wtorek, 5 lutego 2013

A kot siedzi ipaczy ;)



...a ja składam drzewa.
Ponadto słucham głośno muzyki,którą lubię;
Ponadto głośno fałszuję (zwłaszcza przy piosence SnL. Grabaż  wybacz <prosi> Pogrzeb króla )
Ponadto wykonuję dziwne ruchy -ni to taniec ni to ćwiczenia.
A kot siedzi ipaczy...
Przynoszę kawę,by mieć przyjemne z pożytecznym.By składać drzewa i w międzyczasie siorbać kawę.Kawa stoi na piecu C.O.
-Znów ci się kawa wyleje.Gdzież to w kotłowni kawę pić ?! Wypij normalnie w kuchni i wtedy składaj drzewa.
-A ty mnie nie pouczaj,bo i tak będę robić jak chcę!
-Ooo! Jaki fajny kawałek!


-Kota wystraszasz tak głośną muzyką!
-Okienko otwarte,pogoda ładna,może iść na podwórko.

A kot siedzi ipaczy...
A ja śpiewam w głos inny kawałek

Zajebiaszczy jest!

Kot dalej siedzi ipaczy...


Nawet gotycki metal z elementami opery nie rusza go.
Siedzi ipaczy...

Nie ma jak to człowiek ma głupawko-śmiechawkę ;)
Też tak macie czasami ?
Czy to tylko ze mną tak źle ?



Aaaaaaaa...Ponadto będę z premedytacją słuchać głośnej muzyki w swoim aucie jadąc do pracy. Mam koleżankę co dojeżdża ze mną i bardzo namiętnie lubi plotki,a ja tych plotek  nie lubię słuchać.Zawsze moja muzyka górą jest!


wtorek, 1 stycznia 2013

Dwie traumy w jeden dzień

Mając wczoraj luźny dzień postanowiłam wybrać się nad Bug.Tak zamyśliłam w ostatniej chwili i skręciłam z głównej drogi.Śnieg już stopniał,więc z dojazdem nie powinno być problemu co widać było na  asfaltowej drodze wewnętrznej do wsi Olędry.
-Pójdę sobie przez most na drugą stronę rzeki.Już tyle się czaiłam,żeby to zrobić ,ale strach i wspomnienia z dzieciństwa paraliżują mi nogi..Dziś pójdę!-pomyślałam.
 Most jest inny niż lata temu ,gdy z młodszą koleżanką i gromadą dzieciaków ze wsi szliśmy skacząc pomiędzy olbrzymiej wielkości dziurami...I baliśmy się nadjeżdżającego pociągu...(Zdążyliśmy uciec na szczęście!!!). Woda pod nami wydawała się straszna....A jak wrócić...?Nie daj Boże coś by się stało któremuś z dzieci to biedna moja dola by była...Te wspomnienia w chwili obecnej( jak to piszę !) przyprawiają mnie o drżenie rąk i nóg! A siedzę przed komputerem w ciepłym domu i słyszę konwersacje Chłopa i Teściowej na temat oglądanego boksu.A ja patrzę na zdjęcia i bardziej się boję teraz niż wczoraj,gdy szłam przez most...

 Fotki ze zdobycia mostu(klik).

No,ale idę w końcu!Byłam wyposażona w aparat cyfrowy,ale z wrażenia nie zrobiłam żadnego zdjęcia na wejście.Dopiero jak zobaczyłam dziurę w moście to użyłam aparatu.I postanowiłam nie myśleć o swoim strachu tylko napawać się pięknymi widokami dzikiej rzeki.W stronę Franołowa doszłam bardzo szybko robiąc tylko kilka zdjęć.Na końcu mostu czekali na mnie strażnicy w postaci dwóch uroczych psów.
-Kurde! Psy się nie boją ,a ja się boję!Nie może tak być!
Obejrzałam okolicę za mostem,pogłaskałam psy,poobserwowałam panów co szwendali się bez celu,popatrzałam na pobliskie działki letniskowe.Dzięcioł gdzieś w pobliżu stukał dziobem w drzewo.Zazwyczaj wypatruję i wysłuchuję ptaka ,by go zlokalizować i popatrzeć na niego.Teraz nie było mi to w głowie.Zrobiłam kilka zdjęć,wysłałam mmsa i postanowiłam wracać.Już się nie śpieszyłam jak w tę stronę i miałam poczucie,że strach chyba został we Franołowie ;)
Podziwiałam piękne widoki,most i jego konstrukcje..Zerknęłam kilka razy nawet w dół(lęku wysokości nie mam,ale wspomnienia powodowały szybsze bicie serca).Pod koniec spaceru po moście przypomniałam sobie o swojej ukochanej wierzbie w Maćkowiczach.I widać ją było nawet!Śmiać mi się zachciało,bo robiąc zbliżenie zauważyłam ,że są tam ludzie.
-Hehe-pomyślałam-chyba się nie szykują na imprezę skoro pracują przy wycince drzew.
Jak już zaczęło mi być tak normalnie,bezstresowo to most się skończył ;)
-Trzeba jechać do domu,bo Chłop nie wie gdzie mnie diabli ponieśli i będzie dzwonił zaraz(jak zwykle zresztą).
Zbiegłam ze stromego podjazdu,zrobiłam kilka fotek i wsiadałam do samochodu.
-Nie ma jak to bezpiecznie siedzieć w swoim poczciwym passacie-pomyślałam i odpaliłam-Będę latem jeździć przez most rowerem.Może aż do promu w Mielniku...?
Małe trudności były,by się zawrócić,ale co to było dla takiego zucha jak ja ;).Trochę przygazowałam i pojechałam.Miałam aparat w pogotowiu,by zrobić fotki okolicy,by mieć je w czterech porach roku.
-Hehe!-myślałam sobie- Dam na bloga te same miejsce w czterech odsłonach! Niektórzy się posikają oglądając je!
Jechałam powoli i obserwowałam okolicę.Przy nasypie wycięto sporo drzew,droga rozjeżdżona przez traktor wyglądała normalnie,więc pojechałam na skróty.Ale mnie zastanowiła plama widziana z daleka.
-Co za cholera!?


