Moje przemyślenia,wspomnienia,radości,smutki,rozterki...
Trochę o mnie,
trochę o życiu
i o całym "bałaganie" z nim związanym...
Stosuję bardzo prostą filozofię Alice Roosevelt Longworth : Napełnij to co jest puste. Opróżnij to co jest pełne. Podrap tam gdzie swędzi.
Lubię poznawać świat i ludzi.
Kiedyś tak sobie gadałam z moją Młodą...Że świat jest podły,że ludzie są podli.Że wiele nie jest tak jak być powinno.Gadałyśmy o rzeczywistości i o odległej przeszłości analizując co i jak wpływa na naszą psychikę i skąd się biorą ludzkie kompleksy.Młoda szczerze mówiąc chciała "wyśledzić" co mnie tak stresuje,a ja nie umiałam jej powiedzieć ,że i ona też..Weź tu bądź "mondry"...
...bo!
...ile to razy myślisz o czymś uporczywie i się tym denerwujesz, a potem wydaje się to śmieszne i małostkowe...
...ileż to razy wyprowadzają z równowagi naprawdę poważne problemy i trzeba panować nad sobą by w amoku nie zrobić czegoś głupiego,co potem trzeba będzie żałować...
...ile to razy zbierze się do kupy tyle,że czujesz,że już nie wydołasz więcej...(a jednak wydołasz!)
...i najgorsze,że nikt nie próbuje zrozumieć,że ktoś jest ewenementem i nie myśli stereotypami ogółu.No i przez to wszystko dopada człowieka marazm...albo jakaś "zawiecha" w życiu...
Ileż to razy można się utożsamiać z pewnym punkiem słuchając jak śpiewa...
Lata temu prawie identycznie myślałam!Punk jakby mnie zacytował,z tym,że ja nigdy nie twierdziłam,że nienawidzę świata.
W nawiązaniu do śpiewu punka pewna młoda osoba kiedyś powiedziała podobnie:
"Najlepiej myśleć ,że wszyscy są chujami,a jak spotkasz jakiegoś miłego i serdecznego człowieka to jakże wtedy jest miło i jak się z tego można cieszyć".
Stwierdzam,że jest w tym trochę prawdy,ale nie do końca.Mimo wszystkiego złego co mi się kiedyś przytrafiło wierzyłam,że kiedyś na mej drodze życiowej spotkam normalnych i dobrych ludzi.Przede wszystkim serdecznych i bezinteresownych;chcących pomóc,a nie zaszkodzić.
Spotykam różnych ludzi w życiu i różne z nimi mam relacje.Są tacy co ze zgorszeniem patrzą jak do 51-letniej koleżanki powiem "Ty stara patelnio" i za godzinę ze zgorszeniem patrzą jak "stara patelnia" pokazuje mi język(oczywiście tylko z sobie i mnie znanych powodów).Inni z pytajnikiem w głowie myślą czym nie wariatka,bo z córką na koncercie rockowym byłam. Inni nazywają mnie osłem widząc ,że załatwiam mnóstwo typowych męskich spraw za swego Chłopa.Jedni mnie bawią,jedni drażnią;ale nie chodzi mi o to ,by negować jakie kto ma aspiracje i cele w życiu.Cieszę się jak na mojej drodze są tacy jak ja.Trochę zwariowani,trochę stojący na uboczu i mający inne zdanie niż ogół.Tacy co żyją na swoją modłę i wbrew narzucanym przez ogół kanonom.Dziękuję tym ludziskom za to!Zwłaszcza Chuliganowi(kumplowi z pracy) co czasami zapytuje czemu jestem skwaszona i czy w związku z tym sama spałam.Pytanie to nie zmusza do jednoznacznej odpowiedzi na :"co ci jest? " i nie stawia pod murem.Można wykręcić się żartem albo można opowiedzieć jak to się dziś wnerwiłam.Chuligan często daje mi dobre rady na ból głowy i często-gęsto żartujemy z tych rad ,gdy wpadnie do mnie na kawę.Nieraz w pracy zmuszam go,by mnie poczęstował miętowym cukierkiem i pytam czy jego 5-letnia córka(moja chrześnica) jest grzeczna.Zawsze odpowiada mi,że jaka matka taka córka ;)
Koleżance o pseudo Mufka powinnam podziękować za kojąco-podtrzymujące rozmowy i refleksje o życiu i za troskę,gdy patrzy w moje zaczerwienione oczy.Jest 10 lat starsza ode mnie i wychowała czwórkę dzieci.Cóż! Z niejednego pieca chleb jadła i z niejednego ogrodu cebulę.Dziękuję jej za banalne i śmieszne smsy zza granicy. Serdecznie dziękuję starszej serdecznej pani za długie rozmowy połączone ze łzami wzruszenia.Starsza pani powinna mieć do mnie urazę za to co jej zrobiłam kilkanaście lat temu,a jest 89-letnią staruszką zachwyconą moim widokiem u drzwi swoich.Bardzo lubię,gdy zwraca się do mnie naprzemniennie w formie "pani", "ty" oraz "dzieciaku kochany".
Dziękuję też moim trzem starym "patelniom" z pracy,że zmotywowały mnie do robienia parowców ze śmietaną,filetowania kurczaka w celu zrobienia pysznej rolady i że nazywają mnie " kruszynką"(stąd mój nick) i że martwią się,że jak "kruszynki" niespodziewanie nie ma w pracy.
A teraz trochę z innej beczki...Trochę bardzo odległych wspomnień i refleksji...
W szkole(chyba) podstawowej napisałam bardzo ciekawą rozprawkę.Tematem był wiersz Różewicza "Ocalony" i jego interpretacja.Ja zinterpretowałam utwór jako odzwierciedlenie teraźniejszości.Ukazałam,że fraza"szukam nauczyciela i mistrza" jest aktualna w świecie bez wojny.W świecie niby normalnym,ale zakłamanym i pędzącym przed siebie na oślep.W świecie,gdzie bezbronna istota ludzka zastaje pozostawiona samej sobie.Czy to nie są odczucia ludzi z czasu wojny?Urywek tego wiersza będę chyba pamiętać do dni ostatnich...
"Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności"
Pewnego dnia pomyślałam sobie,że tacy nauczyciele i mistrze się zdarzają.Taki ktoś potrafi wlać balsam na moją duszę.Taki ktoś,kto jest serdeczny,rozbrajający i umiejący wskazać jak żyć w zgodzie z samym/samą sobą.Można się przed takim kimś upodlić i ukazać ubezwłasnowolnione myśli swe i mimo to być traktowanym jak człowiek.
Można w trudnych chwilach usłyszeć,że: "mam żyć z całych sił i uśmiechać się do ludzi,bo nie jesteś sam(a)."
