Mając wczoraj luźny dzień postanowiłam wybrać się nad Bug.Tak zamyśliłam w ostatniej chwili i skręciłam z głównej drogi.Śnieg już stopniał,więc z dojazdem nie powinno być problemu co widać było na asfaltowej drodze wewnętrznej do wsi Olędry.
-Pójdę sobie przez most na drugą stronę rzeki.Już tyle się czaiłam,żeby to zrobić ,ale strach i wspomnienia z dzieciństwa paraliżują mi nogi..Dziś pójdę!-pomyślałam.
Most jest inny niż lata temu ,gdy z młodszą koleżanką i gromadą dzieciaków ze wsi szliśmy skacząc pomiędzy olbrzymiej wielkości dziurami...I baliśmy się nadjeżdżającego pociągu...(Zdążyliśmy uciec na szczęście!!!). Woda pod nami wydawała się straszna....A jak wrócić...?Nie daj Boże coś by się stało któremuś z dzieci to biedna moja dola by była...Te wspomnienia w chwili obecnej( jak to piszę !) przyprawiają mnie o drżenie rąk i nóg! A siedzę przed komputerem w ciepłym domu i słyszę konwersacje Chłopa i Teściowej na temat oglądanego boksu.A ja patrzę na zdjęcia i bardziej się boję teraz niż wczoraj,gdy szłam przez most...
Fotki ze zdobycia mostu(klik).
No,ale idę w końcu!Byłam wyposażona w aparat cyfrowy,ale z wrażenia nie zrobiłam żadnego zdjęcia na wejście.Dopiero jak zobaczyłam dziurę w moście to użyłam aparatu.I postanowiłam nie myśleć o swoim strachu tylko napawać się pięknymi widokami dzikiej rzeki.W stronę Franołowa doszłam bardzo szybko robiąc tylko kilka zdjęć.Na końcu mostu czekali na mnie strażnicy w postaci dwóch uroczych psów.
-Kurde! Psy się nie boją ,a ja się boję!Nie może tak być!
Obejrzałam okolicę za mostem,pogłaskałam psy,poobserwowałam panów co szwendali się bez celu,popatrzałam na pobliskie działki letniskowe.Dzięcioł gdzieś w pobliżu stukał dziobem w drzewo.Zazwyczaj wypatruję i wysłuchuję ptaka ,by go zlokalizować i popatrzeć na niego.Teraz nie było mi to w głowie.Zrobiłam kilka zdjęć,wysłałam mmsa i postanowiłam wracać.Już się nie śpieszyłam jak w tę stronę i miałam poczucie,że strach chyba został we Franołowie ;)
Podziwiałam piękne widoki,most i jego konstrukcje..Zerknęłam kilka razy nawet w dół(lęku wysokości nie mam,ale wspomnienia powodowały szybsze bicie serca).Pod koniec spaceru po moście przypomniałam sobie o swojej ukochanej wierzbie w Maćkowiczach.I widać ją było nawet!Śmiać mi się zachciało,bo robiąc zbliżenie zauważyłam ,że są tam ludzie.
-Hehe-pomyślałam-chyba się nie szykują na imprezę skoro pracują przy wycince drzew.
Jak już zaczęło mi być tak normalnie,bezstresowo to most się skończył ;)
-Trzeba jechać do domu,bo Chłop nie wie gdzie mnie diabli ponieśli i będzie dzwonił zaraz(jak zwykle zresztą).
Zbiegłam ze stromego podjazdu,zrobiłam kilka fotek i wsiadałam do samochodu.
-Nie ma jak to bezpiecznie siedzieć w swoim poczciwym passacie-pomyślałam i odpaliłam-Będę latem jeździć przez most rowerem.Może aż do promu w Mielniku...?
Małe trudności były,by się zawrócić,ale co to było dla takiego zucha jak ja ;).Trochę przygazowałam i pojechałam.Miałam aparat w pogotowiu,by zrobić fotki okolicy,by mieć je w czterech porach roku.