Podjechałam bliżej i na moje oko to traktor z drzewem się zakopał w czasie odwilży.Objazd widoczny,ślady są ,więc jedziemy.Nie przyszło mi do głowy,że na skraju lasu może być nawiany śnieg,który topniał,zamarzał,topniał ,zamarzał...Jechało się normalnie,tylko koleina była coraz wyższa,więc zwolniłam.Z autem zaczęło się coś dziać....i stanęło...
Wysiadłam ,by ocenić sytuację.Po stronie od kierowcy było śniegu tyle co nic,a po drugiej na pół koła.Ponadto mnie ściągnęło w stronę nasypu kolejowego.Tylne koła wypadły z koleiny i auto nie miało sił.Gdybym się spodziewała to bym zastosowała bardziej brutalny styl jazdy i prawdopodobnie bym przejechała mocno gazując.Trzeba było odgrzebać śnieg i próbować.Kilka minut grzebałam,kopałam i próbowałam jechać bujając się przód-tył,przód-tył.Trochę się posunęłam,ale w gruncie rzeczy w głębszy śnieg.I okazało się,że od ostrego dawania gazu  zakopuję się coraz bardziej i już trwale stoję w miejscu!Znów zaczęłam kopać i wygrzebywać śnieg butami .Rezultat był nikły,bo samochód zawisł na całej swej długości auta kombi.Zdjęłam kurtkę,bo czułam już uderzenie ciepła,a nawet gorąca!Od szybkiej i ciężkiej pracy dżinsy mi się obsuwały,a sweterek pochodził w górę i oprócz wytężonej pracy musiałam pilnować by plecy nie świeciły golizną .Buty już przemokły,wiec trzeba coś kombinować.Wyciągnęłam z bagażnika klucz do kół i tym kluczem pomagałam sobie.Starałam się wepchnąć pod koło gumowe wycieraczki/chodniczki.Weź tu wepchnij jak auto obsiada.Śnieg dokoła auta był ubity od samego topnienia.Stojąc na śniegu nie zapadałam się pod jego pokrywę.Auto wisiało na tafli zamrzniętego śniegu...
-K****! Musiała tu być porządna zaspa!-pomyślałam już ze złością. -Ale co tu robić z tym bydlakiem(o auto chodzi)?!Jak go wygrzebać?Jak zadzwonię do Chłopa to opierdol murowany za moją bezmyślność!
Nałamałam gałęzi z pobliskich drzew.Wycieraczki nie wchodziły pod koła to pomyślałam,że podłożę gałęzie...
Ale niestety nic to nie dało...Ani dalsze grzebanie w śniegu,ani bujanie tył-przód.Auto wisiało prawą stroną na śniegu...
-Ja pier***ę!!!-wkurzyłam się już sama na siebie ,bo dyszałam jak zganiany koń.
Ubrałam kurtkę,zamknęłam auto i poszłam w kierunku drogi asfaltowej.Serce mi waliło bardziej niż przy wchodzeniu na most.
-Co tu robić? Czy szukać kogoś z traktorem?Ale kogo jak nawet nie znam zbytnio ludzi z okolicy. A może zatrzymać kogoś na drodze? A kto się zatrzyma?I linę trzeba...-myślałam nerwowo.