Nie wypada dziękować komuś,że ktoś jest normalny ,bo to takie jakieś dziwne trochę.Pisząc myślałam o osobach z życia realnego i z życia wirtualnego.Mówcie mi "bym nie spinała dupy" ; że "dzień i tak będzie fajny"; że "mam nie przeżywać problemów innych,a trochę więcej patrzeć siebie" ;że "kto jak nie ty/ja da temu wszystkiemu radę!"
Nie jestem w stanie wyliczyć tych wszystkich usłyszanych i powiedzianych mi powiedzonek,bo wodospad myśli mi nie pozwala.
Niedawno usłyszałam:-"Wszyscy Cię kochają" i się rozryczałam,bo tak reaguję na to słowo.Czy to brak tego czegoś w pierwszej połowie mego życia jest moją reakcją na takie bodźce ?
Mimo tych złych i dobrych wrażeń z życia stwierdzam,że:
Uparcie i skrycie pcham wózek swój przez życie!
Frazę tą wymyśliłam dawno temu.Ale może opowiem pokrótce?
Będąc w hurtowni materiałów budowlanych dyskutowaliśmy z Chłopem żywo i oczywiście ja uniosłam się nerwami i zaczęłam wynajdywać problemy.Przysłuchiwała się temu Pani N.która tam pracowała . Zmarszczyła brwi i powiedziała do mnie:"wlazłaś z nim na wózek?to jak się zepsuł to pomóż mu go pchać!!!Zresztą czego ty chcesz od tego chłopa?On do ciebie z sercem,a ty do niego z zębami..." Wtedy zaświeciła mi się lampka kontrolna w miejscu,gdzie powinnam mieć rozum... Pani N. przejeżdżając samochodem koło mego domu nieraz serdecznie mnie pozdrawia machając ręką.
To co napisałam to zlepek moich przemyśleń z ostatnich trzech a może i więcej lat.
Dziś wiem,że dobrzy i serdeczni ludzie są i żyją gdzieś tam sobie po cichu;czasem bardzo blisko,a czasem bardzo daleko.Ponadto będę robić wszystko,by być jak najbliżej tych fajnych ludzi,a tych toksycznych i jadowitych eliminować lub omijać.
Serdecznym ludziom życzę by "żyli z całych sił"!!!
Chodzę wokół tego tematu już około miesiąca i nie wiem od czego zacząć...
Temat na czasie,bo Walentynki już przeleciały i 8 marca też.Ileż to słów rzuconych na wiatr wyszeptano,wykrzyczano,napisano...? Ileż to gadżetów zakupiono i ileż z nich powędrowało już do śmietnika? Ileż bukietów kwiatów zakupiono i wysłano z dopiskiem I love you. Ile z tych bukietów zostanie zasuszonych na pamiątkę,a ile zwiędnie w niezmienianej w wazonie wodzie?
Nieraz się zastanawiam po co się ludzie obnoszą ze swoim kochaniem.Czy to musi być na pokaz czy tylko ja to tak odbieram?Mam od dawna takie głupie hobby(albo zboczenie ;> ),że obserwuję pary i wyobrażam sobie jaki jest ich związek.Czy jest im razem dobrze,czy są z sobą tylko z przyzwyczajenia i /lub dla dzieci.Czy w ich związku jest przyjaźń,partnerstwo,tolerancja dla drugiej osoby.Czy jest wzajemny szacunek? Czy potrafią się dogadać ze sobą?I to nie tylko w kwestii co dziś gotujemy,ale w każdej? Czy mimo sprzeczek i kłótni potrafią wspólnie rozwiązywać małe i duże problemy?
Strasznie trudne jest to bycie razem.Strasznie trudne to kochanie!
Co lub kogo można kochać?
I tak sobie wymyśliłam biorąc pod uwagę obserwacje z życia ,własne doświadczenia i historie przeczytane w literaturze wszelkiego rodzaju:
-można kochać życie,
-można kochać świat i ludzi,
-można kochać mężczyznę lub kobietę,
-można kochać dzieci i/lub rodziców(chociaż do rodziców można żywić szacunek/ale to moje odczucia/,ale są tacy co twierdzą,że kochają rodziców,
-można kochać dobrze zjeść i wypić,
-można kochać szybką jazdę samochodem i głośną muzykę(chociaż ja twierdzę,że to uwielbiam;ale są tacy co to kochają),
-można kochać pieniądze i inne dobra materialne,
-można kochać Boga,
Pewnie jest jeszcze jakieś "kochanie",które pominęłam,ale nie będę nad tym dedukować,bo nie na tym mam się skupić.
Przejrzałam definicje tego słowa. Kochać wg słownika języka polskiego-darzyć kogoś uczuciem miłości albo bardzo lubić kogoś lub coś;żywić do płci odmiennej gorące uczucie połączone z pożądaniem.
Miłość wg w/w słownika-głębokie przywiązanie do kogoś lub czegoś;silne,namiętne uczucie
Wikipedia inaczej interpretuje słowo miłość
Definicja definicją,a życie życiem.
Konstanty Ildefons Gałczyński tak tłumaczy: Rozmowa liryczna
Kiedyś sama próbowałam coś sklecić na konkurs radiowy.Siedziałam w domu na urlopie macierzyńskim i postanowiłam "określić" moją miłość.Nigdzie nie wysłałam swych wypocin,ale gdzieś tam w internecie są i zamieszczę je tu.
Moja miłość.
Moja miłość jest wspaniała...
chociaż tak niedoskonała...
czasami nie wie co chce
wybucha złością bez przyczyny
krzywi się grymasi płacze
...mój aniołek jedyny...
A gdy śpi łagodny uśmiech ma na twarzy
jasne powieki opuszczone na oczy
Patrzeć na nią-to samo co marzyć...
Żyć z nią-to kochać i przez nią być kochaną
..tak jak dzieci naprawdę kochają.
-Matka?To o mnie napisałaś?-pyta moja Młoda.Nic nie odpowiedziałam.Zobaczyłam jej wilgotniejące oczy.
-Nawet fajne!-odpowiedziała po chwili.
Może i fajne.Nie pamiętam jakie to myśli tłukły się po mojej głowie,gdy rano z Chłopem patrzaliśmy na śpiące dziecko.Ale fakt faktem,że już jako 20-latka miałam jakieś przemyślenia na temat kochania kogoś,tylko po prostu nie miałam czasu nad tym się zastanawiać.Jednak lata mijają,a ja obserwuję i wyciągam wnioski.Lubię obserwować-pisałam przecież.
