwóch zakompleksionych durni się pobrało i chciało jakoś żyć.Priorytetem  była budowa nowego domu.Po 14 latach się wprowadziliśmy do nowego domu.Sukces!Przez te lata było mnóstwo kłótni,sprzeczek,niedomówień zazwyczaj z błahych powodów albo z powodu kompleksów z dzieciństwa.Nieraz miałam dość wszystkiego,nieraz deklarowałam gotowość do rozwodu. Byłam wstrząśnięta za bary z zapytaniem:"dziewczyno! jak z tobą żyć?!"
Nie umiałam odpowiedzieć na postawione wówczas pytanie,a o swoich wadach zdawałam sobie doskonale sprawę.
Chłopu swemu powinnam podziękować za otwarcie mi oczu na wiele spraw.Za troskę o nerwusa i raptusa.Za to,że na moją prośbę malował mi włosy na blond mimo,że woli ich naturalny kolor.Za to,że w trudnych chwilach przytulał mnie i gadał:"Czego ryczysz głupia? Dobrze będzie!"
Za to,że kazał mi ubierać spódnicę mini lub bluzkę z dekoltem,by wyeksponować moje kobiece atuty.
Za to,że martwił się o moje zdrowie kilkukrotnie bardziej niż rodzona matka.Za to,że wieszał za mnie pranie lub pielił zarośnięte warzywa.Za to,że smażył mi jajka na boczku.Za to,że nie robił mi awantury za zupę z marynowanych grzybów,która była nie jadalna.Za to,że nie zwracał uwagi na swojski bałagan w domu.
Za długie rozmowy w lesie na grzybobraniu i za rozmowy w nocy przed zaśnięciem i rano po przebudzeniu.Za wspólną radość z zakupionego auta czy wygodnych butów.
Za porannego buziaka z okazji dnia kobiet czy z okazji urodzin lub innego święta.
W ramach podzięki nie zwracam uwagi na jego wady.Trzeba się tego nauczyć,by żyć bez krępacji.By na żartobliwe:"Ty moja wariatko" nie wyskoczyć z tekstem:"Lepiej umyj po sobie zlew"
 I czy to jest kochanie...?

Na forum,którego jestem uczestnikiem dyskutowano na temat Walentynek i Kochania.Może ktoś ma chęć poczytać?
O walentynkach i o tym  co to jest kochanie