 Szłam nie wiedząc co robić.Postanowiłam zadzwonić do znajomego co mieszka nieopodal.Był w domu z dziećmi,ale rozmowa urwała się nagle.
-Cholerny zasięg!
Szłam nadal w kierunku drogi i widząc "dzikie" boisko(Łimblejem zwane) wpadłam na genialny pomysł!
-Wyrwę deskę z ławki i podsadzę pod koło.Powinno się udać!
Z entuzjazmem wybrałam deskę w której było 2 gwoździe.
-Nic tylko znaleźć kamień i walnąć kilka razy.Nie mogę ryzykować przecież,że złapię gumę w tym  śniegu!-myślałam naprędce...
Jeden gwóźdź wyszedł bez problemu,a z drugim musiałam się trochę namęczyć.Ręce i paznokcie i tak były czarne( szkoda mi było czarnych skórzanych rękawiczek).
Jednak pomysł z deską nie okazał się tak wspaniały jak mi się wydawało.Nie było opcji by ją wsadzić pod koło.
-Podnośnik!-przyszło mi nagle do głowy.Zapobiegliwy Chłop włożył dwa drewniane klocki do wnęki na zapasówkę.
-Klocek na sam spód,potem podnośnik na klocek i podniosę do góry trochę i wsadzę deskę i wyjadę-myślałam z nadzieją.Ale im bardziej podnosiło się auto,tym bardziej klocek wbijał się w śnieg...A śnieg był tak ubity,że nie miałam już sił grzebać.Ponadto od podciągania spodni wyrwała się szlówka.
-Moje ulubione dżinsy...-pomyślałam z żalem sama do siebie-Ale zszyję.Aby tylko wyjechać z tego pie*******go śniegu!!! Czemuż to przyszło mi do głowy jechać tą drogą...?
Ponowiłam próbę podniesienia auta po raz ostatni.
-Jak mi się nie uda tym razem to idę-pomyślałam nie zastanawiając się dokąd pójdę...
Deska weszła pod koło i widać,że się po nim tylko ślizgała/ kręciła ,gdy próbowałam ruszyć.Z rezygnacją pozbierałam wszystkie wydobyte rekwizyty,zamknęłam auto i poszłam szukać pomocy.Ze złością patrzyłam,że wszędzie mało śniegu,a gdzieniegdzie nie ma wcale,a ja wiszę na śniegu.Dochodziłam do najbliższych domostw,tam gdzie mieszka znajomy co się z nim próbowałam porozumieć przez telefon.Drogą nadjeżdżał mały dostawczy bus.I miał hak!I skręcił na najbliższe podwórko do wyremontowanego domu.Czym szybciej pobiegłam za tym autem.Z auta wysiadł pan w wieku około moim.
-Kurde! Jak dobrze,że dziś normalnie wyglądam! że mam włosy uczesane,oko zrobione i nie ubrałam się jak dresiara-pomyślałam
-Dzień dobry panu.Mogę chwilę przeszkodzić?
-Dzień dobry.Słucham pani.
-Mam problem.Zachciało mi się pojechać nad Bug.Zajechałam od wsi Olędry a wracałam wzdłuż torów i zawisłam na śniegu choć nic na to nie wskazywało.Byłby pan w stanie mi pomóc?
-No czemu nie.Abym miał jakąś linę,a nie wiem czy mam, bo to nie mój samochód.Zaraz sprawdzę.Aby lina była to panią wyciągnę.
Liny nie było.Umówiliśmy się,że ja szybko załatwię linę i pan mnie wyciągnie.
-Tylko zbytnio czasu nie mam.Wie pani?
-Postaram się jak najszybciej.
  Pobiegłam do znajomego do którego telefonowałam.Dzwoniłam do drzwi,ale długo nikt nie wychodził.Z niecierpliwością zerkałam to na drzwi,to na dom pana -przyszłego wybawcy.
-Z dziećmi siedzę i temu tak długo nie wychodziłem.Coś się stało,bo rozłączyłaś się czy zasięg zaginął?
-Zasięg słaby albo go wcale nie ma .Masz linę pożyczyć?
-Co się stało?
-Jechałam znad Buga i przy ostatnim bunkrze przy "Łimbleju" zawiesiłam się.
-Passatem czy golfem?
-Passatem...
-A kto Cię wyciągnie?Bo ja swoim małym to nie wiem czy dam radę.Zależy jak się zawiesiłaś.
-Całkiem nieźle... i opowiedziałam o swoich poczynaniach.
-Idę ,bo sąsiad twój ma mnie szarpnąć.
Pobiegłam.Stanęłam przy aucie w oczekiwaniu na pana-wybawcę.Usłyszałam stukanie w okno balkonowe i pan pokazał mi,że już idzie.Chyba palił w piecu,bo z komina dymiło całkiem nieźle.
-Wsiada pani.Jedziemy.A wogóle da się tam dojechać,bo ja tam bardzo dawno byłem.
-Ja bym dojechała.
-To pewnie i ja dojadę.
Te kilka minut wolnej jazdy zajęła nam rozmowa.Dojechaliśmy na miejsce.Pan zawrócił od razu ustawiając się tyłem..Wysiedliśmy i podczepiliśmy wspólnie linę.Pan mnie poinstruował,że mam odpalić auto itd...
-Spokojnie.Wiem o wszystkim o czym pan mówi.
Chciało mi się śmiać po owych pouczeniach,bo wydało mi się jasne,że powinnam wspomagać busika a nie patrzeć jak świnia w niebo ;)
Pierwsze szarpnięcie ruszyło tylko mego passata.Śnieg  spod kół fruwał powyżej dachu auta.Za trzecim podejściem poszło z pół metra.Rozgarnęliśmy deską śnieg pod autem.
-Ale się pani tu napracowała.
-To mało powiedziane-powiedziałam z sarkazmem.
Za 6 szarpnięciem passat wyjechał
-Huraaa!!!!-wrzasnęłam sama do siebie.
Czym prędzej wyskoczyłam z auta.
-Dziękuję bardzo,ale to bardzo!Jak się panu zrewanżować?Zapłacę czy kupić coś na wieczór sylwestrowy?Mam bzika na punkcie robienia nalewek.Mogę w ten sposób.No nie wiem.Może pan sam powie-szczebiotałam.
-Spokojnie.Daleko nie jechałem i długo nie szarpałem.Dobrze,że się udało.
-Bardzo,a to bardzo panu dziękuję.Nie każdy napotkany by chciał pomóc obcej babie.
Pożartowaliśmy jeszcze i pan pojechał.Ja odwiozłam linę znajomemu i też do domu.Sprawdziłam tylko czy Chłop więcej do mnie nie dzwonił(bo słyszałam tel w początkowej fazie swego grzebania się w śniegu).Nie dzwonił.
Dopiero odczułam jak jestem zmęczona.I rozgrzana.Policzki mi paliły,a rumieńce miałam aż pod same oczy.Wjeżdżając do garażu pomyślałam sobie,że passat w ramach odwetu za poranne otarcie zderzaka o betonową futrynę się zemścił ...
-Trudno!Ale nauczę się wyjeżdżać na wstecznym z garażu patrząc w lusterka,a nie oglądając się do tyłu i to czysty przypadek losowy,że akurat te dwa incydenty w jednym dniu.Ten drugi  przypadek incydentem raczej nie jest.Chyba wolałabym przejść kilka razy przez most niż się grzebać w tym śniegu.Przeszło 2 godziny straciłam.Ale przeszłam przez most!
UFFFFFFFF!!!!