-Hehe!-myślałam sobie- Dam na bloga te same miejsce w czterech odsłonach! Niektórzy się posikają oglądając je!
Jechałam powoli i obserwowałam okolicę.Przy nasypie wycięto sporo drzew,droga rozjeżdżona przez traktor wyglądała normalnie,więc pojechałam na skróty.Ale mnie zastanowiła plama widziana z daleka.
-Co za cholera!?
Podjechałam bliżej i na moje oko to traktor z drzewem się zakopał w czasie odwilży.Objazd widoczny,ślady są ,więc jedziemy.Nie przyszło mi do głowy,że na skraju lasu może być nawiany śnieg,który topniał,zamarzał,topniał ,zamarzał...Jechało się normalnie,tylko koleina była coraz wyższa,więc zwolniłam.Z autem zaczęło się coś dziać....i stanęło...
Wysiadłam ,by ocenić sytuację.Po stronie od kierowcy było śniegu tyle co nic,a po drugiej na pół koła.Ponadto mnie ściągnęło w stronę nasypu kolejowego.Tylne koła wypadły z koleiny i auto nie miało sił.Gdybym się spodziewała to bym zastosowała bardziej brutalny styl jazdy i prawdopodobnie bym przejechała mocno gazując.Trzeba było odgrzebać śnieg i próbować.Kilka minut grzebałam,kopałam i próbowałam jechać bujając się przód-tył,przód-tył.Trochę się posunęłam,ale w gruncie rzeczy w głębszy śnieg.I okazało się,że od ostrego dawania gazu zakopuję się coraz bardziej i już trwale stoję w miejscu!Znów zaczęłam kopać i wygrzebywać śnieg butami .Rezultat był nikły,bo samochód zawisł na całej swej długości auta kombi.Zdjęłam kurtkę,bo czułam już uderzenie ciepła,a nawet gorąca!Od szybkiej i ciężkiej pracy dżinsy mi się obsuwały,a sweterek pochodził w górę i oprócz wytężonej pracy musiałam pilnować by plecy nie świeciły golizną .Buty już przemokły,wiec trzeba coś kombinować.Wyciągnęłam z bagażnika klucz do kół i tym kluczem pomagałam sobie.Starałam się wepchnąć pod koło gumowe wycieraczki/chodniczki.Weź tu wepchnij jak auto obsiada.Śnieg dokoła auta był ubity od samego topnienia.Stojąc na śniegu nie zapadałam się pod jego pokrywę.Auto wisiało na tafli zamrzniętego śniegu...
-K****! Musiała tu być porządna zaspa!-pomyślałam już ze złością. -Ale co tu robić z tym bydlakiem(o auto chodzi)?!Jak go wygrzebać?Jak zadzwonię do Chłopa to opierdol murowany za moją bezmyślność!
Nałamałam gałęzi z pobliskich drzew.Wycieraczki nie wchodziły pod koła to pomyślałam,że podłożę gałęzie...
Ale niestety nic to nie dało...Ani dalsze grzebanie w śniegu,ani bujanie tył-przód.Auto wisiało prawą stroną na śniegu...
-Ja pier***ę!!!-wkurzyłam się już sama na siebie ,bo dyszałam jak zganiany koń.
Ubrałam kurtkę,zamknęłam auto i poszłam w kierunku drogi asfaltowej.Serce mi waliło bardziej niż przy wchodzeniu na most.
-Co tu robić? Czy szukać kogoś z traktorem?Ale kogo jak nawet nie znam zbytnio ludzi z okolicy. A może zatrzymać kogoś na drodze? A kto się zatrzyma?I linę trzeba...-myślałam nerwowo.
Szłam nie wiedząc co robić.Postanowiłam zadzwonić do znajomego co mieszka nieopodal.Był w domu z dziećmi,ale rozmowa urwała się nagle.