Dodam,że lata temu żartowaliśmy z Chłopem,że jak będziemy już starzy(jak to głupio brzmi-mimo wszystko) to będziemy siedzieć w piwnicy za piecem i pić wino.Kto wiedział ok 15 lat temu,że tak może się stać naprawdę...?O moim piecu(klik). Tu też o piecu było(klik)
Teraz mam piec,mam dobre swojskie wino i zdarza się nam wspólnie siedzieć za tym piecem(niekoniecznie pijąc wino ;D)
I mimo,że czasem mi źle samej ze sobą i mymi myślami to śmiem stwierdzić,że dobrze mi!!!
I takie stwierdzenie mi wystarcza.Nie trzeba mi bukietów kwiatów i innych kosztownych prezentów(w sumie nie bardzo nas na takie zbytki stać ;/ )
Czasami wilgotnieją mi oczy gdy  w odpowiedzi na ostre upomnienie  dostanę od Młodego sms treści:"I tak Cię kocham  XD ".Ponadto na tematy "kochania" i "miłowania" lubię gadać ze swymi Młodymi.Takie świeże myślenie się przydaje czasem ;).Młody twierdzi,że Walentynki powinny trwać cały rok.Co robił i gdzie był ze swoją dziewczyną nie chciał mi powiedzieć.Ponadto w ten dzień umówił się z Młodą(czyli siostrą) i jej koleżanką z internackiego pokoju na superową sałatkę łososiową w pobliskim barze.Jakiś czas temu zlecił mi wypatrzenie ładnego i przytulaśnego misia dla swojej dziewczyny na urodziny.Śmiać mi się chciało,bo Chłop mój kiedyś też sprawił mi taki prezent i skutecznie go przede mną ukrył w naszym małym wówczas mieszkaniu.Misia później skutecznie katowały nasze dzieci jeżdżąc na nim jak na koniu.Obecnie  miś wypatroszony z wypełnienia leży na strychu.Ponadto Młody ostatnio pouczał ojca (czyli Chłopa) o zbliżającym się Dniu Kobiet-słyszałam niechcący ;>.Trzeba jakoś uczcić te święto-gadał ojcu.My jednak uczciliśmy po swojemu.Kieliszek nalewki malinowej i wieczorne pogaduszki o tym jak to komputery w firmie zastrajkowały i była 3-godzinna laba.O tym,że firma z zachodnim kapitałem ,a hołduje nadal komunistycznemu  świętu dokładając kobietom do poborów całe 90 zł brutto.
Nie przeszkadza mi owe święto.Grzecznie dygam(biorąc w opuszki palców szwy swoich roboczych spodni ;D) w podziękowaniu za życzenia od kolegów z pracy.Cieszę się,gdy ukochany szwagier do mnie zadzwoni z życzeniami i przy okazji pogada.Cieszy mnie poranne "Wszystkiego dobrego z okazji babskiego święta" i soczysty buziak z tej okazji od Chłopa.Cieszy mnie że obecnie kobiety są postrzegane jako partnerzy(nie wiem czy to trafne słowo,ale nic innego mi nie przychodzi na myśl);a nie matki,kucharki i sprzątaczki.Jednym słowem służki do obsługi życia codziennego i do nocnych uciech  panów pragnących zaspokoić tylko i wyłącznie swe potrzeby erotyczne.Przy okazji kawał mi się przypomniał o zdenerwowanym mężu,który przychodzi do domu z pracy i szuka pretekstu do kłótni z żoną.Mówi do żony:
-Podaj mi obiad!!
Żona grzecznie podaje mu ciepły,pachnący obiad.
-Czemu nie ma gazety do poczytania?!
Żona szubko przynosi mężowi gazetę.A mąż szuka kolejnego pretekstu.
-Właź pod stół!
Żona potulnie wchodzi.
-Daj głos!!
Na takie hasło żona szczeka.
-A ty k****! Na swojego szczekasz?!!!
    Owszem kobieta jest tak skonstruowana,że ma rodzić dzieci,ale czy tylko ona ma o nie dbać?Jeśli chce pracować zawodowo to "babskie" obowiązki można podzielić. Urlop tacierzyński panowie tatusiowie powinni wykorzystać w celu w jakim on jest przeznaczony(a bywa różnie-wiem to z obserwacji).Trochę najadę na niektórych panów,ale trudno-taki mój  babski kaprys.
Strasznie mnie denerwują komentarze typu: "baba za kółkiem".Jakby posiadanie prawa jazdy było przywilejem tylko i wyłącznie męskim.Jak sobie baba radzi to niech jeździ autem i nic facetowi do tego ;>
Jakiś czas temu w mojej firmie była sensacja! Zauważyli to panowie oczywiście...Pod rampę załadunkową zajechał tir z tabliczką z żeńskiem imieniem za przednią szybą.Panowie będący akurat na przerwie obiadowej wyglądali z zaciekawieniem przez okno i głośno komentowali poczynania Krysi.Krysia perfekcyjnie cofnęła tirem.Panowie dopingowali skandując :kry-sia,kry-sia,kry-sia...i dorzucali trochę obraźliwe komentarze
Głupie zachowanie panów mnie zirytowało i zapytałam któregoś ze skandujących:-"Dobrze się czujesz dopingując przez okno?Krysia i tak Cb nie słyszy!Może wyjdź i z bliska wyraź swe obawy,że rozbije rampę!". Pan zbaraniał!
Po tej akcji  inny kolega opowiedział mi o Francuzce,która kiedyś przyjechała po towar.Sam fakt ile km pokonała  z Francji na Podlasie dużo znaczy. Jeżdżę do warsztatu samochodowego,który prowadzi małżeństwo.Oboje pracują przy wymianie opon,przy naprawie aut.Idzie im to bardzo sprytnie.W moim pobliskim miasteczku(ok 17 tysięcznym) autobusem MPK kieruje kobieta .Tu jest artykuł w lokalnej gazecie Kobieta kierowca(klik).Ponadto w mojej firmie kobiety jeżdżą wózkami widłowymi. Jeżdżą tak samo dobrze jak mężczyźni,a warunki są dość trudne do płynnego poruszania się wózkiem.Ponadto kobiety w mojej firmie obsługują dużą część maszyn i urządzeń.Jedne robią to chętnie,inne się buntują.Dla mnie osobiście się podoba praca za kółkiem i żałuję,że nie zrobiłam uprawnień na wózek.Ale kto wie...?Ponadto kiedyś marzyła mi się praca listonosza,który by samochodem rozwoził ludziom listy i pieniądze.Obecnie chyba kurier jest odpowiednikiem.Chłop się  sprzecza ze mną,że bym sobie nie poradziła,bo...(przyczyn tysiące ;P ).Jednak ja pracy nie zmieniam,a na te konto jeżdżę w sezonie letnim jako goniec po wszelkiego rodzaju części zamienne do różnych maszyn, po oleje itp.A odnośnie maszyn to przypomniało mi się,że Chłop będąc uczestnikiem kursu operatora kombajnu  zbożowego mówił,że była na kursie młoda kobieta.Była pilnym słuchaczem(w odróżnieniu od męskiego grona).Jej znajomi mówili,że mąż leje paliwo,czyści sita,sprawdza stan podzespołów ,a ona obkasza pola swoje i sąsiadów.Dla mnie to już wyższa szkoła jazdy,bo za kółkiem bez zespołu maszyn tnących,młócących,odsiewających to łatwizna.Mój Chłop z kolegą żartuje,że nauczy mnie(a kolega swoją żonę) obsługi kombajnu zbożowego.Gdy się zdarza,że obie spotkamy się na polnej drodze jadąc traktorami zawsze się zatrzymujemy i żartujemy.Ostatnio ona wracała ze zbożem ,a ja jechałam po zboże.Nawet  żartowałam,że bardzo jej twarzowo w traktorze bez kabiny,z ciemnymi włosami  na tle przyczepy pełnej zboża.Ona żartowała,że czapka z daszkiem do tyłu i okulary też mi pasują i że jesteśmy babki -robotnice.Szkoda,że nie miałam czym zrobić zdjęcia ;)
 I tak sobie myślę,że jeśli kobieta sobie radzi to czemu ma nie robić tego co jej się podoba?A zwłaszcza jak ma chęci i predyspozycje do tego? Te co chcą pachnieć i pięknie wyglądać niech to robią,bo też to robią dobrze i też to jest potrzebne ;)
   Ponadto chciałam jeszcze dodać,że feministką nie jestem,ale uważam,że każdy facet powinien mieć bóle miesiączkowe i wszelkie dolegliwości z tym związane.I nie wykręcać mi się tu,że panowie muszą się golić. Zazwyczaj następuje to 2 razy w tygodniu i to jest wielką tragedią dla panów.Denerwuje mnie ,bo nie lubię nieogolonych facetów(nie mylić z zarośniętymi  w sensie,że noszą brodę lub wąsy). Cóż !Chyba mam spaczone poczucie estetyki ;))