Okolice traumy śniegowej ;)-(klik)

P.s.
Ostatnie zdjęcia w w/w poście są z okolicy opisanych przeze mnie zdarzeń.Licząc od tyłu to  od trzeciego do piątego.Może zagwozdkę ktoś rozwiąże?
;)








niedziela, 30 grudnia 2012

Co za dzień!

Rano obudził mnie jak zwykle budzik i jak zwykle nie chciało się wstawać.
Nie chcę,ale muszę się zwlec po 5-niestety,albo stety .Po porannych zajęciach  przy zwierzętach i innych z tym związanych zadumałam sobie,że się pobyczę.Ale chory Młody w czasie mojej nieobecności  zajał moje łóżko i zamierzenia spęzły na tym,że zrobiłam kawę sobie i herbatę Chłopu.Chłop oczywiście podkradał(podpijał ).Załączyłam komputer i poczytaliśmy sobie to i owo.Trochę podrutowałam(szalik na drutach robię jakby co). Z braku etatowego palacza pieca C.O. wypadło akuratnie na mnie.Więc ze spuszczoną głową podążyłam do piwnicy.Piec rozpalony,drzewa poskładane (co je wczoraj z braku rozrywki Chłop taczką nawoził), słoiki do wyniesienia na strych pomyte i ustawione w kartonie,koty wygłaskane i można by było coś w kuchni działać w związku z obiadem.Ale nic z tego,bo trzeba użyć tłuczka do schabowych ,a szanowna młodzież śpi.Zamyśliłam pójcie na spacer do lasu,ale zapchany syfon pod zlewozmywakiem  zabrał mi czas,pomógł rozciąć palucha.Na paluchu drugiej ręki odkryłam wbitą wielką drzazgę."Niedzielę trza święcić"(czy jakuś tak)-pomyślałam sobie.Chłop drzemał na kanapie i nie chciało mi się go budzić ,by dokończył rozróbę w kuchni.Młody miał trudności,by się zmieścić w szafce w celu złożenia syfonu.Z palcem na opatrunku skręciłam sama,a Młoda skwitowała:"Baby to wszystko muszą robić! Co za czasy!".
Obie zaczęłyśmy rządzić w kuchni.Młody został posłany po ziemniaki,marchew i mleko.W planach obiadowych była ryba pod beszamelem,schabowe i kotlety sojowe.Ponadto ziemniaki gotowane w mundurkach i tradycyjnie.Kapusta zasmażana z marchewką i suszonymi pomidorami.
-Mamo! A te ciasto zrobisz?-zapytała Młoda.
-Jak mikser będzie działał to tak.Jak nie będzie działał to ciasta nie będzie wcale albo się wkurzę i jutro nowy zakupię.
-Ojciec! Mikser naprawiać marsz!-stanowczo ale żartobliwie krzyknęła Młoda w kierunku kanapy.
-Czego się drzesz?On już naprawia.Widziałem jak chodziłem po ziemniaki.
Fajnie tak z młodymi pogadać.Jedno mi opowiada jak było na wczorajszym ślubie cywilnym i przyjęciu po nim.Drugie co robili na urodzinach u kolegi.Przy okazji sprzeczka kto obiera obieraczką  i kto  najmniej naobierał.Wyszło,że ja najmniej.
-Będę mniej jeść i już.
-Pewnie-śmieje się Młody-ja najwięcej naobierałem i najwięcej zjem.
-Jedz moją porcję-mówi Młoda.
-A co boisz się,że przytyjesz?
-Taa.Jasne!Od dwóch ziemniaków!
 I zaczęli się sprzeczać na żarty.Bardzo lubię owe ich przekomarzanie i jak to teściowa zwie"szlifowanie języków"
W oczekiwaniu na ziemniaki Młody zaległ na kanapie z laptopem.Młoda nie byłaby sobą gdyby go nie zaczepiała.Normalna ich zabawa polegająca na zaczepianiu się,drażnieniu ściąganym kocem itp.
-Ojej! już go nie zaczepiam,bo babcia siedzi na krześle przy komputerze i pilnuje-szepnęła mi na ucho Młoda.Jakby mało było mi gimnastyki pod zlewem to jeszcze gaz się skończył.
-Cholera!Trzeba butlę zmienić, a Chłopy wyginęli nagle-poskarżyła się Młoda.
-Zaraz wymienię.Spoko!A bo to pierwszy raz.
-Oj mamo,mamo! Ten ojciec za dobrze ma.
-Noo!Mam sprawny mikser!-oznajmił Chłop wkraczając dumnie do kuchni.
-Noo! A my mamy obiad pyszny!-odpowiedziała Młoda.
-Pyszna ryba!Tak pyszna,że gotowam siedzieć przed piekarnikiem z wywieszonym jęzorem
-Zaraz spróbujemy-roześmiał się Chłop.
I co się zdarza raz na 100 lat wszyscy zasiedliśmy do obiadu.
-I powiedz tatusiu,że pyszną rybkę zrobiłam-zatrzepotała rzęsami Młoda.
-Może być-tradycyjnie odrzekł Chłop.
-No wiesz!Może być!!! Też mi coś! Oddawaj jak tak mówisz!-bulwersowała się (oczywiście na żarty Młoda)
-Duraki-kręcił głową Młody.
-Babciu? Dobra ryba.Prawda?
-Bardzo dobra-odpowiada babcia.
-Nie marudzić przy jedzeniu!Zaraz mam dla Was robotę!-wcięłam się w słowo.
-Co wymyśliłaś?-mówiły pytające spojrzenia młodzieży,bo do nich kierowałam te słowa..Wynieść słoiki na strych trzeba,sprawdzić czy okienko w kotłowni otwarte,by koty mogły chodzić,sprawdzić piec,zagnieść ciasto pod sernik.
-Nawet w niedzielę nie da spokoju-marudził Młody.
-A czym ty taki zmęczony biedactwo-zgrywała się Młoda chcą go potarmosić po włosach
-Wyjdź!-bronił się Młody-Nie kudłacz mnie.Wczoraj pomagałem mamie, aTy byłaś na baletach.
-A po Ciebie to gdzie jeździłam?Też byleś na baletach.
-Ojtam! Posiedziałem z kolegą 3 godziny,a że pociągu ani autobusu nie ma to moja kochana mamusia po mnie przyjechała.
-To teraz w ramach kochanej mamusi pomożesz!
-Hahahaha.Ale się wrobiłeś-śmiała się Młoda.
   Wieczór minął niepostrzeżenie .gadałyśmy sobie to z Młodą,to z Młodym.Kruszyliśmy przy tym zioła na przyprawy .
-Tak pachnie ,że szok.
-Toż to z ogródka to pachnie inaczej niż ze sklepu.
-Mamo.Jutro koniecznie do krawcowej pojedziemy.I do koleżanki mnie zawieziesz.
-Mam inne wyjcie?
-Masz! dać mi samochód-i  tu uśmiech z wyszczerzeniem zębów.
-Już pół prawka mam,a drugie pół lada dzień.
-No jak zdasz jazdę za pierwszym razem to szacunek tobie!!!
-Mam taką nadzieję.
-Nadzieja matką głupich ;)
-Głupia jesteś? Nie sądzę
-Tak mi się powiedziało tylko.
   Minął dzień,minął i nastał wieczór.Włączyłam swoje ulubione radio internetowe i słuchając muzyki zawzięcie drutowałam.Potem przeprowadziłam ciekawą konwersację na skype.Potem znów do kuchni.Przygotowując sernik do pieczenia musiałam odpędzać się od intruzów.A to mak mi pojadali,a to ser i uciekali z chichotem po kątach.
Chłop siedział na kanapie i wcinał dynię na słodko ze słoika zaabsorbowany   "Tańczącym z wilkami"
-Jak ten przetwór -zapytałam.Odpowiedzi nie było,a my z Młodym wymieniliśmy się porozumiewawczym mrugnięciem oka.
-Słyszysz????
-Czego się drzesz?
-Pytam czy przetwór dobry.
-Dobry.
-To D. robiła
-Bardzo dobry!
-Hahahaha.Masz mamo patent.Jak coś gotujesz  lub robisz to mów,że ktoś inny robił to będzie Cię chwalił.
  Młody przymierzał szalik.
-No matka! Zaskakujesz mnie.
-Czym???
-Tym,że umiesz na drutach robić,a potem tym,że wyrobisz się w obiecanym terminie z tego co widzę.
-Staram się.
I dostałam buziaka od 182 cm młodzieńca.Młoda zrobiła polewę do sernik(jak aksamitna jej wychodzi!!!!) i zabroniła wraz z  groźbą odebrania życia ruszać blachę z ciastem.
Ja spróbowałam i prze to poparzyłam jęzor.W sumie chyba za to,że o 21 nie powinnam jeść ciasta.Ale ja tylko mały kawałeczek...Sprawdziłam czy dobrze upieczone ;)