Patrzę na pożycie małżeńskie bliskiej mi znajomej,która urodzona na Sylwestra zażądała od męża dowodów miłości w postaci pięknej sukni i wspaniałego balu.Świeżo poślubiony małżonek kupił jej piękną suknię balową(lub wieczorową-nie znam się) i wspólnie wybrali się na bal sylwestrowy.Nie wiem na ile i komu ten bal był udany ,bowiem małżonek jest bardzo mało taneczny,ale za to bardzo kieliszkowy(oj lubi i to bardzo!).Pod przysięgą nie pił i pewnie z musu tańczył.Ale to nie o tym miało być ...
Suknia za jakiś czas była niepotrzebna,bo małżonce zmieniła się figura.I tak trafiła do mojej szafy,że niby moja Młoda zechce skorzystać jak dorośnie.Suknia wisiała i czekała na lepsze czasy.Po latach znalazłam osobę dla której Chłop nie chciał kupić sukni i zafundować balu,a jak się domyślam jest lepszym mężem niż ten od drogich sukni.Małżonek od drogich sukni kupił jeszcze nie jedną.Ostatnio też byli na balu i uraczyli mnie obejrzeniem fotek.Małżonka jak zwykle dumna z sukni,ale w tajemnicy mi się zwierzyła,że musieli się szybko zwijać,bo małżonek nie nadawał się,by go oglądano w towarzystwie.Kilkanaście lat temu jak się pobierali stwierdzono,że "dobrze wybrała,bo bogaty,dobrze zarabia,ma nowy samochód,zaradnego ojca". I kocha swoją żonę,bo publicznie to deklarował.Teraz kocha ciągi alkoholowe (trwające w porywach ok 2 tygodni) i przesiadywanie w wiejskim sklepie.Ale suknię żonie zapewne kupi nową mimo,że wie o wyskokach żony "w bok ". Wspaniałe małżeństwo-mówią ludzie,gdy widzą ich na niedzielnej mszy.
Inna para to dwoje bardzo młodych ludzi.Była to wielka miłość,niekończące się rozmowy w klatce schodowej,niekończące się rozmowy przez telefon.Młodzi nie mogli bez siebie żyć i wszędzie byli razem.Potem znalazła się ciąża.Potem ślub.Urodziło się dziecko.Dzieckiem cały czas zajmowali się rodzice,a młodzi byli zajęci sobą.W końcu wielka miłość przeistoczyła się w wielką nienawiść.Rozwód w trakcie,a dzieckiem zajmują się dziadkowie.
Kolejna młoda sympatyczna para.Ją znam od dziecka.Mądra,wrażliwa dziewczyna,która potrafi samodzielnie myśleć.Chłopaka poznała w okresie szkoły średniej,potem się pobrali.Nieraz oglądałam ich zdjęcia na portalu Nasza Klasa(jak jeszcze miałam tam konto).W oczy biły ich radosne uśmiechy.Potem pojawiły się dzieci.Młoda małżonka i matka dwójki dzieci ukończyła studia.Mieszkają w dużym mieście z dala od rodziców.Tylko wnikliwy obserwator wie co się dzieje w wynajmowanym przez nich mieszkaniu.Byłam,widziałam i miałam chęć wziąść za bary faceta,który z papierosem i piwem siedział przy komputerze beztrosko grając w jakaś grę,gdy dwoje dzieci płakało;piekarnik pikał,bo właśnie upiekły się paszteciki i dzwonił telefon(bardzo pilny rzekomo).Ponadto ja akurat się objawiłam,by dostarczyć przesyłkę od rodziców ze wsi i zostałam zaproszona na kawę i paszteciki.Chciałam pomóc przy płaczących dzieciach,ale szybciej mi wręczono piwo.Wiadomo przez kogo.Wymigałam się pokazując kluczyki od auta.W drodze do domu przypomniało się mi ich wesele,gdy na oczepinach była zabawa pokazująca jak młody mąż kocha młodą żonę.Zabawa szydera jak dla mnie.Nie lubię wesel i oczepin.I stwierdzenia "jakie wesele takie życie".
Moje wesele dla mnie było beznadziejne.Zaplanowane w atmosferze jadu i zgryźliwości ze strony mojej rodziny.Przeżyłam to w imię zdobycia świętego spokoju i odizolowania się od toksycznej rodziny.W trakcie ślubu była burza,a w trakcie dojazdu na miejsce imprezy stłuczka samochodowa z udziałem 6 aut w tym naszego 17-letniego malucha.Ludzie obrażeń nie odnieśli,a pokrzywdzonych pogodziła wezwana na wesele policja.Od razu po weselu wybyłam do mężowskiego domu z dwoma pokojami i kuchnią.Dwóch zakompleksionych durni się pobrało i chciało jakoś żyć.Priorytetem była budowa nowego domu.Po 14 latach się wprowadziliśmy do nowego domu.Sukces!Przez te lata było mnóstwo kłótni,sprzeczek,niedomówień zazwyczaj z błahych powodów albo z powodu kompleksów z dzieciństwa.Nieraz miałam dość wszystkiego,nieraz deklarowałam gotowość do rozwodu. Byłam wstrząśnięta za bary z zapytaniem:"dziewczyno! jak z tobą żyć?!"
Nie umiałam odpowiedzieć na postawione wówczas pytanie,a o swoich wadach zdawałam sobie doskonale sprawę.
Chłopu swemu powinnam podziękować za otwarcie mi oczu na wiele spraw.Za troskę o nerwusa i raptusa.Za to,że na moją prośbę malował mi włosy na blond mimo,że woli ich naturalny kolor.Za to,że w trudnych chwilach przytulał mnie i gadał:"Czego ryczysz głupia? Dobrze będzie!"
Za to,że kazał mi ubierać spódnicę mini lub bluzkę z dekoltem,by wyeksponować moje kobiece atuty.
Za to,że martwił się o moje zdrowie kilkukrotnie bardziej niż rodzona matka.Za to,że wieszał za mnie pranie lub pielił zarośnięte warzywa.Za to,że smażył mi jajka na boczku.Za to,że nie robił mi awantury za zupę z marynowanych grzybów,która była nie jadalna.Za to,że nie zwracał uwagi na swojski bałagan w domu.
Za długie rozmowy w lesie na grzybobraniu i za rozmowy w nocy przed zaśnięciem i rano po przebudzeniu.Za wspólną radość z zakupionego auta czy wygodnych butów.
Za porannego buziaka z okazji dnia kobiet czy z okazji urodzin lub innego święta.
W ramach podzięki nie zwracam uwagi na jego wady.Trzeba się tego nauczyć,by żyć bez krępacji.By na żartobliwe:"Ty moja wariatko" nie wyskoczyć z tekstem:"Lepiej umyj po sobie zlew"
I czy to jest kochanie...?