Tak więc panowie i panie!
Dbajcie o swoje relacje międzyludzkie,a wszystko się ułoży!

Łał!Się naprodukowałam trochę i by przyśpieszyć tok moich myśli podrzucę kilka kawałków muzycznych.
Sporo utworów znam z forum muzycznego,gdzie na Walentynki uczestnicy w ramach zabawy podrzucali swoje ulubione piosenki o miłości.Moim faworytem jest oczywiście Grabaż.Często zastanawiam się jakie on ma dylematy pisząc teksty do swoich piosenek.













                                         


I na koniec lekka nuta w  rytmie disco polo.Ten gościu też ma problem,którego nie umie rozwiązać ;)




Wy posłuchajcie ,a ja się oddalę (nie powiem gdzie  ;D)




P.S.Proszę o  bezcelowe nierozpowszechnianie  moich prywatnych przemyśleń,a przemyślne wyciąganie własnych  wniosków!!!!!

wtorek, 12 lutego 2013

3 życzenia?


Tak sobie rozmyślałam przed chwilą słuchając muzyki...
I stwierdziłam,że nie potrafiłabym wymienić 3 życzeń ,które mogłyby mi się spełnić ,gdyby np jakiś dobry dżin wyszedł z lampy i w ten sposób chciał umilić mi życie.
Chyba bym mu powiedziała:
-Chcę zostać czarownicą!
-Dlaczego?
-Niech to będzie tajemnicą...