Chachali się jeszcze niedawno ,a już cisza.
Cieszę się,że dogadują się ,że mają wspólne plany,wspólne tajemnice.Jak byli mali to tłukli się prawie na zabój.Pewno śpią.Laptopy  jak zwykle pod łóżkami. Wszyscy śpią, a ja siedzę przy "klikadle" i klikam.
To był dzień!

I tak słuchając radia utkwiła mi w głowie ta piosenka.Zresztą chyba mało znana lub zapomniana



sobota, 29 grudnia 2012

Dlaczego mnie to nie bawi?


By się bawić i TU i TERAZ... By czekać **ujwie na co. By napić się wstrętnego szampana.By złożyć sobie życzenia/oczekiwania.
  Mam za sobą już sporo sylwestrów.Zawsze to były domówki od 4 do 10 osób plus dzieci. Były tańce,alkohol i petardy.Nigdy nie zapomnę strachu na twarzy starszej kobiety mieszkającej w sąsiedztwie naszych gospodarzy u których to akuratnie spędzaliśmy noc sylwestrową.Strach był spowodowany hukiem petardy w jej oknie.Sprawca był "na cyku" i zrobił to niechcący,a ja niechcący to pamiętam do dziś...

  Oczekiwanie na godzinę 0 mnie drażni.Codziennie o tej samej porze wskazówki wchodzą na siebie i nikt z tego powodu nie wiwatuje.Toż to tylko ostatni dzień w miesiącu i w roku.To tylko wymiana kalendarza.
Drażnią mnie pytania znajomych -"Czemu nigdzie nie idziecie?"( w sensie na imprezę zbiorową).
A ileż to trzeba/można tłumaczyć się,że  nie chce  się iść na bal z w/w powodów?