Na forum,którego jestem uczestnikiem dyskutowano na temat Walentynek i Kochania.Może ktoś ma chęć poczytać? O walentynkach i o tym co to jest kochanie
Dodam,że lata temu żartowaliśmy z Chłopem,że jak będziemy już starzy(jak to głupio brzmi-mimo wszystko) to będziemy siedzieć w piwnicy za piecem i pić wino.Kto wiedział ok 15 lat temu,że tak może się stać naprawdę...?O moim piecu(klik). Tu też o piecu było(klik)
Teraz mam piec,mam dobre swojskie wino i zdarza się nam wspólnie siedzieć za tym piecem(niekoniecznie pijąc wino ;D)
I mimo,że czasem mi źle samej ze sobą i mymi myślami to śmiem stwierdzić,że dobrze mi!!!
I takie stwierdzenie mi wystarcza.Nie trzeba mi bukietów kwiatów i innych kosztownych prezentów(w sumie nie bardzo nas na takie zbytki stać ;/ )
Czasami wilgotnieją mi oczy gdy w odpowiedzi na ostre upomnienie dostanę od Młodego sms treści:"I tak Cię kocham XD ".Ponadto na tematy "kochania" i "miłowania" lubię gadać ze swymi Młodymi.Takie świeże myślenie się przydaje czasem ;).Młody twierdzi,że Walentynki powinny trwać cały rok.Co robił i gdzie był ze swoją dziewczyną nie chciał mi powiedzieć.Ponadto w ten dzień umówił się z Młodą(czyli siostrą) i jej koleżanką z internackiego pokoju na superową sałatkę łososiową w pobliskim barze.Jakiś czas temu zlecił mi wypatrzenie ładnego i przytulaśnego misia dla swojej dziewczyny na urodziny.Śmiać mi się chciało,bo Chłop mój kiedyś też sprawił mi taki prezent i skutecznie go przede mną ukrył w naszym małym wówczas mieszkaniu.Misia później skutecznie katowały nasze dzieci jeżdżąc na nim jak na koniu.Obecnie miś wypatroszony z wypełnienia leży na strychu.Ponadto Młody ostatnio pouczał ojca (czyli Chłopa) o zbliżającym się Dniu Kobiet-słyszałam niechcący ;>.Trzeba jakoś uczcić te święto-gadał ojcu.My jednak uczciliśmy po swojemu.Kieliszek nalewki malinowej i wieczorne pogaduszki o tym jak to komputery w firmie zastrajkowały i była 3-godzinna laba.O tym,że firma z zachodnim kapitałem ,a hołduje nadal komunistycznemu świętu dokładając kobietom do poborów całe 90 zł brutto.
Nie przeszkadza mi owe święto.Grzecznie dygam(biorąc w opuszki palców szwy swoich roboczych spodni ;D) w podziękowaniu za życzenia od kolegów z pracy.Cieszę się,gdy ukochany szwagier do mnie zadzwoni z życzeniami i przy okazji pogada.Cieszy mnie poranne "Wszystkiego dobrego z okazji babskiego święta" i soczysty buziak z tej okazji od Chłopa.Cieszy mnie że obecnie kobiety są postrzegane jako partnerzy(nie wiem czy to trafne słowo,ale nic innego mi nie przychodzi na myśl);a nie matki,kucharki i sprzątaczki.Jednym słowem służki do obsługi życia codziennego i do nocnych uciech panów pragnących zaspokoić tylko i wyłącznie swe potrzeby erotyczne.Przy okazji kawał mi się przypomniał o zdenerwowanym mężu,który przychodzi do domu z pracy i szuka pretekstu do kłótni z żoną.Mówi do żony:
-Podaj mi obiad!!
Żona grzecznie podaje mu ciepły,pachnący obiad.
-Czemu nie ma gazety do poczytania?!
Żona szubko przynosi mężowi gazetę.A mąż szuka kolejnego pretekstu.
-Właź pod stół!
Żona potulnie wchodzi.
-Daj głos!!
Na takie hasło żona szczeka.
-A ty k****! Na swojego szczekasz?!!!
Owszem kobieta jest tak skonstruowana,że ma rodzić dzieci,ale czy tylko ona ma o nie dbać?Jeśli chce pracować zawodowo to "babskie" obowiązki można podzielić. Urlop tacierzyński panowie tatusiowie powinni wykorzystać w celu w jakim on jest przeznaczony(a bywa różnie-wiem to z obserwacji).Trochę najadę na niektórych panów,ale trudno-taki mój babski kaprys.
Strasznie mnie denerwują komentarze typu: "baba za kółkiem".Jakby posiadanie prawa jazdy było przywilejem tylko i wyłącznie męskim.Jak sobie baba radzi to niech jeździ autem i nic facetowi do tego ;>
Jakiś czas temu w mojej firmie była sensacja! Zauważyli to panowie oczywiście...Pod rampę załadunkową zajechał tir z tabliczką z żeńskiem imieniem za przednią szybą.Panowie będący akurat na przerwie obiadowej wyglądali z zaciekawieniem przez okno i głośno komentowali poczynania Krysi.Krysia perfekcyjnie cofnęła tirem.Panowie dopingowali skandując :kry-sia,kry-sia,kry-sia...i dorzucali trochę obraźliwe komentarze
Głupie zachowanie panów mnie zirytowało i zapytałam któregoś ze skandujących:-"Dobrze się czujesz dopingując przez okno?Krysia i tak Cb nie słyszy!Może wyjdź i z bliska wyraź swe obawy,że rozbije rampę!". Pan zbaraniał!