Jak by mi się udało przechytrzyć dżina to by dopiero się działo ;D ;D ;D
Zaczarowałabym  życie  dobrym i serdecznym ludziom,głupim otworzyłabym umysły i/lub oczy.Wszyscy by mieszkali w małych własnych domkach z ogródkami i jeździliby rowerami.Samochody też mogą być ,ale rowery to dla zdrowotności ;)
Wokół domków musiałyby być zwierzęta.Czyli taki mały raj by był :)
  Chytrym i próżnym,zazdrosnym i przemądrzałym,leniwym i kłamcom zrobiłabym niespodziankę ;)
Musieliby nurkować w Bugu i wyławiać wszelkie odpady i zanieczyszczenia :D
W ramach dobrej pracy dostaliby kromkę chleba ze smalcem,kielon wódki i nocleg na kilkuletnim sianie w nieużywanej stodole co jest w pobliżu rzeki.
W ramach złej pracy musieliby sobie sami przygotować żarło :D. Np ryb nałowić ;D
Bez wędki ;D .
Spaliby w nadrzecznych zaroślach.Żadne ulgi nie byłyby brane pod uwagę!!!
Ale dość ironii i szydery ;),bo zaraz poczuję moc jakbym była Ingrid z Sagi o Ludziach Lodu i jeszcze się spełni ;D

     Będąc małą dziewczynką bardzo dużo czytałam.To co czytałam zapadało mi często w pamięci.Do dziś pamiętam  Legendę o kwiecie paproci.
Jako mała dziewczynka  chodziłam na grzyby z koszyczkiem od święconki i byłam bardziej zajęta zobaczeniem owego kwiatu niż zbieraniem czerwcowych kurek.Nie! Zerwanie kwiatu paproci mnie nie interesowało, a wręcz się bałam tego.Pamiętam jak leżałam w łóżku i rozmyślałam o legendzie i drętwiały mi nogi ze strachu.Nie pamiętam życzeń,które  miałby mi spełnić kwiat paproci.Może ich w ogóle nie było? Dręczył mnie fakt,że kwiat jest taki niedobry i spełnia życzenia tylko dla jednej osoby i nie można się dzielić z innymi.
   Kilka dni temu rozmawiałam z koleżanką.Koleżanka mi opowiadała o swoich problemach,które nagromadziły się przez pół roku naszego niewidzenia się.Ona gadała,a ja słuchałam.Nie wiedząc kiedy zjadłyśmy ok 1/2 kg marcinka(to takie regionalne ciasto).
-Nie dramatyzuj-gadam jej-bo wg mnie przesadzasz i to ostro.
Popatrzyła na mnie ciut nie z płaczem i pyta:
-Naprawdę przesadzam,że chcę się uwolnić od problemów?Naprawdę przesadzam,że chcę jak najlepiej dla mego dziecka?Że mam wszystkiego dość!? Gram w totolotka i jak wygram to stąd spierdalam jak najdalej się da!!!
-A kupisz mi laptopa?-zapytałam z miną niewiniątka.
-Kupię!kupię! -wykrzyknęła ze śmiechem-Ty to potrafisz człowieka rozładować.Przecież Ci kiedyś obiecałam.Pamiętasz jak twój młody nie dopuszczał cię do komputera by ze mną pogadać na gg?
-No pamiętam.I wtedy mi mówiłaś ,że kupisz mi laptopa jak wygrasz w totolotka.Pamiętam! I ponadto często mi się to przypomina jak rano podkradam lapka swoim dzieciom spod łóżka,gdy jeszcze smacznie śpią :).Pamiętam nawet o tym jak mój stary stacjonarny łapnie zawiechę i ani w tę ani we tę.Ale wtedy nic chciałaś stąd wyjeżdżać...?
-No nie-odpowiada z przekąsem
-A co ty byś zrobiła z kasy gdybyś wygrała?
-Ja???
-No a jest ktoś inny oprócz nas dwóch?
-No nie...Co ja bym zrobiła...?
Zakładając że byłoby to ok 100 000 banknotów polskich sfinansowałabym:
-budowę nowych pomieszczeń gospodarczych dla naszych zwierzaków i garażo-wiaty na maszyny itd ( to tylko dofinansowanie potrzebne czyli niewiele)
-terapię dla chorego dziecka  wraz specjalnymi koloniami w okresie wakacyjnym(czyli twojej córci)
-pobliski  ZOL dla dzieci i młodzieży by coś skorzystał zapewne i zapewne najbliższy dom dziecka
A gdyby to była duża wygrana to mam jeszcze plany.Np fundacja dla głodujących dzieci.Nie znam się na tym,ale zapewne znaleźliby się ludzie co by pomogli.
-No a sobie?
-Dla siebie zafundowałabym przejazd po torze wyścigowym Bugatti Veyron GrandSport( tylko przejazd,bo wolę stare auta bez komputera pokładowego i tylko po torze  wyścigowym,bo na drogach to ze względów bezpieczeństwa innych uczestników nie będę ryzykować ).
-Kiedyś gadałaś ,że ferrarii ! :P Hahahaha! Co jeszcze dla siebie?
-Pobyt w górach wraz ze zdobyciem Czerwonych Wierchów i kilka nocy w domu góralskim krytym drewnianym gontem.Oczywiście tym razem bym pojechała z Chłopem. A gdyby tej kasy było dużo to koniecznie nastawiłabym się na agroturystykę i rzuciłabym swą pracę(masowa produkcja żywności) na konto obsługi agro wraz wyżywieniem.
-Hahahahaha! Ja też bym do ciebie przyjeżdżała.Za dzień ,dwa świętego spokoju bym ci warzywa pieliła i trawnik kosiła.
-A w pole byś poszła?
-No niech stracę.Pójdę.Tylko nie znam się.Co bym miała robić?
-Byś kombajnem jeździła z moich Chłopem jako nadzór czy on równo kosi zboże.Ale kasy nie będzie i ciul z marzeń,bo ostatni kupon  skreślony był skreślony przeze mnie 20 lat temu w dniu mego ślubu.Kupon należał do jednego z gości,który liczył,że mu coś szczęśliwego skreślę.
Nawet nie wnikałam czy była wygrana czy nie.Może dla wyłącznie swoich zachcianek poszukam kwiatu paproci,a te inne spełnię z  Twojej wygranej w lotto ?
-Hahahaha.Jak znajdziesz kwiat to sama musisz w góry jechać .Hahahahaha.
-No tak.Ale kwiat będę szukać! Z aparatem fotograficznym ;D ;D ;D