  Na bale  nie chodzę,szampana nie lubię(niektórych nie znoszę wprost),petard już lat kilka nie kupuję ,a tym bardziej nie strzelam z nich.
Dla mnie to zwykły dzień.Siądę sobie wieczorem w swoim fotelu na kółkach i będę drutować.Dla wygody nogi oprę na pufie ;).Może wyślę Chłopa do piwnicy po jakaś nalewkę...?
Młodemu obiecałam,że w nowym roku będzie miał swój upragniony szalik.Ponadto Młody stwierdził,że :-Nie dam się namówić kolegom,by wyciągnęli mnie z domu.Będę z tobą mamuchna.Może "Seksmisję " obejrzymy?

Co do tego wieczoru w fotelu to wolałabym fotel bujany  (kiedyś sobie kupię! A co!) i "Mistrza i Małgorzatę" obejrzeć,ale spierać się o to nie będę,bo TV mnie nie ciągnie,a ponadto emitowaną kolejny raz komedię znam chyba na pamięć.

Zwyczaje w sylwestra w naszych okolicznych wsiach to nie tylko strzelanie z petard.To robienie kawałów śpiącym sąsiadom( w sensie,że nie czuwającym w tę noc ) .
A to bramkę wyniosą,a to 3 metrową bramę zdejmą z zawiasów i rzucą w śnieg,a to drogę słomą wyścielą od panny do kawalera. Z opowieści znam taki przypadek,że wóz konny znalazł się w stawie.Właściciel nie dopatrzył się braku sprzętu po nocy sylwestrowej,a gdy się dopatrzył to był 20-stopniowy mróz i furmanką do wiosny jeździły karasie .Gospodarz był wściekły,a wyrostki zadowolone i przeszczęśliwe. Pytam kiedyś jednego z nich(dziś dorosły chłop):
-A jakby tobie ktoś coś takiego zrobił?
-Mnie? Żartujesz chyba?

Tak...To jak tym dowcipie:
Idzie Jasiu na wojnę. W domu płacz i lament. Jasiu próbuje pocieszać:
-Nie płaczcie. Zabije szybko kilku Niemców i wrócę. Obiecuję.
  -A jak cię zabiją?
Jasiu odrzekł ze zdziwieniem:
- Mnie? Ale k****  za co?

 Psy i koty mają "przerąbane". Bo jak tak rąbnie znienacka petarda to zwierzę nie wie co się dzieje!
Nasze podwórkowce  mają przywilej bycia pod ochroną w tym dniu.Koty w kotłowni,psy w piwnicy lub w garażu.A petardy już w pierwszym roboczym dniu po świętach były widoczne wszędzie...


"Jak się szlachta bawi to koszta się nie liczą" i sruuuuu z 500 zł w powietrze ...I ani ekologia ,ani ekonomia nie przemawia nikomu do "dyni"...
...a ja będę zbierać przy swojej posesji pozostałości z petard po hucznie świętujących sąsiadach.Nie zwrócę im uwagi,bo jak zwykle są w rozjazdach,a ich mamusia powie,że  nie wie co młodzi robili. Do mamy przyjechali z dalekiej  Belgii na święta i nowy rok.No cóż... Szlachta się bawi,a plebs sprząta ;)

Ponadto chińskie rakiety,komety,kule,race itd...będą rozświetlać nasze podlaskie niebo ponownie 13 stycznia.I weź tu bądź radosny w sylwestra ... ;>




Dobrego Wam wiele życzę ! 
:*



środa, 26 grudnia 2012

Rejestrator myśli

Przydałoby się takie coś .No nie ...?
Chociaż może i nie,bo dla  złych myśli jest to zbyteczne.
Jednak ja chciałabym coś takiego posiadać.Choćby dlatego by utrwalić myśli o których chciałabym napisać lub komuś powiedzieć co myślę.Tak jest i z moim ostatnim postem.Chciałam napisać,że na wigilię pijemy zawsze czerwone wino.Zawsze to może przesada,ale pijemy.Zapewne od tej pory jak udało mi się zrobić pierwsze dobre i zdatne do wypicia wino w 2002 roku.Mam opatrzone nalepką dlatego pamiętam.Wino pijemy wszyscy.Dorośli i dzieci też.Dzieci jak były mniejsze dostawały po kieliszku od wódki ,a my tradycyjne po lampce albo i dwóch.Zależy to od chęci,od czasu itd...
-"Dzień postny"-kołacze mi gdzieś we łbie stwierdzenie mojej matki...
-Tyle się w swoim młodzieńczym żywocie napościłam,że dość! -rozumują moje szare komórki
Co do mojej matki.Chciałam zrobić "jak ludzie" wielką rodzinną wigilię,gdzie siedzi kilka pokoleń.Okazją była wprowadzka do nowego domu.Mam teraz warunki,co nieco umiem gotować to niech by było rodzinnie.Jakby było nie wiem.
-Babka by tylko Ci morały prawiła.Ja już to wiem.I narzekałaby na chory żołądek ,a żarłaby jak świnia.I gadałaby,że po co wino,że dziadek jak spróbuje to będzie chciał wódki-skomentowała 12-letnia wówczas Młoda.
Dziecko miało rację niestety. I wspominaliśmy ostatnią wigilię w starym domu.Jak po wigilii poszliśmy wszyscy do nowego domu by umyć się pod prysznicem.Potem leżeliśmy na stercie płyty gipsowej i graliśmy w warcaby i szachy. W szachy graliśmy dzieląc się na drużyny 2 na 2.Zawsze drużyna w której był Chłop wygrywała.
-Trzeba myśleć -śmiał się Chłop i opowiadał dzieciom jak to ja ze złości rzuciłam kiedyś szachami,gdy(jak zwykle!) przegrałam.
-Bo ty oszukujesz!!!!-warknęłam-Mówisz,że pójdziesz laufrem,a wyskakujesz konikiem
-Mamo! Mieszkacie tyle czasu razem i nie wiesz,że to zgrywus jest!
I zaczęli wariować,napadać jedno na drugie.
Za jakiś czas stanęła w tym miejscu kanapa i działo się podobnie.Młode kontra Chłop.I walczyli ma żarty ;)
-Weź go za rękę!!!!i trzymaj mocno!
-Nie łaaaaaaaaaskocz mnie!
Może lepiej odzwierciedli zabawę ten tekst(skopiowany z pewnego forum ):