Po tej akcji inny kolega opowiedział mi o Francuzce,która kiedyś przyjechała po towar.Sam fakt ile km pokonała z Francji na Podlasie dużo znaczy. Jeżdżę do warsztatu samochodowego,który prowadzi małżeństwo.Oboje pracują przy wymianie opon,przy naprawie aut.Idzie im to bardzo sprytnie.W moim pobliskim miasteczku(ok 17 tysięcznym) autobusem MPK kieruje kobieta .Tu jest artykuł w lokalnej gazecie Kobieta kierowca(klik).Ponadto w mojej firmie kobiety jeżdżą wózkami widłowymi. Jeżdżą tak samo dobrze jak mężczyźni,a warunki są dość trudne do płynnego poruszania się wózkiem.Ponadto kobiety w mojej firmie obsługują dużą część maszyn i urządzeń.Jedne robią to chętnie,inne się buntują.Dla mnie osobiście się podoba praca za kółkiem i żałuję,że nie zrobiłam uprawnień na wózek.Ale kto wie...?Ponadto kiedyś marzyła mi się praca listonosza,który by samochodem rozwoził ludziom listy i pieniądze.Obecnie chyba kurier jest odpowiednikiem.Chłop się sprzecza ze mną,że bym sobie nie poradziła,bo...(przyczyn tysiące ;P ).Jednak ja pracy nie zmieniam,a na te konto jeżdżę w sezonie letnim jako goniec po wszelkiego rodzaju części zamienne do różnych maszyn, po oleje itp.A odnośnie maszyn to przypomniało mi się,że Chłop będąc uczestnikiem kursu operatora kombajnu zbożowego mówił,że była na kursie młoda kobieta.Była pilnym słuchaczem(w odróżnieniu od męskiego grona).Jej znajomi mówili,że mąż leje paliwo,czyści sita,sprawdza stan podzespołów ,a ona obkasza pola swoje i sąsiadów.Dla mnie to już wyższa szkoła jazdy,bo za kółkiem bez zespołu maszyn tnących,młócących,odsiewających to łatwizna.Mój Chłop z kolegą żartuje,że nauczy mnie(a kolega swoją żonę) obsługi kombajnu zbożowego.Gdy się zdarza,że obie spotkamy się na polnej drodze jadąc traktorami zawsze się zatrzymujemy i żartujemy.Ostatnio ona wracała ze zbożem ,a ja jechałam po zboże.Nawet żartowałam,że bardzo jej twarzowo w traktorze bez kabiny,z ciemnymi włosami na tle przyczepy pełnej zboża.Ona żartowała,że czapka z daszkiem do tyłu i okulary też mi pasują i że jesteśmy babki -robotnice.Szkoda,że nie miałam czym zrobić zdjęcia ;)
I tak sobie myślę,że jeśli kobieta sobie radzi to czemu ma nie robić tego co jej się podoba?A zwłaszcza jak ma chęci i predyspozycje do tego? Te co chcą pachnieć i pięknie wyglądać niech to robią,bo też to robią dobrze i też to jest potrzebne ;)
Ponadto chciałam jeszcze dodać,że feministką nie jestem,ale uważam,że każdy facet powinien mieć bóle miesiączkowe i wszelkie dolegliwości z tym związane.I nie wykręcać mi się tu,że panowie muszą się golić. Zazwyczaj następuje to 2 razy w tygodniu i to jest wielką tragedią dla panów.Denerwuje mnie ,bo nie lubię nieogolonych facetów(nie mylić z zarośniętymi w sensie,że noszą brodę lub wąsy). Cóż !Chyba mam spaczone poczucie estetyki ;))
Tak więc panowie i panie!
Dbajcie o swoje relacje międzyludzkie,a wszystko się ułoży!
Łał!Się naprodukowałam trochę i by przyśpieszyć tok moich myśli podrzucę kilka kawałków muzycznych.
Sporo utworów znam z forum muzycznego,gdzie na Walentynki uczestnicy w ramach zabawy podrzucali swoje ulubione piosenki o miłości.Moim faworytem jest oczywiście Grabaż.Często zastanawiam się jakie on ma dylematy pisząc teksty do swoich piosenek.
I na koniec lekka nuta w rytmie disco polo.Ten gościu też ma problem,którego nie umie rozwiązać ;)
Wy posłuchajcie ,a ja się oddalę (nie powiem gdzie ;D)
P.S.Proszę o bezcelowe nierozpowszechnianiemoich prywatnych przemyśleń,a przemyślne wyciąganie własnych wniosków!!!!!
Tak sobie rozmyślałam przed chwilą słuchając muzyki...
I stwierdziłam,że nie potrafiłabym wymienić 3 życzeń ,które mogłyby mi się spełnić ,gdyby np jakiś dobry dżin wyszedł z lampy i w ten sposób chciał umilić mi życie.
Chyba bym mu powiedziała: -Chcę zostać czarownicą! -Dlaczego? -Niech to będzie tajemnicą...
Jak by mi się udało przechytrzyć dżina to by dopiero się działo ;D ;D ;D
Zaczarowałabym życie dobrym i serdecznym ludziom,głupim otworzyłabym umysły i/lub oczy.Wszyscy by mieszkali w małych własnych domkach z ogródkami i jeździliby rowerami.Samochody też mogą być ,ale rowery to dla zdrowotności ;)
Wokół domków musiałyby być zwierzęta.Czyli taki mały raj by był :)
Chytrym i próżnym,zazdrosnym i przemądrzałym,leniwym i kłamcom zrobiłabym niespodziankę ;)
Musieliby nurkować w Bugu i wyławiać wszelkie odpady i zanieczyszczenia :D
W ramach dobrej pracy dostaliby kromkę chleba ze smalcem,kielon wódki i nocleg na kilkuletnim sianie w nieużywanej stodole co jest w pobliżu rzeki.
W ramach złej pracy musieliby sobie sami przygotować żarło :D. Np ryb nałowić ;D
Bez wędki ;D .
Spaliby w nadrzecznych zaroślach.Żadne ulgi nie byłyby brane pod uwagę!!!
Ale dość ironii i szydery ;),bo zaraz poczuję moc jakbym była Ingrid z Sagi o Ludziach Lodu i jeszcze się spełni ;D
Będąc małą dziewczynką bardzo dużo czytałam.To co czytałam zapadało mi często w pamięci.Do dziś pamiętam Legendę o kwiecie paproci.
Jako mała dziewczynka chodziłam na grzyby z koszyczkiem od święconki i byłam bardziej zajęta zobaczeniem owego kwiatu niż zbieraniem czerwcowych kurek.Nie! Zerwanie kwiatu paproci mnie nie interesowało, a wręcz się bałam tego.Pamiętam jak leżałam w łóżku i rozmyślałam o legendzie i drętwiały mi nogi ze strachu.Nie pamiętam życzeń,które miałby mi spełnić kwiat paproci.Może ich w ogóle nie było? Dręczył mnie fakt,że kwiat jest taki niedobry i spełnia życzenia tylko dla jednej osoby i nie można się dzielić z innymi.
Kilka dni temu rozmawiałam z koleżanką.Koleżanka mi opowiadała o swoich problemach,które nagromadziły się przez pół roku naszego niewidzenia się.Ona gadała,a ja słuchałam.Nie wiedząc kiedy zjadłyśmy ok 1/2 kg marcinka(to takie regionalne ciasto).
-Nie dramatyzuj-gadam jej-bo wg mnie przesadzasz i to ostro.
Popatrzyła na mnie ciut nie z płaczem i pyta:
-Naprawdę przesadzam,że chcę się uwolnić od problemów?Naprawdę przesadzam,że chcę jak najlepiej dla mego dziecka?Że mam wszystkiego dość!? Gram w totolotka i jak wygram to stąd spierdalam jak najdalej się da!!!
-A kupisz mi laptopa?-zapytałam z miną niewiniątka.
-Kupię!kupię! -wykrzyknęła ze śmiechem-Ty to potrafisz człowieka rozładować.Przecież Ci kiedyś obiecałam.Pamiętasz jak twój młody nie dopuszczał cię do komputera by ze mną pogadać na gg?