-Cholerny zasięg!
Szłam nadal w kierunku drogi i widząc "dzikie" boisko(Łimblejem zwane) wpadłam na genialny pomysł!
-Wyrwę deskę z ławki i podsadzę pod koło.Powinno się udać!
Z entuzjazmem wybrałam deskę w której było 2 gwoździe.
-Nic tylko znaleźć kamień i walnąć kilka razy.Nie mogę ryzykować przecież,że złapię gumę w tym śniegu!-myślałam naprędce...
Jeden gwóźdź wyszedł bez problemu,a z drugim musiałam się trochę namęczyć.Ręce i paznokcie i tak były czarne( szkoda mi było czarnych skórzanych rękawiczek).
Jednak pomysł z deską nie okazał się tak wspaniały jak mi się wydawało.Nie było opcji by ją wsadzić pod koło.
-Podnośnik!-przyszło mi nagle do głowy.Zapobiegliwy Chłop włożył dwa drewniane klocki do wnęki na zapasówkę.
-Klocek na sam spód,potem podnośnik na klocek i podniosę do góry trochę i wsadzę deskę i wyjadę-myślałam z nadzieją.Ale im bardziej podnosiło się auto,tym bardziej klocek wbijał się w śnieg...A śnieg był tak ubity,że nie miałam już sił grzebać.Ponadto od podciągania spodni wyrwała się szlówka.
-Moje ulubione dżinsy...-pomyślałam z żalem sama do siebie-Ale zszyję.Aby tylko wyjechać z tego pie*******go śniegu!!! Czemuż to przyszło mi do głowy jechać tą drogą...?
Ponowiłam próbę podniesienia auta po raz ostatni.
-Jak mi się nie uda tym razem to idę-pomyślałam nie zastanawiając się dokąd pójdę...
Deska weszła pod koło i widać,że się po nim tylko ślizgała/ kręciła ,gdy próbowałam ruszyć.Z rezygnacją pozbierałam wszystkie wydobyte rekwizyty,zamknęłam auto i poszłam szukać pomocy.Ze złością patrzyłam,że wszędzie mało śniegu,a gdzieniegdzie nie ma wcale,a ja wiszę na śniegu.Dochodziłam do najbliższych domostw,tam gdzie mieszka znajomy co się z nim próbowałam porozumieć przez telefon.Drogą nadjeżdżał mały dostawczy bus.I miał hak!I skręcił na najbliższe podwórko do wyremontowanego domu.Czym szybciej pobiegłam za tym autem.Z auta wysiadł pan w wieku około moim.
-Kurde! Jak dobrze,że dziś normalnie wyglądam! że mam włosy uczesane,oko zrobione i nie ubrałam się jak dresiara-pomyślałam
-Dzień dobry panu.Mogę chwilę przeszkodzić?
-Dzień dobry.Słucham pani.
-Mam problem.Zachciało mi się pojechać nad Bug.Zajechałam od wsi Olędry a wracałam wzdłuż torów i zawisłam na śniegu choć nic na to nie wskazywało.Byłby pan w stanie mi pomóc?
-No czemu nie.Abym miał jakąś linę,a nie wiem czy mam, bo to nie mój samochód.Zaraz sprawdzę.Aby lina była to panią wyciągnę.
Liny nie było.Umówiliśmy się,że ja szybko załatwię linę i pan mnie wyciągnie.
-Tylko zbytnio czasu nie mam.Wie pani?
-Postaram się jak najszybciej.
Pobiegłam do znajomego do którego telefonowałam.Dzwoniłam do drzwi,ale długo nikt nie wychodził.Z niecierpliwością zerkałam to na drzwi,to na dom pana -przyszłego wybawcy.
-Z dziećmi siedzę i temu tak długo nie wychodziłem.Coś się stało,bo rozłączyłaś się czy zasięg zaginął?