Co do zabawy z dziećmi to jeszcze nic!!!!Moje 14 i 16 letnie i 43 letni(też jak dziecko :lol: ) tak potrafią się wygłupiać,że po 5 latach użytkowania kanapy ekologiczna skóra w niektórych miejscach nadaje się do wymiany,ale...liczy się dobra zabawa!!!
Zazwyczaj Młode napadają na Starego i tylko okrzyki:przyduś go!!!! K. przyduuśśśśśśśśśś!!!! Ratuj mnie,bo trzyma mają nogę!!!!!Łaskocze mneieeeeeeeeeeeee cccccccccccccccchhhhhhhhhhhhhhhhhhaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!
Akcja często przenosi się na dywan,a babcia słysząca tumult w domu przybiega z okrzykiem :"co wy wyrabiacie!Dom aż podskakuje!!!"
Wygłupy trwają aż ktoś opadnie z sił,albo się podda dosiadany np prze dwoje młodych(tzn tatuś powinien się poddać ;D),albo babcia leci z jakimś paskiem(zazwyczaj bez klamerki :lol: )bo :"ja wam dam!!!dom demolujecie!!!bałagan robicie!!!!.....Brygada ucieka wtedy po kątach czyli kuchnia,salon,korytarz i tak wkoło(Uu mnie można się tak "ganiać" ;) a babcia pędzi za nimi :lol: .Potem wskakują na fotel lub kanapę i bo babci:-"my takie grzeczniutkie....".Babcia:-No! Spokój ma być! I jest :D ale tylko chwilę i harce od nowa...wpierw cicho a potem harmider i okrzyki narastają w miarę rozochocenia się w zabawie.Nieraz i napadną na mnie,ale mam problem bo nie wiem w której mam być drużynie :lol: czy z Młodymi czy ze ślubnym :lol: ,bo ani mi na nich napadać,ani na niego :lol: ,a od Teściowej paskiem też mi się nie marzy dostać ;) 



Chyba obecnie nie udałoby mi się tego tak dokładnie opisać ;>

*********************

Wczoraj łopatowałam śnieg sprzed garażu wraz teściową.Potem poszłam na podwórko obrządzać dobytek.Gdy przyszłam pod garaż ujrzałam zwały śniegu.Tym razem łopatowanie i taczkowanie było.Gdy zostało ok 1/4 zaczęłam liczyć taczki.6 naliczyłam.Z pobliskich stawów kaczki krzyczały:kwwwa!kwwwa!kwwwaaaa!...
-Ot chamki jedne !Śmieją się z nas-powiedziałam do teściowej.
-A co im.Siedzą w wodzie i zadowolone i w dupie mają-dopowiedziałam.
A dupy to mi tylko pokazały rano,gdy chciałam im zrobić zdjęcie-to już pomyślałam.



I cholerne zwały śniegu ;/


Chyba przez ten śnieg dziś zaspałam.Wyrwałam z łóżka w tempie expresowym i zdążyłam tylko pomyśleć co mi się śniło(zapewne i jak zwykle coś głupiego-dobrze,że nie wierzę w sny). Ale nie pamiętam.Potem nie wiem skąd przypomniał mi się fakt z sprzed lat.
Rozmawiałam z sąsiadką.Jej córka jadła banana.Mojej też się zachciało banana i to tego samego co jadła jej mała koleżanka.Był płacz i wrzask ,a dziecko jadło i nie zamierzało się podzielić.
-Spokojnie.Pojedziemy do miasta kupię Ci banana.Sama wybierzesz jakiego zechcesz-uspakajałam wówczas jeszcze bardzo młodą Młodą.
-Taaaaaaaak.Znów powiesz ,że nie masz pieniążków-chlipała Młoda.
    Potem we łbie mi kołatały pochwały nauczycielki z klasy zerowej,że "K. jest bardzo koleżeńska.Pomaga cały czas o rok młodszemu chłopakowi.Rodzice go wysłali do zerówki rok wcześniej,ale on nie daje sobie rady.Dobrze,że K. jest taka koleżeńska,bo ja bym miała z nim urwanie głowy"
Wspominam nieraz z młodą ten fakt.
-A taki debil z niego wyrósł,że szok...
-Czemu tak mówisz?
-A! Szkoda gadać...-żachnęła się Młoda.
Nie pytałam więcej.Miałam w oczach matkę dziecka,gdy na wywiadówce szkolnej robiła słodkie minki do wychowawczyni.Jakże ona "słodziła"!!! A jakże ja tego nie cierpię !!!