-No pamiętam.I wtedy mi mówiłaś ,że kupisz mi laptopa jak wygrasz w totolotka.Pamiętam! I ponadto często mi się to przypomina jak rano podkradam lapka swoim dzieciom spod łóżka,gdy jeszcze smacznie śpią :).Pamiętam nawet o tym jak mój stary stacjonarny łapnie zawiechę i ani w tę ani we tę.Ale wtedy nic chciałaś stąd wyjeżdżać...?
-No nie-odpowiada z przekąsem
-A co ty byś zrobiła z kasy gdybyś wygrała?
-Ja???
-No a jest ktoś inny oprócz nas dwóch?
-No nie...Co ja bym zrobiła...?
Zakładając że byłoby to ok 100 000 banknotów polskich sfinansowałabym: -budowę nowych
pomieszczeń gospodarczych dla naszych zwierzaków i garażo-wiaty na
maszyny itd ( to tylko dofinansowanie potrzebne czyli niewiele) -terapię dla chorego dziecka wraz specjalnymi koloniami w okresie wakacyjnym(czyli twojej córci)
-pobliski ZOL dla dzieci i młodzieży by coś skorzystał zapewne i zapewne najbliższy dom dziecka A gdyby to była duża wygrana to mam jeszcze plany.Np fundacja dla głodujących dzieci.Nie znam się na tym,ale zapewne znaleźliby się ludzie co by pomogli.
-No a sobie? -Dla
siebie zafundowałabym przejazd po torze wyścigowym Bugatti Veyron
GrandSport( tylko przejazd,bo wolę stare auta bez komputera pokładowego i tylko po torze wyścigowym,bo na drogach to ze względów bezpieczeństwa innych uczestników nie będę ryzykować ).
-Kiedyś gadałaś ,że ferrarii ! :P Hahahaha! Co jeszcze dla siebie?
-Pobyt
w górach wraz ze zdobyciem Czerwonych Wierchów i kilka nocy w domu
góralskim krytym drewnianym gontem.Oczywiście tym razem bym pojechała z Chłopem. A gdyby
tej kasy było dużo to koniecznie nastawiłabym się na agroturystykę i
rzuciłabym swą pracę(masowa produkcja żywności) na konto obsługi agro
wraz wyżywieniem.
-Hahahahaha! Ja też bym do ciebie przyjeżdżała.Za dzień ,dwa świętego spokoju bym ci warzywa pieliła i trawnik kosiła.
-A w pole byś poszła?
-No niech stracę.Pójdę.Tylko nie znam się.Co bym miała robić?
-Byś kombajnem jeździła z moich Chłopem jako nadzór czy on równo kosi zboże.Ale kasy nie będzie i ciul z marzeń,bo ostatni kupon skreślony był skreślony przeze mnie 20
lat temu w dniu mego ślubu.Kupon należał do jednego z gości,który
liczył,że mu coś szczęśliwego skreślę. Nawet nie wnikałam czy była wygrana czy nie.Może dla wyłącznie swoich zachcianek poszukam kwiatu paproci,a te inne spełnię z Twojej wygranej w lotto ?
-Hahahaha.Jak znajdziesz kwiat to sama musisz w góry jechać .Hahahahaha.
-No tak.Ale kwiat będę szukać! Z aparatem fotograficznym ;D ;D ;D
...a ja składam drzewa.
Ponadto słucham głośno muzyki,którą lubię;
Ponadto głośno fałszuję (zwłaszcza przy piosence SnL. Grabaż wybacz <prosi> Pogrzeb króla )
Ponadto wykonuję dziwne ruchy -ni to taniec ni to ćwiczenia.
A kot siedzi ipaczy...
Przynoszę kawę,by mieć przyjemne z pożytecznym.By składać drzewa i w międzyczasie siorbać kawę.Kawa stoi na piecu C.O.
-Znów ci się kawa wyleje.Gdzież to w kotłowni kawę pić ?! Wypij normalnie w kuchni i wtedy składaj drzewa.
-A ty mnie nie pouczaj,bo i tak będę robić jak chcę!
-Ooo! Jaki fajny kawałek!
-Kota wystraszasz tak głośną muzyką!
-Okienko otwarte,pogoda ładna,może iść na podwórko.
A kot siedzi ipaczy...
A ja śpiewam w głos inny kawałek
Zajebiaszczy jest!
Kot dalej siedzi ipaczy...
Nawet gotycki metal z elementami opery nie rusza go.
Siedzi ipaczy...
Nie ma jak to człowiek ma głupawko-śmiechawkę ;)
Też tak macie czasami ?
Czy to tylko ze mną tak źle ?
Aaaaaaaa...Ponadto będę z premedytacją słuchać głośnej muzyki w swoim aucie jadąc do pracy. Mam koleżankę co dojeżdża ze mną i bardzo namiętnie lubi plotki,a ja tych plotek nie lubię słuchać.Zawsze moja muzyka górą jest!
Mając wczoraj luźny dzień postanowiłam wybrać się nad Bug.Tak zamyśliłam w ostatniej chwili i skręciłam z głównej drogi.Śnieg już stopniał,więc z dojazdem nie powinno być problemu co widać było na asfaltowej drodze wewnętrznej do wsi Olędry.
-Pójdę sobie przez most na drugą stronę rzeki.Już tyle się czaiłam,żeby to zrobić ,ale strach i wspomnienia z dzieciństwa paraliżują mi nogi..Dziś pójdę!-pomyślałam.
Most jest inny niż lata temu ,gdy z młodszą koleżanką i gromadą dzieciaków ze wsi szliśmy skacząc pomiędzy olbrzymiej wielkości dziurami...I baliśmy się nadjeżdżającego pociągu...(Zdążyliśmy uciec na szczęście!!!). Woda pod nami wydawała się straszna....A jak wrócić...?Nie daj Boże coś by się stało któremuś z dzieci to biedna moja dola by była...Te wspomnienia w chwili obecnej( jak to piszę !) przyprawiają mnie o drżenie rąk i nóg! A siedzę przed komputerem w ciepłym domu i słyszę konwersacje Chłopa i Teściowej na temat oglądanego boksu.A ja patrzę na zdjęcia i bardziej się boję teraz niż wczoraj,gdy szłam przez most...
No,ale idę w końcu!Byłam wyposażona w aparat cyfrowy,ale z wrażenia nie zrobiłam żadnego zdjęcia na wejście.Dopiero jak zobaczyłam dziurę w moście to użyłam aparatu.I postanowiłam nie myśleć o swoim strachu tylko napawać się pięknymi widokami dzikiej rzeki.W stronę Franołowa doszłam bardzo szybko robiąc tylko kilka zdjęć.Na końcu mostu czekali na mnie strażnicy w postaci dwóch uroczych psów.