-Zasięg słaby albo go wcale nie ma .Masz linę pożyczyć?
-Co się stało?
-Jechałam znad Buga i przy ostatnim bunkrze przy "Łimbleju" zawiesiłam się.
-Passatem czy golfem?
-Passatem...
-A kto Cię wyciągnie?Bo ja swoim małym to nie wiem czy dam radę.Zależy jak się zawiesiłaś.
-Całkiem nieźle... i opowiedziałam o swoich poczynaniach.
-Idę ,bo sąsiad twój ma mnie szarpnąć.
Pobiegłam.Stanęłam przy aucie w oczekiwaniu na pana-wybawcę.Usłyszałam stukanie w okno balkonowe i pan pokazał mi,że już idzie.Chyba palił w piecu,bo z komina dymiło całkiem nieźle.
-Wsiada pani.Jedziemy.A wogóle da się tam dojechać,bo ja tam bardzo dawno byłem.
-Ja bym dojechała.
-To pewnie i ja dojadę.
Te kilka minut wolnej jazdy zajęła nam rozmowa.Dojechaliśmy na miejsce.Pan zawrócił od razu ustawiając się tyłem..Wysiedliśmy i podczepiliśmy wspólnie linę.Pan mnie poinstruował,że mam odpalić auto itd...
-Spokojnie.Wiem o wszystkim o czym pan mówi.
Chciało mi się śmiać po owych pouczeniach,bo wydało mi się jasne,że powinnam wspomagać busika a nie patrzeć jak świnia w niebo ;)
Pierwsze szarpnięcie ruszyło tylko mego passata.Śnieg spod kół fruwał powyżej dachu auta.Za trzecim podejściem poszło z pół metra.Rozgarnęliśmy deską śnieg pod autem.
-Ale się pani tu napracowała.
-To mało powiedziane-powiedziałam z sarkazmem.
Za 6 szarpnięciem passat wyjechał
-Huraaa!!!!-wrzasnęłam sama do siebie.
Czym prędzej wyskoczyłam z auta.
-Dziękuję bardzo,ale to bardzo!Jak się panu zrewanżować?Zapłacę czy kupić coś na wieczór sylwestrowy?Mam bzika na punkcie robienia nalewek.Mogę w ten sposób.No nie wiem.Może pan sam powie-szczebiotałam.
-Spokojnie.Daleko nie jechałem i długo nie szarpałem.Dobrze,że się udało.
-Bardzo,a to bardzo panu dziękuję.Nie każdy napotkany by chciał pomóc obcej babie.
Pożartowaliśmy jeszcze i pan pojechał.Ja odwiozłam linę znajomemu i też do domu.Sprawdziłam tylko czy Chłop więcej do mnie nie dzwonił(bo słyszałam tel w początkowej fazie swego grzebania się w śniegu).Nie dzwonił.
Dopiero odczułam jak jestem zmęczona.I rozgrzana.Policzki mi paliły,a rumieńce miałam aż pod same oczy.Wjeżdżając do garażu pomyślałam sobie,że passat w ramach odwetu za poranne otarcie zderzaka o betonową futrynę się zemścił ...
-Trudno!Ale nauczę się wyjeżdżać na wstecznym z garażu patrząc w lusterka,a nie oglądając się do tyłu i to czysty przypadek losowy,że akurat te dwa incydenty w jednym dniu.Ten drugi przypadek incydentem raczej nie jest.Chyba wolałabym przejść kilka razy przez most niż się grzebać w tym śniegu.Przeszło 2 godziny straciłam.Ale przeszłam przez most!
UFFFFFFFF!!!!
Okolice traumy śniegowej ;)-(klik)
P.s.
Ostatnie zdjęcia w w/w poście są z okolicy opisanych przeze mnie zdarzeń.Licząc od tyłu to od trzeciego do piątego.Może zagwozdkę ktoś rozwiąże?
;)