Młody!
Gadałam z nim wczoraj na GG.Telefony się zbiesiły i ani sieć Play ani Orange nie działa normalnie.Dobrze,że jest GG.
Rozstrzygaliśmy bieżące sprawy czyli kwestię powrotu z "pierwszych" świąt.
-Nie chcą nas puścić do domu-pisał Młody
-Ale K. ma w czwartek jazdę i musi być w B-stoku ,bo lada dzień egzamin ma
-Wujek każe Cię pozdrowić i masz żałować żeś nie przyjechała.
-Taaa... Z krowami ;>  Ciekawe czy krowy pociągiem można przewieźć  na bilecie ulgwym.Nieletnie przecież <rotlf>
-No! Wujek mówi,że lubią wołowinę<hahaha>
-K.mówi,że pojedzie prosto na B-stok.Taniej nawet :D
 -I nie będzie wracać do domu do soboty?
-Mówi,że nie:)
 -A za świadka w dżinsach pójdzie? :D
-Zapomniała,że ma być świadkiem na ślubie cywilnym<hahaha>
-Z wujkiem dyskutuje i nie myśli o co pytam ją ;P
 -Szalik robisz dla mnie? <prosi>
-Przecież święta są <rotfl>
- ;(
-Na nowy rok Ci zrobię.Idę spać,bo wujkowie będą się śmieć,że syn z matką na GG pisze ;
- Koledzy z internatu się nie śmieją,to wujek też nie będzie

I na koniec dyskusji dostałam emotka <buziak>

Swoją drogą to mój Chłop bardzo lubi emotki,choć do komputera na szczęście nie lezie ;P

Myślałam dziś o Młodym jak z żalem oddał nowiutki plastykowy(żeby nie było !) karabin maszynowy dla syna koleżanki.Obaj płakali.Mój Młody:
-Ale już nie ma straganów na Grabarce i nie kupisz mi.Zresztą Ty mi nigdy nie kupisz,bo skodujesz pieniędzy!!To wujek mi kupił,a ty kazes oddać.......-beczał.Nie wspomnę co pomyślałam o wujku ,który chciał się postawić i kupił najdroższą i najgłupszą zabawkę jaka była na straganach.
-Ja chcieeee kalaaaaabinaaaa....!-płakał synek koleżanki.
-Oddaj mu na jakiś czas.Toż jego tato za granicą daleko,a on w szpitalu był,bo chorował.A lekarze nie mogli wybadać co mu jest.
-No dobzeeee....oddaaaam-chlipał młody wówczas Młody.

Niedawno wspominaliśmy ten incydent.Młody doskonale to pamięta.
-Jak lekarze go badali,że nie widzieli,że gdzieś przy płucach kłos siedzi???!!!  A D.pewnie płakał na pogrzebie...?Odwiedzę go wiosną jak będę miał prawko na motor.Pojeździmy razem.On skuterem a ja motorem.
[Wspomnianemu młodzieńcowi niedawno zmarł ojciec ]

Młody miał mi pomóc w robieniu pierogów.Ale zapewne będę musiała sama się wziaść.
"Liczył died na mied a chołodnyj spati poszoł"-jak mawia moja koleżanka z pracy.
Druga odpowiada:
-Mów po polsku.
-A Ty nie mów do mnie okey-wtrąciłam zgryźliwie i pomyślałam,że ludzie "som gupie"(niektóre oczywiście).
Dziwne to dla mnie,bo pracuje przecież razem z Białorusinką,która mieszka nieopodal mnie.Dziś przejeżdżałam przy jej domu.Ciekawe jak jej się układa życie.Wyjechała z Białorusi,;ma dwoje dzieci,pracuje w naszej firmie już jakiś czas;pobudowała mały zgrabny domek wraz mężem.Mąż jej jest Polakiem.Z opowiadań wiem,że wcześniej uwielbiał bardziej niż żonę alkohol.Ciekawe czyz drugą żoną też tak ma.A jest takim sympatycznym facetem.Zresztą ona też.
Jadąc rano samochodem przełączałam z programu na program radio.Wszędzie kolędy.Mimo,że nie szaleję za kolędami to zaczęłam na głos śpiewać wraz artystką "Lulajże Jezuniu".Dobrze,że słuszałam tylko ja,bo talentem muzycznym nie grzeszę .
Moja siostra przyrodnia to dopiero ma talent! Pamiętam jak w podstawówce grała na flecie tę kolędę i nie było jej równych.Talent też ma do innych rzeczy.Do własnej głupoty i lamentowania jaka to ona nieszczęśliwa.
-Mamo! Tej ciotce chyba odbiło.Jest w ciąży i pije wódkę.Urodzi chore dziecko jeszcze i ja jako chrzestna będę musiała patrzeć!!!Powiedz jej coś jako starsza siostra.
-Nic się nie stanie-odpowiedziała mi siostra na moje zarzuty.
Z kobietą w ciąży nie wypada się bić ani jej bić.Szczęściem dziecko jest zdrowe i ma obecnie 4 lata.


Oj! Zarejestrowałam tych myśli FULL!
Chyba tak dużo myślę będąc sama w domu.No nie sama,bo z teściową.
A teściowa fochnęła się na mnie z samego rana ,bo rozrobiłam sok z winogron z niegotowaną wodą.
-Sraczka będzie-rzekła zaczepnie.
-Nic tam nie będzie.Tyle lat pijemy kompoty z dodatkiem niegotowanej wody i nic.Sama pijesz,ale nie wiesz -to już pomyślałam.
Zaraz jej foch minie.Poproszę,by mnie wyręczyła :).
Zapyta napewno:
-Dużo tych kartofli obrać?

 I teraz przypomina się moja sentencja jaka niespodzianie mi się wymyśliła w rozmowie z kumplem "z wojska"

Poznasz smak soli jak jej wór wpierdolisz.







Rozmowa była prze komunikator i uwieczniłam to w opisie,ale dam tu by nie zapomnieć,by zarejestrować póki pamiętam.


I tak chyba myślę,że dobry dzień przede mną czego i życzę czytelnikom bloga w tym świątecznym dniu.Posłucham sobie muzyki i w międzyczasie będę coś robić :)