-Kurde! Psy się nie boją ,a ja się boję!Nie może tak być!
Obejrzałam okolicę za mostem,pogłaskałam psy,poobserwowałam panów co szwendali się bez celu,popatrzałam na pobliskie działki letniskowe.Dzięcioł gdzieś w pobliżu stukał dziobem w drzewo.Zazwyczaj wypatruję i wysłuchuję ptaka ,by go zlokalizować i popatrzeć na niego.Teraz nie było mi to w głowie.Zrobiłam kilka zdjęć,wysłałam mmsa i postanowiłam wracać.Już się nie śpieszyłam jak w tę stronę i miałam poczucie,że strach chyba został we Franołowie ;)
Podziwiałam piękne widoki,most i jego konstrukcje..Zerknęłam kilka razy nawet w dół(lęku wysokości nie mam,ale wspomnienia powodowały szybsze bicie serca).Pod koniec spaceru po moście przypomniałam sobie o swojej ukochanej wierzbie w Maćkowiczach.I widać ją było nawet!Śmiać mi się zachciało,bo robiąc zbliżenie zauważyłam ,że są tam ludzie.
-Hehe-pomyślałam-chyba się nie szykują na imprezę skoro pracują przy wycince drzew.
Jak już zaczęło mi być tak normalnie,bezstresowo to most się skończył ;)
-Trzeba jechać do domu,bo Chłop nie wie gdzie mnie diabli ponieśli i będzie dzwonił zaraz(jak zwykle zresztą).
Zbiegłam ze stromego podjazdu,zrobiłam kilka fotek i wsiadałam do samochodu.
-Nie ma jak to bezpiecznie siedzieć w swoim poczciwym passacie-pomyślałam i odpaliłam-Będę latem jeździć przez most rowerem.Może aż do promu w Mielniku...?
Małe trudności były,by się zawrócić,ale co to było dla takiego zucha jak ja ;).Trochę przygazowałam i pojechałam.Miałam aparat w pogotowiu,by zrobić fotki okolicy,by mieć je w czterech porach roku.
-Hehe!-myślałam sobie- Dam na bloga te same miejsce w czterech odsłonach! Niektórzy się posikają oglądając je!
Jechałam powoli i obserwowałam okolicę.Przy nasypie wycięto sporo drzew,droga rozjeżdżona przez traktor wyglądała normalnie,więc pojechałam na skróty.Ale mnie zastanowiła plama widziana z daleka.
-Co za cholera!?
Podjechałam bliżej i na moje oko to traktor z drzewem się zakopał w czasie odwilży.Objazd widoczny,ślady są ,więc jedziemy.Nie przyszło mi do głowy,że na skraju lasu może być nawiany śnieg,który topniał,zamarzał,topniał ,zamarzał...Jechało się normalnie,tylko koleina była coraz wyższa,więc zwolniłam.Z autem zaczęło się coś dziać....i stanęło...
Wysiadłam ,by ocenić sytuację.Po stronie od kierowcy było śniegu tyle co nic,a po drugiej na pół koła.Ponadto mnie ściągnęło w stronę nasypu kolejowego.Tylne koła wypadły z koleiny i auto nie miało sił.Gdybym się spodziewała to bym zastosowała bardziej brutalny styl jazdy i prawdopodobnie bym przejechała mocno gazując.Trzeba było odgrzebać śnieg i próbować.Kilka minut grzebałam,kopałam i próbowałam jechać bujając się przód-tył,przód-tył.Trochę się posunęłam,ale w gruncie rzeczy w głębszy śnieg.I okazało się,że od ostrego dawania gazu zakopuję się coraz bardziej i już trwale stoję w miejscu!Znów zaczęłam kopać i wygrzebywać śnieg butami .Rezultat był nikły,bo samochód zawisł na całej swej długości auta kombi.Zdjęłam kurtkę,bo czułam już uderzenie ciepła,a nawet gorąca!Od szybkiej i ciężkiej pracy dżinsy mi się obsuwały,a sweterek pochodził w górę i oprócz wytężonej pracy musiałam pilnować by plecy nie świeciły golizną .Buty już przemokły,wiec trzeba coś kombinować.Wyciągnęłam z bagażnika klucz do kół i tym kluczem pomagałam sobie.Starałam się wepchnąć pod koło gumowe wycieraczki/chodniczki.Weź tu wepchnij jak auto obsiada.Śnieg dokoła auta był ubity od samego topnienia.Stojąc na śniegu nie zapadałam się pod jego pokrywę.Auto wisiało na tafli zamrzniętego śniegu...
-K****! Musiała tu być porządna zaspa!-pomyślałam już ze złością. -Ale co tu robić z tym bydlakiem(o auto chodzi)?!Jak go wygrzebać?Jak zadzwonię do Chłopa to opierdol murowany za moją bezmyślność!
Nałamałam gałęzi z pobliskich drzew.Wycieraczki nie wchodziły pod koła to pomyślałam,że podłożę gałęzie...
Ale niestety nic to nie dało...Ani dalsze grzebanie w śniegu,ani bujanie tył-przód.Auto wisiało prawą stroną na śniegu...
-Ja pier***ę!!!-wkurzyłam się już sama na siebie ,bo dyszałam jak zganiany koń.
Ubrałam kurtkę,zamknęłam auto i poszłam w kierunku drogi asfaltowej.Serce mi waliło bardziej niż przy wchodzeniu na most.
-Co tu robić? Czy szukać kogoś z traktorem?Ale kogo jak nawet nie znam zbytnio ludzi z okolicy. A może zatrzymać kogoś na drodze? A kto się zatrzyma?I linę trzeba...-myślałam nerwowo.
Szłam nie wiedząc co robić.Postanowiłam zadzwonić do znajomego co mieszka nieopodal.Był w domu z dziećmi,ale rozmowa urwała się nagle.
-Cholerny zasięg!
Szłam nadal w kierunku drogi i widząc "dzikie" boisko(Łimblejem zwane) wpadłam na genialny pomysł!
-Wyrwę deskę z ławki i podsadzę pod koło.Powinno się udać!
Z entuzjazmem wybrałam deskę w której było 2 gwoździe.
-Nic tylko znaleźć kamień i walnąć kilka razy.Nie mogę ryzykować przecież,że złapię gumę w tym śniegu!-myślałam naprędce...
Jeden gwóźdź wyszedł bez problemu,a z drugim musiałam się trochę namęczyć.Ręce i paznokcie i tak były czarne( szkoda mi było czarnych skórzanych rękawiczek).
Jednak pomysł z deską nie okazał się tak wspaniały jak mi się wydawało.Nie było opcji by ją wsadzić pod koło.