P.S.
Jak znajdę to na pewno pokażę ;D




wtorek, 5 lutego 2013

A kot siedzi ipaczy ;)



...a ja składam drzewa.
Ponadto słucham głośno muzyki,którą lubię;
Ponadto głośno fałszuję (zwłaszcza przy piosence SnL. Grabaż  wybacz <prosi> Pogrzeb króla )
Ponadto wykonuję dziwne ruchy -ni to taniec ni to ćwiczenia.
A kot siedzi ipaczy...
Przynoszę kawę,by mieć przyjemne z pożytecznym.By składać drzewa i w międzyczasie siorbać kawę.Kawa stoi na piecu C.O.
-Znów ci się kawa wyleje.Gdzież to w kotłowni kawę pić ?! Wypij normalnie w kuchni i wtedy składaj drzewa.
-A ty mnie nie pouczaj,bo i tak będę robić jak chcę!
-Ooo! Jaki fajny kawałek!


-Kota wystraszasz tak głośną muzyką!
-Okienko otwarte,pogoda ładna,może iść na podwórko.

A kot siedzi ipaczy...
A ja śpiewam w głos inny kawałek

Zajebiaszczy jest!

Kot dalej siedzi ipaczy...


Nawet gotycki metal z elementami opery nie rusza go.
Siedzi ipaczy...

Nie ma jak to człowiek ma głupawko-śmiechawkę ;)
Też tak macie czasami ?
Czy to tylko ze mną tak źle ?



Aaaaaaaa...Ponadto będę z premedytacją słuchać głośnej muzyki w swoim aucie jadąc do pracy. Mam koleżankę co dojeżdża ze mną i bardzo namiętnie lubi plotki,a ja tych plotek  nie lubię słuchać.Zawsze moja muzyka górą jest!