-Podnośnik!-przyszło mi nagle do głowy.Zapobiegliwy Chłop włożył dwa drewniane klocki do wnęki na zapasówkę.
-Klocek na sam spód,potem podnośnik na klocek i podniosę do góry trochę i wsadzę deskę i wyjadę-myślałam z nadzieją.Ale im bardziej podnosiło się auto,tym bardziej klocek wbijał się w śnieg...A śnieg był tak ubity,że nie miałam już sił grzebać.Ponadto od podciągania spodni wyrwała się szlówka.
-Moje ulubione dżinsy...-pomyślałam z żalem sama do siebie-Ale zszyję.Aby tylko wyjechać z tego pie*******go śniegu!!! Czemuż to przyszło mi do głowy jechać tą drogą...?
Ponowiłam próbę podniesienia auta po raz ostatni.
-Jak mi się nie uda tym razem to idę-pomyślałam nie zastanawiając się dokąd pójdę...
Deska weszła pod koło i widać,że się po nim tylko ślizgała/ kręciła ,gdy próbowałam ruszyć.Z rezygnacją pozbierałam wszystkie wydobyte rekwizyty,zamknęłam auto i poszłam szukać pomocy.Ze złością patrzyłam,że wszędzie mało śniegu,a gdzieniegdzie nie ma wcale,a ja wiszę na śniegu.Dochodziłam do najbliższych domostw,tam gdzie mieszka znajomy co się z nim próbowałam porozumieć przez telefon.Drogą nadjeżdżał mały dostawczy bus.I miał hak!I skręcił na najbliższe podwórko do wyremontowanego domu.Czym szybciej pobiegłam za tym autem.Z auta wysiadł pan w wieku około moim.
-Kurde! Jak dobrze,że dziś normalnie wyglądam! że mam włosy uczesane,oko zrobione i nie ubrałam się jak dresiara-pomyślałam
-Dzień dobry panu.Mogę chwilę przeszkodzić?
-Dzień dobry.Słucham pani.
-Mam problem.Zachciało mi się pojechać nad Bug.Zajechałam od wsi Olędry a wracałam wzdłuż torów i zawisłam na śniegu choć nic na to nie wskazywało.Byłby pan w stanie mi pomóc?
-No czemu nie.Abym miał jakąś linę,a nie wiem czy mam, bo to nie mój samochód.Zaraz sprawdzę.Aby lina była to panią wyciągnę.
Liny nie było.Umówiliśmy się,że ja szybko załatwię linę i pan mnie wyciągnie.
-Tylko zbytnio czasu nie mam.Wie pani?
-Postaram się jak najszybciej.
Pobiegłam do znajomego do którego telefonowałam.Dzwoniłam do drzwi,ale długo nikt nie wychodził.Z niecierpliwością zerkałam to na drzwi,to na dom pana -przyszłego wybawcy.
-Z dziećmi siedzę i temu tak długo nie wychodziłem.Coś się stało,bo rozłączyłaś się czy zasięg zaginął?
-Zasięg słaby albo go wcale nie ma .Masz linę pożyczyć?
-Co się stało?
-Jechałam znad Buga i przy ostatnim bunkrze przy "Łimbleju" zawiesiłam się.
-Passatem czy golfem?
-Passatem...
-A kto Cię wyciągnie?Bo ja swoim małym to nie wiem czy dam radę.Zależy jak się zawiesiłaś.
-Całkiem nieźle... i opowiedziałam o swoich poczynaniach.
-Idę ,bo sąsiad twój ma mnie szarpnąć.
Pobiegłam.Stanęłam przy aucie w oczekiwaniu na pana-wybawcę.Usłyszałam stukanie w okno balkonowe i pan pokazał mi,że już idzie.Chyba palił w piecu,bo z komina dymiło całkiem nieźle.
-Wsiada pani.Jedziemy.A wogóle da się tam dojechać,bo ja tam bardzo dawno byłem.
-Ja bym dojechała.
-To pewnie i ja dojadę.
Te kilka minut wolnej jazdy zajęła nam rozmowa.Dojechaliśmy na miejsce.Pan zawrócił od razu ustawiając się tyłem..Wysiedliśmy i podczepiliśmy wspólnie linę.Pan mnie poinstruował,że mam odpalić auto itd...
-Spokojnie.Wiem o wszystkim o czym pan mówi.
Chciało mi się śmiać po owych pouczeniach,bo wydało mi się jasne,że powinnam wspomagać busika a nie patrzeć jak świnia w niebo ;)
Pierwsze szarpnięcie ruszyło tylko mego passata.Śnieg spod kół fruwał powyżej dachu auta.Za trzecim podejściem poszło z pół metra.Rozgarnęliśmy deską śnieg pod autem.
-Ale się pani tu napracowała.
-To mało powiedziane-powiedziałam z sarkazmem.
Za 6 szarpnięciem passat wyjechał
-Huraaa!!!!-wrzasnęłam sama do siebie.
Czym prędzej wyskoczyłam z auta.
-Dziękuję bardzo,ale to bardzo!Jak się panu zrewanżować?Zapłacę czy kupić coś na wieczór sylwestrowy?Mam bzika na punkcie robienia nalewek.Mogę w ten sposób.No nie wiem.Może pan sam powie-szczebiotałam.
-Spokojnie.Daleko nie jechałem i długo nie szarpałem.Dobrze,że się udało.
-Bardzo,a to bardzo panu dziękuję.Nie każdy napotkany by chciał pomóc obcej babie.
Pożartowaliśmy jeszcze i pan pojechał.Ja odwiozłam linę znajomemu i też do domu.Sprawdziłam tylko czy Chłop więcej do mnie nie dzwonił(bo słyszałam tel w początkowej fazie swego grzebania się w śniegu).Nie dzwonił.
Dopiero odczułam jak jestem zmęczona.I rozgrzana.Policzki mi paliły,a rumieńce miałam aż pod same oczy.Wjeżdżając do garażu pomyślałam sobie,że passat w ramach odwetu za poranne otarcie zderzaka o betonową futrynę się zemścił ...
-Trudno!Ale nauczę się wyjeżdżać na wstecznym z garażu patrząc w lusterka,a nie oglądając się do tyłu i to czysty przypadek losowy,że akurat te dwa incydenty w jednym dniu.Ten drugi przypadek incydentem raczej nie jest.Chyba wolałabym przejść kilka razy przez most niż się grzebać w tym śniegu.Przeszło 2 godziny straciłam.Ale przeszłam przez most!
UFFFFFFFF!!!!
P.s. Ostatnie zdjęcia w w/w poście są z okolicy opisanych przeze mnie zdarzeń.Licząc od tyłu to od trzeciego do piątego.Może zagwozdkę ktoś rozwiąże? ;)